J贸zef Ilnicki

543
wspomnienia

Wspomnienie kresowe J贸zefa Ilnickiego z Jezierzan.

Jezierzany

Jezierzany – by艂a to du偶a wie艣, licz膮ca ponad 600 gospodarstw, niedaleko Stanis艂awowa. Obszar zabudowany obejmowa艂 oko艂o 9 km2. Mieszka艂o tam ponad 3.000 ludzi, ponad 50% Polak贸w, reszta Ukrai艅cy, kt贸rych nazywano Rusinami. 呕y艂y tam 3 rodziny 偶ydowskie, w tym dwie z nich prowadzi艂y sklepy spo偶ywcze, a dalsze trzy sklepy prowadzone by艂y przez Polak贸w, oraz jeden sklep prowadzi艂 Ukrainiec So艂odki – p贸藕niejszy, po kl臋sce wrze艣niowej – w贸jt Jezierzan. Policja i poczta znajdowa艂y si臋 w oddalonym o 5 km Chocimierzu.

We wsi by艂a szko艂a podstawowa, ko艣ci贸艂 rzymsko-katolicki, cerkiew grecko-katolicka z plebani膮 popa i cerkiew ewangelicka. By艂a te偶 czynna 艣wietlica, k贸艂ko rolnicze, mleczarnia i kancelaria, a nawet jednocelowy areszt, z kt贸rego od czasu do czasu przez zakratowane okno smutnie spogl膮da艂 „lokator”. Poza tym wie艣 mia艂a 3 stawy (Kierniczki, 呕艂贸b i Staw), a sama by艂a podzielona na dzielnice, jak: Mogi艂ki, 艁upejka, Doliny, Pod 艁anem, Gruszka itp. Ulice nie mia艂y swoich nazw. Znaczna wi臋kszo艣膰 Polak贸w zamieszkiwa艂a w centralnej cz臋艣ci wsi, gdzie sta艂 ko艣ci贸艂, st膮d by艂 dorozumiany podzia艂 dominacji „przed mostem”, tj. p贸艂nocno-zachodnia cz臋艣膰 wsi od strony powiatowego miasta T艂umacza – dominacja Polak贸w (Ukrai艅cy prawie nie pokazywali si臋 tutaj) i cz臋艣膰 „za mostem” (wi臋kszy obszar wsi), gdzie ju偶 by艂o wi臋cej Ukrai艅c贸w.

呕ycie kulturalne i towarzyskie Polak贸w toczy艂o si臋 wok贸艂 ko艣cio艂a, 艣wietlicy, k贸艂ka rolniczego i oczywi艣cie w domach, a Ukrai艅c贸w – w ich 艣wietlicy zwanej czytelni膮 i w domach. Za mojej pami臋ci, tj. gdzie艣 tak od pocz膮tku lat trzydziestych, prym w dziedzinie kultury, dobrych manier i widzenia 艣wiata dalej ni偶 w艂asne op艂otki prowadzili Polacy. Na ka偶dym kroku manifestowano sw膮 polsko艣膰, co si艂膮 rzeczy gdzie艣 tam w zau艂kach, na pewno, rozj膮trza艂o bardziej krewkich Rusin贸w. Ale oficjalnie wszystko by艂o w porz膮dku. Polska by艂a Polsk膮! Wspomn臋 tu chocia偶by przepi臋kne, d艂ugie, pogodne wieczory, kiedy po stronie ruskiej (a tu mieszka艂em) m艂odzi Rusini ca艂ymi grupami przemierzaj膮c liczne ulice, 艣piewali na kilka g艂os贸w swoje przecudne dumki, a najcz臋艣ciej o s艂owiku, kt贸r膮 do dzi艣 z rado艣ci膮 nuc臋. A ta dumka zaczyna艂a si臋 tak: „Oj pridu ja na tu horu, de so艂owe艅ko szczebeta艂…” (oj p贸jd臋 ja na t臋 g贸r臋, gdzie s艂owiczek szczebiota艂…). A w tym czasie w „dzielnicy” polskiej nasza m艂odzie偶 wywodzi艂a trele w wi臋kszo艣ci o zabarwieniu patriotycznym.

Nale偶y stwierdzi膰, 偶e w Jezierzanach Polacy i Rusini 偶yli w zgodnej symbiozie i w wi臋kszo艣ci wzajemnie traktowali si臋 wprost po przyjacielsku, szanuj膮c oczywi艣cie swoj膮 odr臋bno艣膰 narodow膮. Wprawdzie m艂odzie偶 m臋ska, ta bardziej bu艅czuczna, wychodz膮c z domu zawsze wk艂ada艂a do kieszeni n贸偶 czy kastet i to dzia艂a艂o odstraszaj膮co jak dzi艣 bro艅 j膮drowa, dzi臋ki czemu do powa偶niejszych potyczek nie dochodzi艂o. Ale 偶ycie by艂o spokojne. W szkole te偶 wszyscy byli艣my r贸wni.

J贸zef Ilnicki

Rodzice moi prowadzili kilkuhektarowe gospodarstwo rolne. Niewiele tego by艂o, bo przy wyposa偶eniu w przysz艂o艣ci naszej pi膮tki przypada艂oby na ka偶dego z nas poni偶ej 2 ha ziemi, ale gospodarstwo to by艂o pr臋偶ne, dobrze prowadzone i zaliczali艣my si臋 do tzw. 艣redniak贸w. Ojciec, nad wyraz pracowity, bardziej by艂 stolarzem, cie艣l膮, ni偶 rolnikiem. Pr贸cz krawiectwa, potrafi艂 zrobi膰 wszystko. Rzek艂bym z艂ota r膮czka do wszystkiego. Zmarnowany wielki talent, bo gdzie偶 Mu tam by艂o do „szk贸艂”. Stawia艂 ludziom r贸偶ne budowle, najcz臋艣ciej za marny grosz, bo by艂 cz艂owiekiem o go艂臋bim sercu. Mia艂 zadowolenie w tym, 偶e wykona艂 dobr膮 robot臋. Mama wprawdzie wymawia艂a ojcu, 偶e za takie prace winien otrzymywa膰 godziw膮 zap艂at臋, ale to jako艣 nie znajdowa艂o pos艂uchu. Na gospodarstwie te偶 od 艣witu do nocy ci臋偶ko pracowa艂, bo 偶adnych maszyn rolniczych tam nie by艂o.

