Strwożona fama ustna o tym, kogo zabito, którą wieś spalono – przekazywana była po ustaniu każdej nocy. Świt otwierał wrota rozpaczy, trzeba było grzebać zmarłych, szukać schronienia, bo dom był spalony. Ten czas wypełniony był lękiem i trwogą, niepewnością jutra, autor dawał tego wyraz na piśmie, tak powstał kresowy tren Józefa Jackowskiego z Pieniak.

Zawiłe losy pamiętnika

jackowskiNadżarty przez myszy, o ziemistej, zniszczonej okładce kancelaryjnego brulionu, liczący 68 stron pamiętnik Józefa Jackowskiego dotarł do mnie dosyć osobliwą drogą: via Kanada, via Babice w gminie Baborów na Opolszczyźnie, via Neapol, w którym mieszkał Gustaw Herling-Grudziński, via Koźmice Wielkie spod Wieliczki…

jackowskiW tym łańcuchu zdarzeń na samym początku uczestniczyła „Trybuna Opolska” jako jeszcze wtedy w 1988 roku „organ prasowy Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Opolu, która opublikowała pierwszy mój tekst w formie, przekraczającej zwykły list do redakcji, nadając mu dramatyczny tytuł ”Ocalałem z rzezi”. Potem była Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, której prokurator zlecił, po lekturze tego artykułu oficerowi policji, na posterunku w Kietrzu – formalne przesłuchanie mnie w charakterze świadka w sprawie: mordów dokonanych w Hucie Pieniackiej. Przesłuchujący mnie policjant okazał się zięciem dawnej mieszkanki Majdanu Pieniackiego (sąsiadującej z Hutą Pieniacką wioski) wysiedlonej do Babic wraz z innymi uchodźcami z tamtych okolic.

Babice, Huta Pieniacka

W Babicach pamięć o pomordowanych była troskliwie przechowywana od dziesięcioleci, zwłaszcza że mieszkańcy Majdanu Pieniackiego mieli poczucie cudownego uratowania od losu, jaki zgotowali Polakom ukraińscy nacjonaliści, realizując doktrynę oczyszczenia Kresów z żywiołu polskiego. Zostali bowiem przez uczciwego sąsiada Rusina ostrzeżeni, zdążyli się schronić, uniknęli śmierci. Kiedy do tej miejscowości przyjechałem – spotkałem tam między innymi, dawną służącą moich rodziców z Pieniak panią Marię Czyżewską, której brat był także u nich stangretem, a także i inne osoby, które w swoich wspomnieniach – ożywiały postacie moich najbliższych, takie jak rodzeństwo Kowalczykowskich.

jackowskiDramatyczna historia pani Marii Orłowskiej uratowanej z zagłady dokonanej 28 lutego 1944 r. na mieszkańcach Huty Pieniackiej, zainspirowała mnie do napisania do lokalnego tygodnika tekstu „Zagłada Huty Pieniackiej”.

jackowskiPo jakimś czasie, jako wierny czytelnik „Dziennika pisanego nocą” Gustawa Herlinga-Gruzińskiego,

jackowskipublikowanego w odcinkach w „Rzeczpospolitej” odkryłem, że chwalony przez autora „Innego świata” za wydawanie świetnego pisma internetowego „Scroll” („Zwoje”) Andrzej Kobos, jest moim kolegą szkolnym z Wadowic.

Nawiązałem z nim kontakt, a on namówił mnie do opublikowania na stronach „Zwoju” tekstu o zagładzie Huty Pieniackiej. To było wprawdzie dawno temu, ale umieszczony w kosmicznej przestrzeni Internetu artykuł coraz to dostarczał do mojej skrzynki mailowej listy osób nim zainteresowanych. Tak było też w przypadku pani Małgorzaty z Koźmic Wielkich koło Wieliczki, która po otrzymaniu ode mnie, mojego potwierdzenia zainteresowaniem posiadanym przez nią pamiętnikiem napisała:

Cieszę się, że odpisał Pan na mojego mail-a, bo już zamierzałam wysłać Panu list. Jeśli miałby Pan możliwość zeskanowania pamiętnika dla mnie i przesłania na (mój) adres będę Panu bardzo wdzięczna. Mam jeszcze pytanie. Czy Pan wie coś na temat rodziny Józefa Jackowskiego, czy przeżyła jego żona? Interesuje mnie również, czy rodzina Jackowskich, która została zamordowana (którą Pan wymienił w artykule Zwoje (Scrolls) z 2005 r.) dokładnie jest to ten fragment ”… zamordowano 22-letniego brata Pawła i 19-letnia siostrę Annę. Ona (pani Inorowiczowa) podała mi nazwiska innych osób, które wg niej tam zostały zabite? … mieszkańca Pieniak Tymerkiewicza, żonę i dzieci Jackowskiego, stolarza Broszczakowskiego” – jest rodzina Jackowskiego?
 Pamiętnik posiadam od 1985 roku. Został znaleziony przez moją kuzynkę wynajmującą dom w Korabnikach k/Krakowa. Na ówczesne czasy, kiedy go czytałam, niewiele można było dowiedzieć się o zbrodni wołyńskiej. Nosiłam się z zamiarem oddania go do IPN-u w Wieliczce, lecz przeczytałam Pański artykuł i stwierdziłam, że Pan jako świadek i mieszkaniec tamtych okolic będzie bardziej zainteresowany tym tematem. Kiedy już będzie Pan go czytał, to proszę zwrócić uwagę na opisy przyrody, życia rodziny, miłości do żony, oraz wielkiej wiary, która jest motywem przewodnim i która pozwoliła mu przetrwać jego tułaczkę. Ostatni wpis w pamiętniku pochodzi z 02.07.1946 r. z Chełmka k/Poznania. Bardzo mnie interesują dalsze losy Józefa i Anieli Jackowskich. Jeśli Pan ma informacje o nich, to proszę o nich napisać. Jeszcze w tym tygodniu postaram się przesłać Panu pamiętnik. Myślę, że nie nadaremnie był on w moim posiadaniu przez tak długi czas, ale teraz trafi we właściwe ręce. Pozdrawiam serdecznie i z niecierpliwością czekam na odpowiedź„.

