Dla niego, trwająca od przeszło piętnastu lat wojna jeszcze się nie skończyła. Uległ przemocy. Nie ma wolności, ma jednak dach nad głową, wikt i opierunek. Jest jak w oflagu. Był pilnowany przez strażników, wprawdzie nie w mundurach, ale za to w białych fartuchach.

Ksawery Zarębski

Chciałbym z otchłani zapomnienia – przywołać postać żołnierza Najjaśniejszej R.P. chorążego Wojska Polskiego Ksawerego Zarębskiego.

Służbę Niepodległej Ksawery Zarębski rozpoczął jeszcze jako młody chłopak – zaciągając się na ochotnika do 36 pułku Legii Akademickiej sformowanego w 1920 roku do obrony Polski przed bolszewikami. Przeszedł z nim piękny bojowy szlak, pędząc czerwonych gdzie pieprz rośnie. Pozostał w wojsku na stałe. Lata dwudzieste – to był dla niego najlepszy okres, założył rodzinę. Był ceniony za pomysłowość i wewnętrzną dyscyplinę. Wyspecjalizował się w rusznikarstwie. Miał nawet wybitne w tym zakresie osiągnięcia, toteż awansowany został do stopnia chorążego WP.

zarębskiWe wrześniu 1939 r. wraz z formacjami lotniczymi brał udział w kampanii obronnej, a po jej zakończeniu przez Rumunię i Francję przedostał się do Anglii, by nadal walczyć. Służył – jako członek naziemnego personelu w strukturach angielskiego lotnictwa wojskowego RAF – w 309 Dywizjonie jako mechanik. Otrzymał najniższy angielski stopień oficerski.

Po zakończeniu działań wojennych przeżywał gorycz porażki i zdradę dotychczasowych sojuszników. Polska staje się łupem wojennym ZSRR.

Pan Ksawery do takiej Polski nie chce wrócić. Podjął pracę w małej wytwórni metalurgicznej w Londynie. Mieszkał samotnie, wiodąc gorzki żywot politycznego uchodźcy.
Za oszczędzone pieniądze wysyłał żonie i dzieciom paczki do Warszawy. W pracy był przez angielskich kolegów lubiany, imponował im pomysłowością i temperamentem.

Z trudem znosił w Anglii osamotnienie, dalszy tam pobyt stał się dla niego nie do zniesienia.

Żołnierz nieujarzmiony

Po 16–letniej nieobecności wraca do kraju, do rodziny. Ksawery Zarębski nie może się jednak przystosować do warunków życia w socjalistycznej ojczyźnie robotników i chłopów. W pracy – nie zgadza się na uczestniczenie w komunistycznej liturgii masówek i pochodów. Ma z tego powodu kłopoty.

Nie znajduje oparcia w rodzinie. Jest dla niej po długiej rozłące obcy, a przez podważanie reguł uznawanych przez wszystkich – nawet niebezpieczny.

Konflikty w domu narastają. W końcu PRL postanawia go izolować od reszty społeczeństwa – na podstawie zarzutów znęcania się nad rodziną. Zostaje osadzony bezterminowo, na tak zwanej detencji w szpitalu psychiatrycznym z zaleceniem… jak najdalej od Warszawy. Przywieziono go do położonych tuż przy granicy czechosłowackiej Branic.

Branice

zarębskiW szpitalu stary wiarus czuje się jak w niewoli u nieprzyjaciela.

zarębskiDla niego, trwająca od przeszło piętnastu lat wojna się jeszcze nie skończyła. Uległ przemocy. Nie ma wolności, ma jednak dach nad głową, wikt i opierunek. Jest jak w oflagu. Był pilnowany przez strażników, wprawdzie nie w mundurach, ale za to w białych fartuchach.

Mimo, że znowu jest zupełnie sam, mimo że Najjaśniejsza R. P. nie jest niepodległa, mimo że rozpoznano u niego schizofrenię paranoidalną, mimo, że ratunku znikąd nie widać. Do końca zachowuje godność i honor przedwojennego chorążego.

zarębskiPan Ksawery dumnie odrzuca propozycję starań o rentę inwalidzką z powodu choroby psychicznej – żąda od państwa emerytury wojskowej za lata służby w WP.
Nic od komunistów nie chce i nie bierze. Zimą chodzi w kolejarskim płaszczu przypominającym krojem wojskowy szynel. Trzyma fason, od kwietnia do września się opala, jakby ignorując całe otoczenie.

