Józef Ilnicki

322
wspomnienia

Wspomnienie kresowe Józefa Ilnickiego z Jezierzan.

Jezierzany

Jezierzany – była to duża wieś, licząca ponad 600 gospodarstw, niedaleko Stanisławowa. Obszar zabudowany obejmował około 9 km2. Mieszkało tam ponad 3.000 ludzi, ponad 50% Polaków, reszta Ukraińcy, których nazywano Rusinami. Żyły tam 3 rodziny żydowskie, w tym dwie z nich prowadziły sklepy spożywcze, a dalsze trzy sklepy prowadzone były przez Polaków, oraz jeden sklep prowadził Ukrainiec Sołodki – późniejszy, po klęsce wrześniowej – wójt Jezierzan. Policja i poczta znajdowały się w oddalonym o 5 km Chocimierzu.

We wsi była szkoła podstawowa, kościół rzymsko-katolicki, cerkiew grecko-katolicka z plebanią popa i cerkiew ewangelicka. Była też czynna świetlica, kółko rolnicze, mleczarnia i kancelaria, a nawet jednocelowy areszt, z którego od czasu do czasu przez zakratowane okno smutnie spoglądał „lokator”. Poza tym wieś miała 3 stawy (Kierniczki, Żłób i Staw), a sama była podzielona na dzielnice, jak: Mogiłki, Łupejka, Doliny, Pod Łanem, Gruszka itp. Ulice nie miały swoich nazw. Znaczna większość Polaków zamieszkiwała w centralnej części wsi, gdzie stał kościół, stąd był dorozumiany podział dominacji „przed mostem”, tj. północno-zachodnia część wsi od strony powiatowego miasta Tłumacza – dominacja Polaków (Ukraińcy prawie nie pokazywali się tutaj) i część „za mostem” (większy obszar wsi), gdzie już było więcej Ukraińców.

Życie kulturalne i towarzyskie Polaków toczyło się wokół kościoła, świetlicy, kółka rolniczego i oczywiście w domach, a Ukraińców – w ich świetlicy zwanej czytelnią i w domach. Za mojej pamięci, tj. gdzieś tak od początku lat trzydziestych, prym w dziedzinie kultury, dobrych manier i widzenia świata dalej niż własne opłotki prowadzili Polacy. Na każdym kroku manifestowano swą polskość, co siłą rzeczy gdzieś tam w zaułkach, na pewno, rozjątrzało bardziej krewkich Rusinów. Ale oficjalnie wszystko było w porządku. Polska była Polską! Wspomnę tu chociażby przepiękne, długie, pogodne wieczory, kiedy po stronie ruskiej (a tu mieszkałem) młodzi Rusini całymi grupami przemierzając liczne ulice, śpiewali na kilka głosów swoje przecudne dumki, a najczęściej o słowiku, którą do dziś z radością nucę. A ta dumka zaczynała się tak: „Oj pridu ja na tu horu, de sołoweńko szczebetał…” (oj pójdę ja na tę górę, gdzie słowiczek szczebiotał…). A w tym czasie w „dzielnicy” polskiej nasza młodzież wywodziła trele w większości o zabarwieniu patriotycznym.

Należy stwierdzić, że w Jezierzanach Polacy i Rusini żyli w zgodnej symbiozie i w większości wzajemnie traktowali się wprost po przyjacielsku, szanując oczywiście swoją odrębność narodową. Wprawdzie młodzież męska, ta bardziej buńczuczna, wychodząc z domu zawsze wkładała do kieszeni nóż czy kastet i to działało odstraszająco jak dziś broń jądrowa, dzięki czemu do poważniejszych potyczek nie dochodziło. Ale życie było spokojne. W szkole też wszyscy byliśmy równi.

Józef Ilnicki

Rodzice moi prowadzili kilkuhektarowe gospodarstwo rolne. Niewiele tego było, bo przy wyposażeniu w przyszłości naszej piątki przypadałoby na każdego z nas poniżej 2 ha ziemi, ale gospodarstwo to było prężne, dobrze prowadzone i zaliczaliśmy się do tzw. średniaków. Ojciec, nad wyraz pracowity, bardziej był stolarzem, cieślą, niż rolnikiem. Prócz krawiectwa, potrafił zrobić wszystko. Rzekłbym złota rączka do wszystkiego. Zmarnowany wielki talent, bo gdzież Mu tam było do „szkół”. Stawiał ludziom różne budowle, najczęściej za marny grosz, bo był człowiekiem o gołębim sercu. Miał zadowolenie w tym, że wykonał dobrą robotę. Mama wprawdzie wymawiała ojcu, że za takie prace winien otrzymywać godziwą zapłatę, ale to jakoś nie znajdowało posłuchu. Na gospodarstwie też od świtu do nocy ciężko pracował, bo żadnych maszyn rolniczych tam nie było.