Byłem pod wielkim wrażeniem fascynacji pani Małgorzaty pamiętnikiem i jej konsekwentnym zabieganiem o jego opublikowanie. Wybrałem się zatem do redakcji ”Nowej Trybuny Opolskiej” łudząc się, że historia zataczająca koło, w której uczestniczyła ta gazeta, będzie dla niej ciekawym tematem. Niestety, skończyło się to tylko na zrobieniu mi zdjęcia przez redakcyjnego fotoreportera. Potem w Zakładzie Historii Uniwersytetu Opolskiego wzbudziłem zdawkowe zainteresowanie, nawet polecono mi jednego z doktorantów, ale widocznie konieczność żmudnego odcyfrowywania zapisków J. Jackowskiego z dostarczonego przeze mnie skanu było przeszkodą wybitnie zniechęcającą – doktorant po jednym telefonie, więcej już się nie odezwał.

Kierując wtedy jeszcze firmą zajmującą się rehabilitacją osób niepełnosprawnych, w której utworzyłem też małe wydawnictwo, postanowiłem wydać pamiętnik swoim i moich przyjaciół sumptem. Pracownicy niepełnosprawni zaczęli go przepisywać, ale efekt ich parutygodniowej pracy nie był zadowalający.

Nadal tekst Józefa Jackowskiego wymagał „przetłumaczenia” na zrozumiały powszechnie język. Wybrałem się również w podróż do Pieniak, żeby tam na miejscu poszukać jego śladów, informacji o nim, o jego rodzinie.

Pieniaki

jackowskiPrzewodnik po Ukrainie Zachodniej część III – Ziemia Lwowska”, wydany przez Oficynę Wydawniczą „Rewasz”, tak opisuje wieś Pieniaki:

Dobrym punktem wyjściowym wycieczek pieszych w najdłuższe pasmo Woroniaków jest także wieś Pieniaki, odległa o 6 km na północny wschód od Werchobuża (najłatwiej do niej dojechać od strony Brodów i Podkamienia). Leży ona nad rzeką Łuh, czyli górnym biegiem Seretu, w szerokiej kotlinie pomiędzy dwoma lesistymi grzbietami. Miejscowość znana od 1515 roku, prawdopodobnie była przez kilka wieków siedzibą rodu Bielskich, którzy mieli tu zamek. W drugiej połowie tego stulecia właścicielem Pieniak był łowczy nadworny koronny Antonii Bielski. Jego córka Aniela, poślubiwszy w 1784 roku Ignacego Miączyńskiego, wniosła mu dobra w wianie„.

W ten sposób powstało ogromne latyfundium o łącznej powierzchni 13 tys. hektarów, zwane państwem pieniackim. W 1814 roku Aniela Miączyńska ufundowała w Pieniakach parafię katolicką i kościół, a w 1822 roku sprowadziła jezuitów. Założyli tu oni stację misyjną, która działała do 1853 roku. W tym samym roku syn Ignacego i Anieli, Mateusz Miączyński, przekazał majątek w posagu swej jedynej córce Alfonsynie, która poślubiła hr. Włodzimierza Dzieduszyckiego, znanego przyrodnika i animatora rzemiosła ludowego.
W 1894 roku Pieniaki otrzymała jako wiano jego córka Maria, zamężna z Tadeuszem Cieńskim.

Po jego śmierci majątek odziedziczył jego syn Stanisław, brat tajnego biskupa ze Złoczowa Jana Cieńskiego, który w swoich wspomnieniach pisał:

jackowskiPieniaki miały szczęśliwie to do siebie, że posiadały na miejscu wszystkie niezbędne do budowy materiały. A więc kamieniołomy dobrego piaskowca, nadającego się nie tylko na fundamenty, lecz również do wyrobu ozdób, jak kolumny, wazony barokowe, schody itp. Cegielnia dostarczała wartościowego budulca. Piasek i wapno znajdowały się na własnych terenach. Piece polowe wypalały wapno tak budowane, jak również nawozowe. Z lasów otrzymywano materiały budulcowe i stolarskie, tam też wyrabiano gonty do krycia lżejszych dachów, natomiast własna fabryczka produkowała cementowe dachówki dla dużych budowli. Dwa kamieniołomy pięknego piaskowca znajdowały się w okolicy, w naszych lasach. Jeden na terenie Huciska Brodzkiego, drugi w Kamiennej Górze. Okresowo wydzierżawiałem je, zastrzegając odpowiednią ilość kamienia na własny użytek. Czasem eksploatowałem na swój rachunek, sprzedając płyty na żydowskie cmentarze, przeważnie do Brodów.” Klimat Pieniak był już raczej zbliżony do kontynentalnego, różnił się znacznie od centralnej i zachodniej Polski. Zimy bywają mroźne i nadzwyczaj śnieżne. Wiosna jest raczej późna i krótka, po której następuje upalne lato. Gospodarstwo rolne w Pieniakach szybko powiększało produkcję dzięki przeprowadzeniu drenowania, założeniu sztucznych pastwisk i łąk, sprowadzeniu nowoczesnych narzędzi. Gorzelnia, młyn i tartak były podstawą dochodów uzyskiwanych w majątku.

jackowskiZe „Wspomnień” Stanisława Cieńskiego:

Co rocznie wczesną wiosną i późną jesienią setki robotników sadziło pod kontrolą gajowych i leśniczych, dziesiątki tysięcy drzew wybranych ze szkółek. U schyłku mego pobytu w Pieniakach (1939 rok przyp.), wszystkie dawne zręby, halizny i nieużytki, zasadzone zostały szlachetnymi gatunkami drzew (…). Choć buk z jodłą często współżyje, to jednak na całym obszarze lasów pieniackich, rosło zaledwie kilka jodeł, wszystkie w jednej grupie. Wiek ich dawał do myślenia, że pochodzą jeszcze z czasów dziadka Dzieduszyckiego. W IV rewirze wznosiła się góra na 440 m n.p.m. zwana? Wysokim Kamieniem?. Był to najwyższy punkt w tej części pasma Woroniaków, który ciągnął się od Złoczowa w kierunku Krzemieńca. Całą górę pokrywał starodrzew bukowy, widoczny na kilkadziesiąt kilometrów (…)„.

jackowskiW skład majątku Pieniaki wchodziły zabudowania: pałac (zniszczony w trakcie I wojny światowej), dom mieszkalny, tartak z młynem, gorzelnia, mleczarnia, stodoła, obora, stajnie, czworaki i kamieniołomy oraz grunty o łącznej powierzchni 1.478 ha, obejmujące swym obszarem tereny należące do miejscowości (gmin) Pieniaki o powierzchni 627 ha, Hołubica o powierzchni 711 ha i Litowisko o powierzchni 140 ha w tym: 356,00 ha – grunty orne, 43,00 ha – łąki, 20,00 ha – ogrody, 35,00 ha – pastwiska, 841,00 ha – lasy, 172,00 ha – stawy, 11,00 ha – inne grunty.

jackowski

Mimo że, spotkałem i rozmawiałem z parama osobami, które okazały się uczniami i uczennicami mojej mamy, nic nowego do spraw, poza opisywanymi przez autora w pamiętniku dodać nie mogłem. Zrobiłem za to sporo zdjęć, mając nadzieję, że kiedyś będą wykorzystane.

jackowskijackowskijackowskijackowskiAni się dobrze nie obejrzałem, jak w wieku 67 lat stałem się emerytem. Z planów wydawniczych w teraz byłej już firmie musiałem zrezygnować.

Oryginał pamiętnika Józefa Jackowskiego przekazałem ks. Tadeuszowi Isakowiczowi-Zaleskiemu, który poza tym, że jest historykiem, jest dla Kresowian prawdziwym Prorokiem, a „skan” pamiętnika zaniosłem do delegatury Instytutu Pamięci Narodowej w Opolu.

jackowskiInspirowany jednak przez Kresowy Serwis Informacyjny, a także przez listy od pani Małgorzaty, która w mailach nadal się pamiętnikiem Józefa Jackowskiego interesuje – czytam i przepisuję, to co w strasznych dla niego i dla Polski latach wojny, pożogi pobratymczych mordów, powodowany niezwykłą – u przecież bardzo prostego człowieka – potrzebą dania świadectwa napisał.

Próbuję sobie przy tym wyobrazić autora, który jako weteran wojny polsko-bolszewickiej w roku 1946 przekroczył dobrze czterdzieści lat. Samotny, z dala od domu, od rodzeństwa od stron, które były mu bliskie, a szczególnie od żony, w stosunku do której, ma teraz olbrzymie poczucie winy, że jak byli razem to jej za mało czasu poświęcał. Miejscami litery kreślone czarnym atramentem się rozmywają, bledną na niebiesko, najprawdopodobniej pod wpływem łez kapiących mu z oczu podczas pisania. Tekst przejmuje, jego boleścią, jego lękiem o przyszłość, jego zmęczeniem tym, że musiał już od wkroczenia 17 września 1939 r. sowietów na tamte tereny się ukrywać.

Był przecież byłym wojskowym, potem bardziej niż gospodarką interesował się polityką i pracą społeczną. A takich komuniści w pierwszej kolejności wywozili na Sybir albo do Kazachstanu.
Jackowski pisze trochę staromodnie, trochę przekręcając z lwowska wyrazy, a całość jest bardziej poetycka, niż faktograficzna. Żeby oddać tragizm sytuacji- posiłkuje się przyrodą, która zasnuwa się wstęgami żałoby. Pełnym grozy jękiem drzew w lasach. Przejmująco też i bardzo bezpośrednio rozmawia z Panem Bogiem. W paru miejscach pamiętnika prosi Pana Jezusa o to, żeby jego i jego najbliższych nie pozostawiał samych „bo ma się ku wieczorowi”.

A wieczór przecież poprzedzał noc, która noc w noc była jednym wielkim koszmarem. W nocy bowiem budziły się demony w jego rusińskich sąsiadach, znajomych! O zmroku bowiem… wychodzili oni, uzbrojeni w widły, siekiery i wyostrzone noże: mordować, rabować, palić, w okrutny sposób przed śmiercią dręczyć tych, na których ukraińscy nacjonaliści wydali wyrok! Szukali go, przeszukiwali jego dom, domostwa jego krewnych i przyjaciół.

jackowskiA tych, którzy, tak jak mój wuj – wymieniony w pamiętniku – jego żona, siostra mojego ojca i ich mała córeczka, albo ks. Pikota dobrze się nie ukryli – zamordowali.

jackowskiDocierały do niego straszliwe wieści, o tym, co się stało w Hucie Pieniackiej z jej mieszkańcami.

jackowskijackowskiStrwożona fama ustna o tym, kogo zabito, którą wieś spalono – przekazywana była po ustaniu każdej nocy. Świt otwierał wrota rozpaczy, trzeba było grzebać zmarłych, szukać schronienia, bo dom był spalony.

jackowskijackowskiTen czas wypełniony był lękiem i trwogą, niepewnością jutra, autor dawał tego wyraz na piśmie, tak powstał kresowy tren Józefa Jackowskiego z Pieniak.