Oficjalnie opisywano jego stan w ten sposób:

„w szpitalu bezczynny, bez zainteresowań, niepodatny na wszelkie próby aktywizacji. Wycofany z realnej rzeczywistości w świat urojeń prześladowczych, ksobnych, wielkościowych. aperswazyjny, zupełnie bezkrytyczny w stosunku do tych objawów…”

Branicki szpital w tym czasie był autonomicznym miasteczkiem, rządzonym twardą ręką przez ambitnego lekarza Zdzisława Jackowiaka.

zarębskiDyrektor szpitala Zdzisław Jackowiak

Przebywało w nim prawie 2000 pacjentów i 1300 osób personelu. Należało do szpitala także olbrzymie gospodarstwo rolne, a w nim świnie, krowy, konie, a także para kucyków, 2 młyny, piekarnia, rzeźnia, liczne filie z zamkiem w Mosznej włącznie. W obrębie szpitalnego ogrodzenia spacerowały daniele, sarny i pawie.

Władca szpitala bił własną monetę zwaną bonami, która była środkiem wymiennym za towary w placówkach handlowych i usługowych szpitala.

Pawilony były otoczone doskonale utrzymanymi terenami zielonymi. W tych to zamkniętych ogródkach od kwietnia do września pacjenci spędzali większość dnia. Przed przelotnym deszczem chronili się do podłużnych altan.

Był rok 1969. Wśród wyprowadzanych do ogródków chorych wyraźnie wyróżniała się postać roznegliżowanego do pasa, o śródziemnomorskiej wręcz opaleniźnie, dziarskiego człowieka o bystrym spojrzeniu. Miał wtedy prawie siedemdziesiąt lat i od dziesięciu przebywał w szpitalu. Zawsze był czymś zajęty, cały warsztat, wraz z potrzebnymi materiałami nosił przy sobie w skórzanej teczce.

Pracownia

Wtedy się poznaliśmy i od razu przypadliśmy sobie do gustu.

zarębski

Stanisław Wodyński

Ja miałem w sobie pewne poczucie winy, że pracuję bądź co bądź w totalitarnej instytucji, jaką był bez wątpienia, zwłaszcza wtedy – szpital psychiatryczny, a los wyznaczył mi w nim rolę dozorcy człowiekowi tak dla Polski zasłużonemu. On to wyczuwał, dlatego, bez zbędnych oporów zgodził się przychodzić do prowadzonej przeze mnie pracowni ekspresji. Mimo różnicy wieku, jaka nas dzieliła, zadzierżgnęła się między nami nić przyjaźni.

Pracownia gromadziła pacjentów dla których praca przy szyciu, wypychaniu trawą morską  materacy, wyrabianiu koszy z wikliny, oczyszczaniu chlewni ze świńskiej mierzwy nie była – mimo „zmienionej chorobowo osobowości” – szczytem marzeń.

Wkrótce pozyskałem paru ciekawych twórców, których prace pokazane na po raz pierwszy zorganizowanej przeze mnie wystawie – wzbudziły spore zainteresowanie i umocniły moją pozycję w szpitalu. Do pracowni przychodzili także, a raczej wyrywałem ich – z liczących niekiedy ponad setkę chorych oddziałów – niespełnieni dotąd literaci, poeci, przeróżni konstruktorzy i wynalazcy perpetuum mobile jak również ci, dla których pobyt w podziemiach mieszczących pracownię, z całym labiryntem korytarzy i izb piwnicznych był wytchnieniem od koszmaru przebywania – w psychiatrycznym szpitalu.

Alegoryczny portret pana Zarębskiego, namalowany przez Mieczysława Dominika.

zarębskiWyszukałem dla pana chorążego oddzielne pomieszczenie, do którego wręczyłem mu klucze – w którym mógł przebywać nawet do późnego wieczora, co było oczywiście pogwałceniem obowiązujących w szpitalu rygorów, ale o to specjalnie nie dbałem.