O ewentualnym powiększeniu gospodarstwa (to było stałym marzeniem rodziców) było trudno, bo przychód z gospodarstwa był mały, a cena ziemi wysoka. I tak, hektar ziemi – a był tam czarnoziem, bardzo urodzajna gleba – kosztował ponad 1.200 zł. A dochody rolnika: 1 kwintal żyta – 8 zł, pszenicy – 12 zł, jajko – 3 grosze. Ale już za 1 kg cukru trzeba było zapłacić 1 zł, za średnie buty 12 zł, za pudełko zapałek – 5 gr. Stąd nie dziwiłem się, że biedota dzieliła 1 zapałkę na 2 części. Zarobek natomiast był różny. Roboczo-dniówka kosztowała 1 zł, parobek miesięcznie zarabiał 5 zł plus utrzymanie. Pensja nauczycielska wynosiła 180 – 200 zł, a sędziego sądu okręgowego 800 zł. A więc żywot rolnika nie był lekki!. Jeśli idzie o niektóre obyczaje tam panujące, to Polacy w znacznej większości rozmawiali po rusku. Z dziećmi zaś, do ukończenia przez nie szkoły, rozmawiano tylko po polsku. Przy spotkaniach Polak – Ukrainiec zawsze pozdrawiało się słowami Sława Isusu Chrestu, odpowiedź Na wiki wikow.

Już jako 11 letni chłopiec samodzielnie wyjeżdżałem końmi na pole orać ziemię. Najcięższe prace na polu to było żęcie sierpem zboża (żyto i pszenica). Krzyż trzaskał z bólu, a trzeba było pracować. Resztę kosiło się kosą. Do bogaczy przyjeżdżali z gór Huculi (górale z Karpat). Żęli zboże za co dziesiąty snop. Jak oni to wytrzymywali? A życie toczyło się powoli, ciekawie, nawet radośnie, ale bez większych perspektyw!

Zagrody w całej wsi były w znacznej większości ogrodzone parkanami z dużymi bramami i furtką na przejście. Na naszej zagrodzie stał dom mieszkalny z oszklonym gankiem, obora, stodoła i głęboka ocembrowana studnia. Wszystko dzieło ojca. Zdarzyło się dwa razy, że w czasie zimy zamiotło nam śniegiem całe domostwo. Góra śniegi zrównana była z budynkami. Ojciec, chcąc dostać się do obory i studni, musiał wyrąbać przez całe podwórze tunel. Przy jego drążeniu całe bryły ubitego śniegu wnosił do kuchni, matka w garnkach ten śnieg topiła, a dla nas „uwięzionych” dzieciaczków, jak zwykle była wielka frajda i uciecha z tego, że jesteśmy uwięzieni.

Gdy jestem przy temacie śnieżnym, wspomnę o wielkiej przykrości, jaka mnie spotkała i na długo pozostało mi to w pamięci. Byłem już w 2 lub 3 klasie miejscowej szkoły. Bardzo chciałem mieć narty z prawdziwego zdarzenia. Tato mi je zrobił. Były przepiękne. A ja, nadgorliwy, ponieważ jeszcze nie było „okucia”, wziąłem zupełnie nowe buty z cholewami i jeden z nich pociąłem na paski, przybijając je do nart. No i stało się! Wracam ze szkoły, a ojciec już na mnie czekał. Trzymając moje ukochane narty w rękach, spojrzał na mnie groźnie, krzyknął „ty łupiju” – tak zwykł mówić na potępieńca – chwycił siekierę i na moich, przerażonych oczach porąbał je na kawałki. Jeden kawałek – ten z wygięciem- udało mi się schować i przez lata oglądałem to cacko jak relikwię. Później musiałem już sam sobie w tym zakresie radzić.