Pamiętnik Józefa Jackowskiego

I tak czas przychodzi i przechodzi rok 40, ciężko postępuje czas. Słonka nie ma w chmurach ciężkich, gradowych i powleczonych wstęgą żałobną, a myśl ma: wolności i wolności wróć o Panie. W 8/I,40. mróz wielki, słoneczko zaiskrzone przez okienko wita i przemawia wstawać (Rok 1940 ustępuje i coraz nowe wojny powstają, nowe pożogi, nowe potoki krwi spływają, świeże nienawiści, różni się Polak od Rusina „Ukraińca”. Ja siedzę w domowym więzieniu i wciąż debata nad przyszłością … a jak tu będzie? Siedzę w domu mi nie iść krok ze wsi, na podwórko, nawet do kościoła nie wychodziłem bo bałem się ludzi, zwłaszcza tych bałem się co im czyniłem dobrze, tych bałem się co dłużni osobiście mi byli, nie raziłem ich oczu swoja osobą. Nie raz wypłakałem się, iż nie mogę wysłuchać mszy świętej. I tak moje życie upływało. Anielcia moja, z jednej strony była zadowolona, iż siedzę w domu Przed wojną nie miała pociechy ze mnie, bo byłem gościem. Żal mi dziś jest i na sumieniu noszę, iż w młodość swoją zmarnowała koło mnie. Dziś jak trwoga to do Boga. Siedzę i pracuję w polu rok 40-41, pomagam w pracach rolnych i bardzo zadowolona jest z tego. Tak, tak miała pełną rację, bo mnie nie było to potrzebne na nic marnować gospodarki, zaś człowiek pracował społecznie i dla kogo? Na co? Młodziutkie życie jej zabrałem i dziś gdy to piszę serce mi z żalu mało nie pęknie, ręce mi drżą. Za co ona biedna tak cierpiała? Czy Ona na to wyszła za mąż, wyszła by ino płakała.. Ach, mój Boże zrozumiałem teraz, a teraz za późno. O biedna kobieto moja Anielciu, moja perło najcenniejsza, za co cię skrzywdziłem tak strasznie? I dziś co mi zostaje na świecie? Zostaje mi ino jedno, żal mi żem krzywdził pod tym względem, za co taka osoba cierpiała? Mój Boże! Czy mi dasz na tyle czasu bym mógł się jeszcze, za te jej łzy niewinne odpłacić, ale mój Jezu dopomóż mi dla niej żyć przynajmniej cośkolwiek abym mógł jeszcze żyć, ach żyć ino dla niej O Anieluścio! Anieluścio daruj mi, już resztę życia.

Mój Boże! Czy mi dasz na tyle czasu bym mógł się jeszcze, za te jej łzy niewinne odpłacić, ale mój Jezu dopomóż mi dla niej żyć przynajmniej cośkolwiek abym mógł jeszcze żyć, ach żyć ino dla niej O Anieluścio! Anieluścio daruj mi, już resztę życia chcę ino być przy Tobie. Chociaż daleko od Ciebie, zaś duch mój zawsze przy Tobie! A nawet gdybym zeszedł z tego świata, to z pewnością z wolą władzy Boskiej, to jednak będę uwielbiał Cię mój Aniele! Dziś gdy patrzę na ten świat, co to się dzieje, iż wszystkie ludzkie majątki zabiera pożoga wojny i na co to wszystko i jak człowiek sumienie, bez charakteru sprzedał, ale za co? I tak postępuje rok 1941, nie mam nadziei na polepszenie, bo co raz to następuje nowy smutek, nowa żałoba. Lasy i chmury zwiastują nową żałobę, słonko światło wydaje blade, a wichry ino powiewają tonem żałosnym. Ptactwo świerkające tonem trwożliwym, zaś lud ze spuszczonymi głowami, rękoma założonymi, huk dział i warkoty drapieżników napawa, nabojem trującym i przeważa (?) w powietrzu – śmierć wieszczący nie tyko nam Ludziom. Czas ten co ogniem i mieczem wszystko zmiecie z poziomu tej ziemi. Niebiosa pokryte wstęga szarą od dymów z samolotów, dział i różnych technicznych przyrządów. Masy wojsk rozproszonych w trwodze i popłochu, ach trwoga i trwoga…

Gdy wieczorami wlecę do swej siostry Andzi i tam rozbijamy te czasy tak bardzo ciężkie i wnet wracam do swej najdroższej Anielci, tyle mego szczęścia, iż mam przynajmniej ją przy swoim boku i na oko. Co ta biedna, nieszczęśliwa kobieta zaznała dobrego? Miała 12 lat jak jej matka zachorowała na „paraliż” i tak biedaczka musiała się męczyć, wyszła za mąż i cóż z tego miała? Króciutko miała szczęścia. Wojna wybuchła, zabrali mnie na wojnę. Ją biedaczkę ewakuowano z chorą matką i w dwóch latach osieroconą. Po 4 latach wracam z wojny, jako inwalida. Świeże ma, ach mój Jezu! Wieki ma cierpieć ta młoda dusza i czy długo się cieszyła mną?

O nie, nie długo bo zadałem nowy cios, bo wir pracy społecznej zabrał mnie i tak lata upływały, aż do 1939 r. I znów nieszczęśliwa była. Noc wypędzała i noc wracania mego, ja gościem byłem w domu, ona zaś ino płakała po kryjomu, bo nie miała korzyści ze mnie? Aż przyszedł czas r.1940, wtedy obróciło się inaczej i jej słoneczko do okienka zabłysło! Zabłysło i miała mnie już koło siebie. Ale czy na długo, ach, jesteśmy razem chociaż w obecnych czasach bardzo są utrudniające warunki do życia i życie człowieka też na pasku. No tyle naszej rozkoszy iż razem jesteśmy, zaś czy na długo? Wciąż o tym mówimy! Budowaliśmy dom, ale czy umierać w nim będziemy? Jeden Pan Bóg wie, jakie losy jakie wyroki Boskie są nam przypisane? Wiemy iż dziś razem, a jutro Bóg wie i tak rok 1942, w takiej trwodze zmagamy. Jaki będzie rok następny?