Twórczość

Prowadziłem z nim długie rozmowy, zachęcając go do realizacji pomysłów, o których mi tyle opowiadał. Wkrótce w pracowni poczuł się jak u siebie w domu. Miał nareszcie swoje miejsce, swój kąt, do którego nie wchodziło się bez pukania.

zarębski

Wnętrze pracowni (na zdjęciu Marian Henel)

W historii jego choroby wtedy odnotowano:

„…drugi okres szpitalnego życiorysu Ksawerego Zarębskiego to okres twórczy, który pojawił się nagle i spontanicznie, przy utrzymujących się objawach psychotycznych na poprzednim poziomie. Twórczość jego obejmuje dwie różne, wzajemnie się uzupełniające formy i jest szczególnie ciekawa ze względu na autoterapeutyczne walory…”

zarębskiPan Ksawery stał się bowiem wydawcą samizdatów, wydawanych w jednym egzemplarzu publikacji – tabloidów, jakby je nazwać współczesnym językiem. Wykonanych na dykcie obklejonej kartonem – w których to przedstawiał swoje poglądy filozoficzne, polityczne, a przede wszystkim poświęcone misji pana Ksawerego – ujawnienia światu prawdy o tym, że Stalin polecił wymordować oficerów polskich więzionych w Katyniu, Ostaszkowie, Starobielsku.

zarębskiAnalizujący jego twórczość dr Krzysztof Czuma pisał:

„(…)swoistość form plansz sprawia, że trudno zakwalifikować je do któregoś z klasycznych środków wyrazu artystycznego.
Najbardziej przypominają opowieść rysunkową z dymkiem… kombinację skarlałego słowa z uproszczonym rysunkiem…”

zarębskiZ tymi przesłaniami pana Ksawerego była raz nawet spora afera.

Organizowałem wystawę prac plastycznych pacjentów branickiego szpitala na Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach Rokitnicy. Działo się to w okresie „późnego Gierka”. Eksponowaliśmy tkaniny, obrazy, rzeźby, a także plansze pana Ksawerego.

zarębskizarębskiWszystko było już przygotowane do otwarcia wystawy, kiedy to dowiedziałem się, że z polecenia prorektora Akademii do spraw wychowawczych imprezy nie będzie.

zarębskizarębskiOkazało się bowiem, że mocno czerwona i partyjna magnificencja, kierując się czujnością funkcjonariusza NKWD dostrzegła w publikacjach pana Ksawerego niebezpieczeństwo, przed którym należało chronić adeptów medycyny.

zarębskiPan chorąży Ksawery Zarębski, kiedy się o tym się dowiedział – był wniebowzięty. W końcu, jego działalność została dostrzeżona i wyróżniona przez – komunistycznego bo komunistycznego, ale zawsze – profesora.

Wystawa w końcu się odbyła, bo prorektor się wystraszył, że o jej zamknięciu powiadomimy Radio Wolna Europa. Eksponowaliśmy na niej, poza planszami również konstrukcje, których jako gorący zwolennik reformowania kalendarza pan Ksawery był autorem. Przypominały one z wyglądu zegary, z których żaden się do dzisiejszych czasów nie zachował. Zostały bezmyślnie zniszczone po jego śmierci.

zarębskiMój serdeczny i przedwcześnie zmarły przyjaciel doktor Krzysztof Czuma pisał:

„(…)o ile jednak zegar w naszej kulturze jest najstraszniejszym symbolem przemijania, to u Ksawerego Zarębskiego stracił tę swoista wymowę poprzez odmierzanie nie sekund, minut, godzin zamkniętych w cyklu dobowym, a dni, miesięcy, lat według systemu, w którym rok składa się z 13 miesięcy, a każdy miesiąc z 28 dni. Zostaje w ten sposób wyeliminowana jakakolwiek ruchomość dat. Każdy kolejny rok jest taki sam, tzn. ma wewnętrzny porządek identyczny z tym, który go poprzedził i z tym, który nadejdzie. Kalendarz Ksawerego Zarębskiego jest więc kalendarzem wiecznym. Linia prosta przebiegu czasu staje się kołem zamkniętym w rocznym cyklu. Czas zostaje ujarzmiony.”