W lecie i jesienią już od najmłodszych lat trzeba było wstawać równo ze wschodem słońca, bo pędziło się bydło na pastwiska. Potem się szło do szkoły lub do wspólnej pracy na polu. Zaś od sierpnia do października wsiadało się na konie i jechało w pole paść zwierzęta w koniczynie. Koniom zakładaliśmy na przednie nogi pęta, one pasły się do świtu, a my zauroczeni pięknem przyrody i kresowych przestrzeni (można tu mówić o burzanach wonnych) baraszkowaliśmy, by po północy troszkę pod derką przespać się, bo przed wschodem słońca trzeba było być w domu. Mama zawsze w tych przypadkach bardzo bała się o mnie. Raz nawet, aby mnie odwieść od nocnych wojaży, było jeszcze ciemno, nad ranem, gdy wróciłem z końmi, przeszła od ganka do bramy w białej koszuli nakryta chustą zamykając stajnię, patrzyłem oniemiały z przerażenia. Podszedłem do furtki od ogrodu – zamknięta, ganek od mieszkania – zamknięty. No to myślę – postać poszła na drogę. Podchodzę do bramy – zamknięta i nikogo nie ma. Rano wszyscy powstawali jak gdyby nic się nie stało. Po jakimś czasie, na moje podchwytliwe pytania, czy to mama była tą postacią, mama odpowiadała wymijająco, że jeśli coś takiego widziałem, to chyba musiał być duch!. I ten „duch” do dziś nie rozszyfrowany spowodował ku uciesze mamy, że zaprzestałem wypasania koni w nocy. Zresztą nie dziwiłem się nadmiernej bojaźni mamy o mnie, bo kilkunastoletni brat mego taty – Władysław, mieszkający razem z nami, gdy byłem jeszcze malutki, harcując na koniach, spadł z konia, łamiąc sobie kręgosłup i młodo zmarł. Więc ten fortel mamy z „duchami” wart był Nobla.

W szkole językiem wykładowym był język polski. Dopiero od trzeciej klasy były lekcje języka ukraińskiego. Ale już w Stanisławowie – mieście wojewódzkim, była m.in. tzw. „Nasza Szkoła” powszechna i średnia, do których uczęszczali tylko Ukraińcy i wykładali tylko Ukraińcy. Tam już była kuźnia nacjonalizmu ukraińskiego. Chociaż i u nas począwszy od połowy lat trzydziestych coraz wyraźniej zauważano u Ukraińców postępujący „zaczepny” nacjonalizm. W każdym razie ta „symbioza” trwała do połowy 1943 roku, kiedy to jak grom z jasnego nieba przystąpiono do totalnego mordowania ludności polskiej – od niemowląt do starców – przez tamtejszych Ukraińców – banderowców. Ale o tym niżej!

Na własną prośbę i za zgodą kierownika miejscowej szkoły naukę w szkole rozpocząłem przed ukończeniem 6 roku życia (brakowało 6 dni). 1 września 1931 r. uradowany, z torbą na ramieniu wszedłem do klasy i zająłem miejsce w pierwszej ławce. Nauczycielka – St. Gózówna siedziała już za katedrą. Po modlitwie – jeszcze nie ochłonąłem z wrażenia – drugoroczniak Michaś Seremczuk kłamliwie „wybulgotał” – proszę pani – Ilnicki powiedział na panią głupstwo! Pani zapytała tylko który to? Postawiła na środek klasy krzesło, kazała mi się pochylić nad nim tak, aby czoło dotykało blatu, ręce opuszczone do dołu i wysmagała mnie kijem po naprężonym tyłeczku, aż zapiszczałem z bólu. Zostawiając wszystko uciekłem z płaczem do domu. Ojciec – po powrocie z pola – wieczorem udał się do domu pani i tam ją odpowiednio „poedukował” Taki miałem niefortunny chrzest z wymarzoną szkołą. Było to dla mnie tym bardziej nieludzkie, ponieważ rodzice nigdy nas nie bili, a tu za darmo, wskutek nieodpowiedzialnego żartu taka heca! Niestety kij i pięść były tam nieodłącznym atrybutem samowolnej władzy nauczycielskiej. Bito dzieci w szkole z błahej przyczyny, a często bez powodu. Były takie okresy, że ni stąd ni zowąd człowiek wędrował na „krzesło”, a to przecież bardzo bolało. W końcu wpadłem na zbawienny pomysł według zasady, że potrzeba jest matką wynalazku. Po prostu, gdy był okres wzmożonego bicia, umocowałem sobie pod spodnie grubszy bandaż i w czasie akcji po aktorsku współuczestniczyłem w „spektaklu”. Byłem uratowany! O tym nawet domownicy nie wiedzieli.

Dopiero po 1932 roku, gdy probostwo objął wspaniały i mądry ksiądz T. Wróbel, wszystko się we wsi odmieniło. Był świetnym organizatorem życia religijnego i potrzeb wsi. Żył naszymi problemami. Od razu włączyłem się do zorganizowanego przez niego Kółka Ministrantów, nawet przez kilka lat byłem prezesem tego Kółka i czytelnikiem znajdującego się na probostwie bogatego księgozbioru.