A gdy wieczorami wlecę do swej siostry Andzi i tam rozbijamy te czasy tak bardzo ciężkie i wnet wracam do swej najdroższej Anielci, tyle mego szczęścia, iż mam przynajmniej ją przy swoim boku i na oko. Co ta biedna, nieszczęśliwa kobieta zaznała dobrego? Miała 12 lat jak jej matka zachorowała na „paraliż” i tak biedaczka musiała się męczyć, wyszła za mąż i cóż z tego miała? Króciutko miała szczęścia. Wojna wybuchła, zabrali mnie na wojnę. Ją biedaczkę ewakuowano z chorą matką i w dwóch latach osieroconą. Po 4 latach wracam z wojny, jako inwalida. Świeże ma, ach mój Jezu! Wieki ma cierpieć ta młoda dusza i czy długo się cieszyła mną? O nie, nie długo bo zadałem nowy cios, bo wir pracy społecznej zabrał mnie i tak lata upływały, aż do 1939 r. I znów nieszczęśliwa była. Noc wypędzała i noc wracania mego, ja gościem byłem w domu, ona zaś ino płakała po kryjomu, bo nie miała korzyści ze mnie?

Aż przyszedł czas r. 1940, wtedy obróciło się inaczej i jej słoneczko do okienka zabłysło! Zabłysło i miała mnie już koło siebie. Ale czy na długo, ach, jesteśmy razem chociaż w obecnych czasach bardzo są utrudniające warunki do życia i życie człowieka też na pasku. No tyle naszej rozkoszy iż razem jesteśmy, zaś czy na długo? Wciąż o tym mówimy! Budowaliśmy dom, ale czy umierać w nim będziemy? Jeden Pan Bóg wie, jakie losy jakie wyroki Boskie są nam przypisane? Wiemy iż dziś razem, a jutro Bóg wie i tak rok 1942, w takiej trwodze zmagamy. Jaki będzie rok następny? Moja najdroższa wciąż w obawie o moją osobę, ja zaś wciąż jestem tego zdania „Wola Boża”. I tak nie siedzę w domu ino poruszając się w polu, bo moi pracownicy dawni porzucili mnie, odmówili, ale Pan Bóg daje sił i by wszystkim dobrze by było, aby ino dali żyć!

I tak rok 1942 zeszedł, a nadszedł rok 1943. Burza światowe coraz więcej się szerzy i pochłania nowe ofiary, a tysiące pomników spalonych – spoczywają na przeznaczonych i nieprzeznaczonych cmentarzach. W lasach, w dobrach, na polach, przy drogach wszędzie trupy, kości ludzkich, w brudnych gnojówkach kałuże krwi!

I tak rok 1943 postępuje żałobą i żałobą ciężką. W nocy wpadają banderowcy i wyciągają ostatki ludzki i w porozumieniu z okupantem bandy zaczynają siać i zbierać równocześnie żniwo. Pierwsze żniwo zaczyna okupant niemiecki na Żydów! Wpierw zbiera ich mienie, ogałaca z odzieży, zabiera wszystkie środki do życia, dalej robi z nich „lagry” w każdym miasteczku. Lagry, a w nich pełno Żydów, pędzą ich do robót najgorszych, później zaś – co raz dalej i dalej wywożą za miasta, obnażają do naga i strzelają jak do psów i do jednego, wspólnego grobu rzucają wszystkich – od maluśkiego do najstarszego wiekiem. W innych miejscowościach w piecach palą żywcem. Banderowcy zaczynają swoje żniwo: wpierw w lasach napadali na Polaków, męczyli kilka dni. I tak zamęczyli i nie dopuszczali by kto zwłoki pogrzebał. Później grasowali po wsiach, obrabowali co się dało, a mężczyzn zabierali i w lasach mordowano w barbarzyński sposób. W wigilijny wieczór wpadli do Kruchowa, powywracali domy – u stołu świętej wieczerzy pozabijano 20 osób. Na Boże Narodzenie 20 trumien odprowadzano na wieczny spoczynek. Wołyńska ziemia wydała początek.

Biedny ten Lud Polski –
musi ginąc od bratniego narodu, a dzicz rozhulała się w pożodze i krwi bratniej. Grasuje zaś brat – morduje rodzona swą siostrę i matkę morduje rodzony syn, a dla tego, iż Polką była! Mąż morduje swoją żonę. Ojciec morduje swoje dzieci, bo dziewczęta były Polkami! Księża greko katoliccy swoje owieczki wyprowadzali słowami ”Idy a byh Lachi nożami ta wydłamy y sokeramy”. A hitlerowcy ręce zacierają z uciechy i mienie zabierają, zaś budynki palą. Hitlerowcy dziczy broń dostarczają, a dzicz rozhukana i upojona krwią niewinnych dziatek i matek rżnie i pali!

A księża ich błogosławią i rozgrzeszenia dają! Mój Boże! A tu się krew niewinna strumieniami leje. Woła i woła krew o pomstę, do nieba woła! Panie Jezu! Pomstę ześlij! Zaś Pan Jezus cicho cierpi i czeka. Nie wybiła jeszcze godzina pomsty, zaś w czasie niedalekim nadejdzie czas pomsty – już nie długo „Ach mój Boże Panie prosimy zostań z nami ma się ku wieczorowi”.