Było paradoksem, że ta sądownie zamierzona izolacja od społeczeństwa dostarczyła niepokornemu żołnierzowi wiele satysfakcji. Stworzyła mu warunki do twórczości, zapewniła mu kontakt z wieloma, przyjaźnie do niego nastawionymi i podziwiającymi go ludźmi. Odwiedziny pracowni pana Ksawerego były żelaznym punktem wizyty, przyjeżdżających do szpitala nawet partyjnych dygnitarzy. Wtedy to dopiero pan Ksawery sobie używał, mieszając cały komunistyczny system z błotem.

„Nowe” życie

Po wielu staraniach udało się mi uzyskać zwolnienie dla pana Ksawerego z trwającego kilkadziesiąt lat internowania w szpitalu. Pojechał do domu, do Warszawy. Nie minęły jednak trzy tygodnie, jak pan chorąży powrócił i poprosił mnie, żebym mu załatwił przyjęcie z powrotem do szpitala.

Nie mógł się bowiem odnaleźć w świecie, który uważany był za normalny, ale w dobie dogorywającego socjalizmu normalnym być nie mógł – przynajmniej dla starego, przedwojennego chorążego.

zarębskiPotem był stan wojenny. W szpitalu pracę utraciłem, ale od czasu do czasu tam go odwiedzałem. Zmarł w 1983 albo 1984 roku. Powiadomiony o tym, zorganizowałem mu, jak mogłem – godny pogrzeb. Ksawery Zarębski został pochowany na cmentarzu w Branicach.

zarębskiNa jego grobie została umieszczona tabliczka o wymownym napisie, że spoczywa w nim Żołnierz Najjaśniejszej…

zarębski

Pamięć o Ksawerym Zarębskim

Po latach, kiedy byłem wójtem Branic, jeszcze przed oficjalnym wprowadzeniem obchodów Święta Wojska Polskiego, 15 sierpnia w rocznicę Cudu na Wisłą w 1920 r. przyprowadziłem do miejsca jego ostatniego spoczynku poczty sztandarowe organizacji kombatanckich. Pochyliły się kombatanckie chorągwie nad mogiłą żołnierza tułacza.

Postać Ksawerego Zarębskiego – nieujarzmionego żołnierza – opisywałem w kilku publikacjach, jednak dopiero w dobie Internetu pan Ksawery zaczął wyłaniać się z cienia zapomnienia.

Napisała nawet do mnie – w imieniu swojej matki – jego prawnuczka:

„Brak kontaktu rodziny z dziadkiem tłumaczą lata, które wtedy były. To mnie bardzo boli, ale takie były czasy. Brak żony, syna i córki dziadka Ksawerego na pogrzebie było wynikiem pewnych wydarzeń. Najpierw 10 lat przed pogrzebem, o którym Pan pisze zmarła „na serce” córka Ksawerego, Hanna. Po upadku Powstania Warszawskiego, została wywieziona na roboty do Niemiec, po których bardzo chorowała. Natomiast 3 lub 4 lata (dokładnie nie pamiętam) przed pogrzebem umarła jego żona Wacława. Mój tata Jerzy działał w Solidarności (jako chłopiec brał udział w Powstaniu Warszawskim), więc również był zagrożeniem dla ówczesnych władz, stąd brak kontaktu z ojcem Ksawerym. Zamiast jego na pogrzeb przyjechały dwie wnuczki, czyli JA i moja siostra cioteczna Grażyna, córka Hanny. Skontaktował się z nami lekarz, który był cały czas przy dziadku w szpitalu, który pomagał przy pogrzebie. Do tej pory pamiętam, że zaprosił nas do swojego domu i zrobił nam przepyszną jajecznicę z koperkiem. Niestety nie wiem czy jeszcze żyje. Od niego dopiero wtedy dowiedziałyśmy się szczątkowej historii z życia dziadziusia Ksawerego. O jego NA SZCZĘŚCIE nieudanej próbie samobójczej, o jego twórczości, słynnym kalendarzu, obrazach i makietach. Nic nie widziałyśmy, bo wszystko było zarekwirowane przez władze. Widziałyśmy za to pracownię, w której pamiętam panował wielki bałagan. Podczas załatwiania spraw związanych z pochówkiem, cały czas towarzyszyły nam samochody tamtejszej władzy. Przekazałyśmy również wszystkie oszczędności dziadziusia oraz jego pozostały dorobek życia szpitalowi z prośbą o opiekę na jego grobem. Potem wyjechałam za granicę. Z mojej małej rodziny nikt już później nie odwiedzał grobu dziadziusia. Nie mamy pamiątek po nim, może małe oprawki do obrazów. Druga wnuczka, Grażyna również wyjechała z kraju i nie wracała przez wiele lat. Co do wspomnień z mojego dzieciństwa dotyczących dziadziusia, to mam ich niewiele. Tata mój o swoim ojcu mówił mi mało, ale rzeczowo. Dziadziuś po powrocie do kraju (po długim milczeniu) odwiedzał nas w domu. Miałam wtedy około 4 może 5 lub 6 lat. Pamiętam, że nazywał mnie „Ewunia” mimo iż mam na imię Elżbieta. Gdy przyjeżdżał do nas lubił mnie podnosić jak siłacz do góry, a ja się wtedy tak strasznie cieszyłam… Przykro nam, że wiemy tak mało. Starsze pokolenie z większą wiedzą już nie żyje. Natomiast nasz pradziadek Ksawery jest głęboko w naszym sercu.”