Po wybuchu wojny nastąpiły ciężkie czasy. 17 września 1939 roku wojska radzieckie zajęły nasze ziemie. Zorganizowano kołchozy (mój ojciec odmówił). W lutym 1940r. nastąpiła pierwsza masowa wywózka, w czasie której i nas mogli wywieźć na Sybir, ale przeszkodził temu wybuch wojny niemiecko-sowieckiej. Po kilkunastu dniach wojny, władzę u nas objęli Niemcy, którą oddali sowietom na wiosnę 1944 r. Za pierwszych sowietów trwał terror związany z przymusowym zakładaniem kołchozu i ściąganiem obowiązkowych dostaw. Za okupacji niemieckiej jeszcze bardziej ściągano kontyngenty oraz panowała masowa łapanka i wywóz na przymusowe roboty do Niemiec. Aby mnie wreszcie dali spokój z wywózką do Niemiec, bo chorowałem wówczas na płuca, moja siostra Stefa w 1942 roku wymieniła mnie w łapance i dobrowolnie wyjechała za mnie na przymusowe prace do Niemiec, skąd wróciła dopiero w 1946 roku. Dziękuję Ci Siostrzyczko!

Jakby tego nieszczęścia było mało, począwszy od 1943 r. Ukraińcy na wielka skalę zaczęli w bestialski sposób mordować zamieszkałych tam Polaków i to od niemowląt do starców. Było generalną zasadą, że każdy żyjący tam Polak musi zginąć nie tak normalnie zabity, lecz musi skonać w największych męczarniach. Robiła tak Ukraińska Powstańcza Armia (UPA). Od wiosny 1944 r. po objęciu Kresów przez władze radzieckie, masowe mordowanie ludności polskiej przez banderowców przybrały przerażające rozmiary. Byliśmy pozostawieni na pastwę losu! Nie było znikąd żadnego ratunku! Żadnej pomocy. Cały świat o nas zapomniał!!! Tam było prawdziwe piekło! Wojska zaangażowane były dalej na zachodzie w walkach frontowych. Mężczyzn zabrano do wojska. Pozostały tylko kobiety, dzieci i starcy. Była wojna! Przedstawiciele władzy radzieckiej też byli zdziesiątkowani przez UPA. W tym czasie UPA wymordowała tam w większości najbardziej bestialski sposób – około 500.000 Bogu ducha winnych Polaków za to tylko, że byli Polakami.

Celem zahamowania morderstw, podjęcia walki z UPA i ochrony ludności polskiej przed rzezią – z zamieszkałych tam Polaków zorganizowano Pościgowe bataliony tzw. „Istriebitielnyje Bataliony”, w których walczyłem. W Jezierzanach nasz batalion liczył kilkadziesiąt dobrze uzbrojonych ludzi. To tylko dzięki naszej determinacji nie doszło do wymordowania Polaków w Jezierzanach, podczas gdy w sąsiednich wsiach wszystkich wymordowano, a domostwa spalono. Wspomnę tu, że siostry mojej mamy Julcia Łopuszańska i Janka Zdanowicz poszły w dniu 16.02.1945 r. do sąsiedniej wsi „bić olej” z siemienia i ślad po nich zaginął.

Z oburzeniem i zdziwieniem obserwuję niezrozumiałe milczenie władz polskich zarówno tych z PRL jak też suwerennych w sprawie opisanych wyżej zbrodni dokonanych na niewinnych Polakach. Żydzi by nie milczeli! A czy Polacy muszą? Przecież tam w okrutny sposób zakatowano około pół miliona Polaków za to tylko, że byli Polakami. Ta niespotykana w dziejach ludzkości bandycka masakra niewinnej ludności polskiej nie była konieczna do powstania niepodległego państwa ukraińskiego. Pozostało pytanie i krzyk dlaczego na oczach świata dopuszczono do zbrodni ludobójstwa? Dlaczego świat o tym milczy? Dlaczego Polacy nabrali wody w usta? Jak dotychczas tylko „Kresowianie” z kraju i zza granicy żądają wyjaśnienia tych zbrodni, ale to niezmiennie pozostaje bez echa. Zaklęte to, czy co? Kiedy historia o to się upomni?

W maju 1945 r. repatriowano nas do Polski. Rodzice, w zamian za pozostawione gospodarstwo rolne otrzymali poniemieckie gospodarstwo rolne w Dziegciarni, powiat Wyrzysk i trzeba było wszystko zaczynać od początku.