Horda banderowców grasuje w Żarkowie, na Nowy Rok wieczorem zajeżdżają do kolonisty Kotowskiego, ten świeci lampę, banda z tyłu – karabinem kładzie trupem 5 osób i podpalają całą gospodarkę. Palą, nożami, rewolwerami dzieci na pal wbijają i na dwoje rozdzierają! Tak robią nasi bracia! Od miesiąca października 1943 – do 11 marca 44r. nocowanie już nie było w mieszkaniu. Pożegnanie co wieczora od 4 godz. do 3 godz. Rano po dziurach, po strychach ukrywałem się. Moja najdroższa Anielcia po sąsiadach. Każdej nocy ino łuny i mordy co raz nowe. Waleczni żołdacy band banderowców, wielcy bojownicy bo walczą z narodem polskim, z bezbronnymi starcami, kobietami i dziećmi maluśkimi! A wyroki sztab banderowski podpisuje! W wsiach jak Huta Pieniacka placówka obrony polskiej miała skupienie z Pieniak z Huciska Pieniackiego, co mogli to się bronili. Nareszcie – w lutym, raniutko 1944 r. wokoło obstąpili banderowcy z hitlerowcami i ciężkimi działami – rozbili całą wioskę, a ludzi do kaplicy wprowadzono, później wyprowadzali po 20 i do stodół zamykano i podpalano! I tak żywcem spalono! W jednej wsi w piwnicy zamknięto 35-ciu mężczyzn i postawiono na warcie hitlerowca. Za jakąś godzinę przychodzi 5 banderowców i chcą do piwnicy wejść i wymordować… tym czasem wartownik hitlerowiec nie wpuścił ich.

Po odejściu banderowców odtworzył piwnice i mówi hitlerowiec do uwięzionych Polaków – uciekajcie w las jak najszybciej. Więc ci mężczyźni co mogli, zaczęli wyrywać… Na polu obrony w Hucie Pieniackiej poległo przeszło 1300 osób. starców i dzieci. Ks. Jan Cieński chodził po pogorzeliskach i rozpoznanie robił. Spaleni żywcem zostali Antoni Gerber, Paweł Jarymkiewicz z siostrą Anną. Stefania Jackowska z trojgiem dzieci, Michalewski Stanisław z żoną i dwoma synami, Jan Tymrakiewicz z żoną i dwójką dzieci, Tadeusz Inorowicz z żona i dwójką dzieci, Michał Czyżewski z synem Włodzimierzem, a syn Wojciech i córka uciekali przez Staw Pieniacki w kierunku Sweredówki (?) dzicz pieniackich banderowców …lecieli starzy, młodzi i dzieci i krzyczeli piekielnymi głosami ”byj Polaka a byj wszystko” krzyczano. I tak zakończono egzekucję horda pieniacka wykrzyczała (….) Zostali pobici! Zaś matce nie dano pochować swoje dzieci, zabroniono robienia trumny. Matka stroskana pochować musiała w koszulach. Zrobili to bracia, braciom Polakom. A ja czekam na nowy wyrok na siebie, co mnie ma czekać- nie wiem? Mój Boże jakie to straszne- czekanie na śmierć.

Smutny i rok 1944, wciąż codziennie, gdy się rozłączamy z Anielcią ino przez noc, a nad ranem przychodziłem i kładłem się do łóżka, przynajmniej na godzinę w ciepły mieszkaniu, a wciąż ino trwoga i strach coraz dalej przenika, coraz więcej się powtarzają ognie i mordy. Niemcy przez palce się patrzą i ino mówią – niech się biją. Polacy giną, a Niemcy dają broń hordzie banderowskiej. Z wschodniego frontu coraz bliżej idą wojska sowieckie i Armia Polska, słychać coraz bliżej strzały z dział i samoloty krążą. Wojska germańskie się cofają. Banderowcy razem z Niemcami dalej palą, mordują w sposób barbarzyński każdego jednego Polaka czy Polkę. Polacy się skupiają i modły zanoszą: by Pan Bóg dopomógł armii sowieckiej i polskiej jak najprędzej przyjść do nas by nas uwolnić od tej zgrai banderowskiej i niemieckich zbójców. Niemcy cofają się, wszystko palą i niszczą i ludzkie życie. Nadchodzi wielki moment trwogi na naszą okolicę. Banderowska, mordercza banda pędzi swe żniwo, a tu jeszcze daleko wojska wybawcze. O mój Jezu, ratuj nas bo, bo jak to wybawienie nastąpi to już nas nie zastanie, bo horda sieje śmierć na każdym kroku, a my już ratunku nie mamy. Wszystkie baby i dziewki i chłopi kontrolują. Gdzie tak Polak czy Polka obraca się? Ja nigdzie nie wychodzę ino Julcia przychodzi ukradkiem i wiadomości ostrzegawcze przynosi: horda band się kończy, bo jej zakazano do mnie chodzić? Zajeżdżają jedni, już w to wzbronione(?) Mój Boże z tylu (?) wraz przepadłem, już się nie wykręcę, gospoda Złoczów, mi na Brody? Wszędzie bandy rosły, rosły w widły, siekiery uzbrojone, a i dziewki wrogo patrzą, ach zdąży wyjść Polak…, a już poszła meldować, by tego Polaka zgładzić ze świata.

Moi drodzy, gdzie się nam podziać? Ni dnia, ni nocy ach! Mój Boże! Co to będzie? Nie ma już nikogo, ni sąsiada, ni krewnego – wszystko wrogi! Jak tu żyć, iż gorzej się obchodzą jak z Żydami, a front powoli się zbliża, ale się zbliża, jest nadzieja w Panu Bogu, iż uratują nas od tak ciężkich tortur morderczych. I tak przychodzi miesiąc luty 1944!