A także nawiązało ze mną kontakt  stowarzyszenie lotników, które poinformowało mnie o tym, że pan Ksawery został wpisany do http://listakrzystka.pl/?s=Ksawery+Zar%C4%99bski, a także prosząc o zgodę na wykorzystanie jednego z moich tekstów, w artykule zamieszczonym w czasopiśmie lotniczym „Gapa”.

Plansze zaś Ksawerego Zarębskiego zostały przez ekspertów uznane za wybitne dzieła sztuki art brut.

zarębskiNa wystawie w brukselskim muzeum pokazano po raz pierwszy w Europie znakomitych polskich artystów art brut takich jak Maria Wnęk, Stanisław Zagajewski, Edmund Monsiel, Henryk Żarski, Kazimerz Cycoń, Edward Sutor, Julian Stręk, Marian Henel, Ksawery Zarębski.

zarębski

zarębskizarębski

 

1 KOMENTARZ

  1. Nie bardzo wiem, czy potrzebnie wypuściłem dżina z butelki wspomnień. Dawno już nie doświadczałem uczucia twórczego podniecenia, które wcześniej nie dawało mi spokoju, a które rozładowywałem, rzeźbiąc w glinie. Teraz jest wprawdzie inaczej, bo moim tworzywem jest pamięć, z której wydobywam postacie, które znałem, a których już na tym świecie niema, ale podniecenie jest podobne.
    Przychodzą one, te postacie z całym kolorem epizodów je ożywiających . Tak jest, w przypadku żołnierza niezłomnego, chorążego Ksawerego Zarębskiego. Pisząc o nim, jednak nie potrafiłem znaleźć miejsca, w którym podzieliłbym się ze wspomnieniem sceny, powtarzającej sie rokrocznie, przez kilkanaście lat 1 maja
    .
    Wtedy, ulicą, przy której znajdował się szpital, przeciągał pochód, uzbrojony w czerwone i biało-czerwone szturmówki. Szedł od siedziby gminnego komitetu PZPR na boisko sportowe. Pan Ksawery stał w za kratownicą głównej bramy wjazdowej do szpitala- i z całych sił krzyczał… Anglia to kurwa! Maszerujący proletariat patrzył na niego z pobłażaniem i chichotał, słuchajcie … co ten stary wariat wykrzykuje!

    A ja wiedziałem, ja Ksawerego Zarębskiego rozumiałem, o co mu chodziło. O zdradę, o sprzeniewierzenie się dawnego sojusznika, o sprzedanie w Jałcie polskiej i pana Ksawerego wolności.

    Chorąży w szpitalu przebywał prawie 30 lat. Paskudnie go doktorzy w historii choroby opisywali, że całkowicie owładnięty urojeniami prześladowczymi i wielkościowymi.
    A on po prostu nienawidził komunistów. Ta nienawiść z niego emanowała na każdym kroku, w każdym geście. Brała się z jego biografii, z jego patriotyzmu, któremu dawał dowody, walcząc z Bolszewikami, a potem Niemcami.

    Zdrada Wielkiej Brytanii, Francji i USA była przyczyną jego choroby, ale czy absolwenci socjalistycznych akademii medycznych, czy czerwonych fakultetów psychologicznych w to wnikali. Potrafili jego z tej patriotycznej depresji wyleczyć?