Ja już w jesieni 1944 r. – kiedy przeszła przez nasze ziemie straszliwa ofensywa wojsk radzieckich i niemieckich, pozostawiając po sobie same zgliszcza – wyczułem, że trzeba swój los zmienić, że trzeba poprzez gruntowną naukę zbudować swój lepszy świat. Miałem szczęście spotkać wspaniałego przyjaciela Staszka Smulskiego, z którym w Tłumaczu, po wyrażeniu zgody rodziców, rozpocząłem naukę w średniej szkole z polskim językiem nauczania. Książek nie było. Notatki z lekcji robiliśmy na drukach poniemieckich. Całym tchem wchłanialiśmy przekazywaną nam wiedzę. Byliśmy nawet źli, kiedy dzwonek na przerwę przerywał ciekawą lekcję. A po lekcjach do późnej nocy wkuwanie, wkuwanie i wzajemne dyktanda, bo braki były duże.

Po przyjeździe w bydgoskie, obaj z Drzewianowa (miejsce osiedlenia się Smulskich) udaliśmy się pieszo do Bydgoszczy (ok. 30 km) by znaleźć i zapisać się do szkoły z internatem. Po dwóch dniach (nocleg w opuszczonym baraku, wikt – zupa w punkcie UNRY) znaleźliśmy szkołę średnią – późniejsze Liceum Pedagogiczne. Maturę zdaliśmy w 1949 roku. W liceum przez wszystkie lata nauki byłem seniorem klasy i prezesem Kółka Literackiego, a nawet wyróżniono mnie w czasie matury, zwalniając mnie z ustnego egzaminu z matematyki. Piszę o tym tylko dlatego, by wykazać, iż nieustanny upór w pracy nad sobą musiał dać pozytywne wyniki. Pracując jako nauczyciel razem ze Staszkiem ukończyłem Wydział Prawa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i obaj przeszliśmy już w stan spoczynku jako sędziowie sądu okręgowego.

Dziękuję Ci Staszku z całego serca za to, że byłeś zawsze przy mnie, że inspirowaliśmy się wzajemnie, bo w pojedynkę chyba byłoby trudniej. Stale nazywano nas braćmi syjamskimi. Brawo!

Odczuwam – jak dotychczas – że od najmłodszych lat Opatrzność Boska stale nade mną czuwa i że sprzyja mi łut szczęścia, tzn., że gwiazdy dobrze mi się układają, bowiem wszystkie moje główne zamierzenia, mimo trudności i przeszkód, spełniły się. Uwieńczeniem ustawicznej pracy nad sobą było zdobycie wykształcenia prawniczego i wykonywania, aż do przejścia w stan spoczynku, najbardziej zaszczytnego zawodu w Państwie – sędziego sądu okręgowego.

A oto dwa niezwykłe wydarzenia, które mocno przeżyłem:
1. W czerwcu 1944 roku ciężko zachorowałem na tyfus. Cesia, z Toporowiec, dokąd zbiegliśmy całymi rodzinami przed frontem, drabiniastym wozem zawiozła mnie do szpitala w Śniatynie. Po kilku dniach byłem już w stanie agonalnym i pielęgniarki zawlokły mnie przez szpitalny dziedziniec do izolatki, gdzie się umierało. Inni odeszli – ja wyżyłem.
2. W lutym 1945 roku, będąc ze Staszkiem na stancji u Sabotowiczów w Tłumaczu (był to czas masowych mordów) – w nocy wtargnęło do mieszkania kilku, po zęby uzbrojonych, ubranych w kożuchy i szynele osobników. Zdążyliśmy z gospodarzem ukryć się w piwniczce pod piecem. Nie było ucieczki i byliśmy przekonani, że za chwilę zginiemy w męczarniach z rąk banderowców. Jeden z nich zaczął zagadywać gospodynię: „Skaży, de je chłopci, my swoi” (powiedz, gdzie są chłopcy, my swoi). Kobieta wskazała nasza kryjówkę, Wyszliśmy zdrętwiali z przerażenia. Czekałem tylko z której strony i jak zaczną rżnąć. Sabotowicz ze strachu nagle posiwiał. Po chwili okazało się, że było to tylko jakieś dziwne nocne sprawdzanie dokumentów przez wojskowe władze miasta i ukraińskich dziesiętników. Potworne to! Większego strachu w życiu już chyba nie można mieć!

Józef Ilnicki, Bydgoszcz, 1998