Coraz gorzej, zagrożenia, napady nie ustają, ino rabują. Miedzy 6 – 7 godziną przychodzą w 7, może lub w 8. Napadli na Andzię i do szczętu obrabowali, nawet zasłonowy plusz obdarli i jeden z nich uderzył w twarz i kazali do piecz obrócić się – rzekli, będzie pani rozstrzelana. Już Andzia się rychtuje i rzekła do nich – Panowie będę miał zaszczyt, iż z niemieckiej kuli zginę – wtedy jeden z nich rzekł – te słowo Panią odratowało, jutro ma Pani na Hutę się zgłosić

I tak odegrali rolę żołnierzy niemieckich, a to właśnie byli banderowcy. Julcia i jej Aniela widząc jak oni zajechali, więc w trwodze byli tej, iż zamordowana Andzia. I tak sama kobieta z staruszką ciocią na noc po takim strasznym rabunku została. Ciemna noc tajemnice przyjęła i szum w lasach żałobnie powiewa, na niebiosach gwiazdy migoczą i przemawiają swym blaskiem i mogą świadectwo wyrazić tym zbrodniczym ludziom, oni z łupami uchodzą przez tą noc i prze lasy, które ino nucą, iż nie długo, nie długo zadowolenie będzie ze swego rabunku zrabowanemu na niewinnych ludziach… j nie długo będziecie pić krew tych niewinnych niemowląt i nie długo pić będziecie krew nieszczęśliwego polskiego narodu! I tak na drugi dzień po rabunku, wlatuje Andzia raniutko, ja leżałem, ale słyszę głos Andzi w kuchni i mówi Anielci: widzisz co ino na mnie to mam, nie dali mi się w co przebrać, o mało nie postradałam życia! Po świeżej wiadomości … mój Boże! Mój Boże i na nas spada nowy krzyż, zawisła, ach zawisła ciężka chmura żałoby. Na moim jesionie, od wschodu – pełno wróbelków, śpiewają mi marsza żałobnego? Czy to ma być już koniec?. Krówki w stajni smutnie spoglądają, iż ich gospodarz i gosposia wciąż zamyśleni. Kureczki mniemają tego ducha, iż czy ma się stać co w tym domu. A w parku drzewa medytują i niby one przemawiają do siebie: pamiętamy wojny, wojowali Turcy, Tatarzy, cesarskie boje, walki królewskie, ale nie pamiętamy takiej walki bratobójczej, iż jedna strona uzbrojona, druga bezbronna.

Mój Jezu! Ach, gdy wieczór zapada, a noc, ach ta noc, toteż mój Panie pozostań z nami, bo się ma ku wieczorowi.

Tyle naszej obrony. Noc i noc minuty stają się dniami, godziny stają się miesiącami! Ach Panie Jezu … już dasz tę jutrzenkę, ale czy jasną? Ach w tej to nocy przez jej ciemność przebija krew niewinnych dzieci i łuna za łuną – świadczą i wydają świadectwo XX Wieku!

Jakich barbarzyńców Polska wychowała?

Gdy słonko wzejdzie, to odzywam się do Anielci: no chwała Bogu przebyliśmy noc szczęśliwie i dzień ulatuje szybko, a człowiek ino przemyśla, a co dalej będzie? Chodzę niby trup, strach nie daje człowiekowi jeść, chodzić, bo już się ma ku wieczorowi. Banderowcy zaczynają pieszo i konno kontrolę dawać, gdzie i kto ma być zamordowany!
I tak przyszedłem do Węgrzyna do domu by coś się dowiedzieć i wtem, przychodzi Antoni Bilewicz i mówi mi: wie pan co tej nocy były tajne zbory banderowców: uchwalili i wyrok podpisano na pieniackich, na księdza Pikotę, na Jackowskiego Józefa i na Michała Wolanina. I tak przyniosłem wiadomość swej Anielci i rodzeństwu.

No trzeba się przygotowywać do wyroku banderowców! Szumi mi w głowie, a wiatry żałobny marsz wygrywają, zaś me serce zbolałe ma przeczucie – o nie! O nie, banderowcy nie napiją się krwi mojej, marny widok na moją śmierć. I tak za kilka dni po wyroku ogłoszonym: Michała Wolanina zabito na schodach w gorzelni Pieniaki, kilka dni leżał, aż zona przyszła pochować: brak trumny, brak ludzi do pomocy – ot wzięła biedaczka żłób ze stajni i złożyła zwłoki zamordowanego męża i ukradkiem zawiozła na cmentarz.
Smutny czas zmyka a z nim ino śmierć, ogień! Ucieczka przez bandy banderowskie na Polski Naród. Śmierć postępuje i wlatuje szybko niby kula karabinowa. Czegoś tak tęskno, świat uwięziony, a naród banderowski chodzi sławny, ambitny w tym zamyśleniu, iż już będą mieć swoje państwo, mniemania tego, że o ile wymordują niewinnych dzieci i kobiet to już krwią niewinnych zdobędą kraj.

I tu ślepota nie schodzi z oczu im. Nie da się między nimi przechować, przynajmniej jedną noc, to trudna rzecz. Są dumni z tego dzieła swego, nie oglądają zaś się na to, iż na nich następuje chmura ciężka, czarna, że otworzy im wnet bramę do Sybiru, bramę nędzy, bramę pożogi, że zemsta Boska przynajmniej częściowo ich dotknie. Przecież już huki strzałów dają się słyszeć coraz wyraźniej i już bory napełniać się zaczynają nimi. Lasy szemrzą i mówią swoim szelestem: przyjdzie czas i na was. Kolej i na waszą krew, napiją się nie niewinnością, ale winną krwią.

Chmury niebios, które ciemnością zapełniły niewinnych ofiar, nastąpi wnet oberwanie się chmury nad waszymi głowami i spadnie krwawy deszcz i grad, a schronienia nie znajdziecie, bo odepchnięci będziecie i ochrony nie znajdziecie między narodami, bo wszędzie będzie was prześladować krew niewinnych. Nie znajdziecie przytułku. Ni na Wschodzie, ni na Zachodzie, ni na Południ, ni na Północy. Wszędzie jesteście znani, a krew niewinnych prześladować będzie gdzie się ino nie schronicie! Ja gdy to piszę nie chcę być wam prorokiem, zaś widzę waszą przyszłość i waszego pokolenia, bo nadchodzi ten czas, iż gdy się ukryjecie w lasach te nieme drzewa, ich listki pędzić was będą i wołać za wami będzie krew niewinnych.

Prostej pomsty udziel Wielki Boże! Szumy i żałobne przewiewy zwiastują coraz większą trwogę, ach, Mój Jezu pociesz nas, pociesz mnie strapionego, wciąż ino o jednym człowiek myśli i myśli.

Aż tu wiadomość przychodzi do mnie, że ks. Pikotę zabrano, ino już teraz przychodzi na mnie kolej.

Męczono go cały tydzień, a potem znaleziono pod Zwyżyniem w gliniankach zmasakrowanego, nożami pokiereszowanego i tak parafia pieniacka straciła drugiego duszpasterza od czasu wypowiedzenia wojny.

Osierocone są resztki dusz polskich, a ci, którzy pozostali to czekają śmierci i ja jestem na tej drodze, która jest bardzo przykra i coraz więcej w niej lęku. Ach, strachu- jakiego człowiek ma.

Czeka tej godziny wielkiej nastąpienia. Ach! Jaki to moment ciężki – czekać na tą śmierć.
Bo ile by nastąpiła śmierć momentalna, to co innego, ale ta powoli ino idzie i ma być w sposób banderowski okrutna, jak z czasów pierwszego stulecia po Chrystusie, lub z czasów rzymskich Nerona, ale i to nie dobre przyrównanie, bo ci ludzie byli poganami.
Obecnie zaś się dzieje, iż to Chrześcijanie, Katolicy, a w taki sposób ino postępują?
Mój Jezu! Nawet duchowieństwo bierze czynny udział – w tych wielkich egzekucjach. Ach, wielki, a wielki czas przychodzi na ten lud polski.

Luty miesiąc 1944, to okres wielkich zbrodni i rabunków.

Na długo pozostanie w pamięciach osób, które uszły z życiem od hord banderowców.
Świadkowie czynów ich zbrodni, prawie z każdego miasta, miasteczka, ze wsi i z koloni co – zostali przy życiu, uszli na Zachód.

Będą świadczyć w razie potrzeby. Oj, gdyby mówić mogły te lasy, co tam się odbywało, jak wiele w cebrach krwi w nich wylano, jak wiele ludzkiego, polskiego istnienia zabrały.

O Pomstę, pomsty woła ta krew, których ciał złoczyńcy nie dali pochować, a kruki, wrony i zwierzęta rozciągają, rozszarpują i cieszą się, iż ich sprzymierzeńcy wzbogacili się w taki suty łup.

Mój Boże, przychodzi i moment trwogi na mnie. Z 28 lutego na 1 III 45 wieczór, o 5 godzinie zjadam kolację i tak mówię Anielci: może i ja- w ostatnią poszedłem w swoją nocną kryjówkę, towarzystwo dotrzymuje kotka. Anielcia też poszła spać do Malyniszek. A ja zasnąć, żadnym sposobem nie mogę.

Wydaje mi się, iż banderowcy przychodzą do mieszkania i szukają mnie wszędzie. Ach, ta zmora nie daje zmrużyć powiek i szepcze mi do ucha wstawaj i ratuj, bo się mszczą nad twoją żoną, idź! Idź, tak mi ta zmora szepcze! Wstaję i chcę iść, zaś siła inna mówi – nie idź, a czekaj.

Kładę się i czekam, minuty stają się godzinami. Coś jest tam, są goście, czekają na ciebie. Ach, kiedy ten kur zapieje jak zwykle? Ach, coś mnie niepokoi, wstaję – wychodzę z kryjówki, noc lekko ciemna i słyszę.

Ach, słyszę niby szmer niby jakieś drapanie. Nie pukam do okna, ale wchodzę na schody werandy, lekko biorę za klamkę ostrożnie. Wtem co to jest? Drzwi do kuchni otworzone, na podłodze porozrzucano wszystko z półek Stałem kolo drzwi od pokoju, a w Józka pokoju szmer i rozmawiają z nim. Ja stoję jak wryty, jak na tamtym świecie. Trzymam różaniec w palcach i tak mówię do siebie – to moja obrona! Niech się dzieje wola Boża, czyń Panie co się Tobie podoba, trochę odczekałem i zrobiłem krok, a oprawcy już odeszli. Józek przestraszony zapytał: kto to? Ja, odpowiadam.

Mówi do mnie: bój się Boga to ty? Dopiero że odeszli – przerzucili cały strych za Tobą i powiedzieli, że ciebie muszą znaleźć.

Józek mówi do mnie: weź gdzie się schowaj na kilka dni, front niedaleko, jak Sowiety przyjdą to ty przyjedziesz. Daleko nie idź! Ja mu mówię bądź spokojny. Ty mi już jedno zrób, proszę cię – pamiętaj na Anielcię i krzywdy jej nie czyń, ona biedna, nieszczęśliwa sierota, wiec proszę cię na miły Bóg ratuj ją, bo ja już idę. Anielusia przychodzi i proszę ją by mi się wystarała wódki, przyniosła, wypiłem i uradziliśmy bym uciekł na razie do Milka Maksymowa.

Ach, mam porzucić moje najdroższe życie, Anielusię? Ale co robić, zostać nie mam jak, bo zamordują nas oboje, nic nie pomoże. Trzeba więc porzucić najdroższy skarb, moją perłę życia. Porzucić mam najdroższe i najdroższe rodzeństwo i jak to wygląda?

O, Boże! Boże Ojcze – czegoś mnie opuścił? Wydaje mi się, iż wszystko leci za mną i chce mnie ukamienować! Żegnam Cię, moja najdroższa i cała Rodzino! Idę, czy wrócę? Mój Jezu, prowadź mnie! Mario, Matko Nieustającej Pomocy ratuj mnie – wyszedłem raniutko niby na śmierć”.