O ewentualnym powi臋kszeniu gospodarstwa (to by艂o sta艂ym marzeniem rodzic贸w) by艂o trudno, bo przych贸d z gospodarstwa by艂 ma艂y, a cena ziemi wysoka. I tak, hektar ziemi – a by艂 tam czarnoziem, bardzo urodzajna gleba – kosztowa艂 ponad 1.200 z艂. A dochody rolnika: 1 kwintal 偶yta – 8 z艂, pszenicy – 12 z艂, jajko – 3 grosze. Ale ju偶 za 1 kg cukru trzeba by艂o zap艂aci膰 1 z艂, za 艣rednie buty 12 z艂, za pude艂ko zapa艂ek – 5 gr. St膮d nie dziwi艂em si臋, 偶e biedota dzieli艂a 1 zapa艂k臋 na 2 cz臋艣ci. Zarobek natomiast by艂 r贸偶ny. Roboczo-dni贸wka kosztowa艂a 1 z艂, parobek miesi臋cznie zarabia艂 5 z艂 plus utrzymanie. Pensja nauczycielska wynosi艂a 180 – 200 z艂, a s臋dziego s膮du okr臋gowego 800 z艂. A wi臋c 偶ywot rolnika nie by艂 lekki!. Je艣li idzie o niekt贸re obyczaje tam panuj膮ce, to Polacy w znacznej wi臋kszo艣ci rozmawiali po rusku. Z dzie膰mi za艣, do uko艅czenia przez nie szko艂y, rozmawiano tylko po polsku. Przy spotkaniach Polak – Ukrainiec zawsze pozdrawia艂o si臋 s艂owami S艂awa Isusu Chrestu, odpowied藕 Na wiki wikow.

Ju偶 jako 11 letni ch艂opiec samodzielnie wyje偶d偶a艂em ko艅mi na pole ora膰 ziemi臋. Najci臋偶sze prace na polu to by艂o 偶臋cie sierpem zbo偶a (偶yto i pszenica). Krzy偶 trzaska艂 z b贸lu, a trzeba by艂o pracowa膰. Reszt臋 kosi艂o si臋 kos膮. Do bogaczy przyje偶d偶ali z g贸r Huculi (g贸rale z Karpat). 呕臋li zbo偶e za co dziesi膮ty snop. Jak oni to wytrzymywali? A 偶ycie toczy艂o si臋 powoli, ciekawie, nawet rado艣nie, ale bez wi臋kszych perspektyw!

Zagrody w ca艂ej wsi by艂y w znacznej wi臋kszo艣ci ogrodzone parkanami z du偶ymi bramami i furtk膮 na przej艣cie. Na naszej zagrodzie sta艂 dom mieszkalny z oszklonym gankiem, obora, stodo艂a i g艂臋boka ocembrowana studnia. Wszystko dzie艂o ojca. Zdarzy艂o si臋 dwa razy, 偶e w czasie zimy zamiot艂o nam 艣niegiem ca艂e domostwo. G贸ra 艣niegi zr贸wnana by艂a z budynkami. Ojciec, chc膮c dosta膰 si臋 do obory i studni, musia艂 wyr膮ba膰 przez ca艂e podw贸rze tunel. Przy jego dr膮偶eniu ca艂e bry艂y ubitego 艣niegu wnosi艂 do kuchni, matka w garnkach ten 艣nieg topi艂a, a dla nas „uwi臋zionych” dzieciaczk贸w, jak zwykle by艂a wielka frajda i uciecha z tego, 偶e jeste艣my uwi臋zieni.

Gdy jestem przy temacie 艣nie偶nym, wspomn臋 o wielkiej przykro艣ci, jaka mnie spotka艂a i na d艂ugo pozosta艂o mi to w pami臋ci. By艂em ju偶 w 2 lub 3 klasie miejscowej szko艂y. Bardzo chcia艂em mie膰 narty z prawdziwego zdarzenia. Tato mi je zrobi艂. By艂y przepi臋kne. A ja, nadgorliwy, poniewa偶 jeszcze nie by艂o „okucia”, wzi膮艂em zupe艂nie nowe buty z cholewami i jeden z nich poci膮艂em na paski, przybijaj膮c je do nart. No i sta艂o si臋! Wracam ze szko艂y, a ojciec ju偶 na mnie czeka艂. Trzymaj膮c moje ukochane narty w r臋kach, spojrza艂 na mnie gro藕nie, krzykn膮艂 „ty 艂upiju” – tak zwyk艂 m贸wi膰 na pot臋pie艅ca – chwyci艂 siekier臋 i na moich, przera偶onych oczach por膮ba艂 je na kawa艂ki. Jeden kawa艂ek – ten z wygi臋ciem- uda艂o mi si臋 schowa膰 i przez lata ogl膮da艂em to cacko jak relikwi臋. P贸藕niej musia艂em ju偶 sam sobie w tym zakresie radzi膰.

W lecie i jesieni膮 ju偶 od najm艂odszych lat trzeba by艂o wstawa膰 r贸wno ze wschodem s艂o艅ca, bo p臋dzi艂o si臋 byd艂o na pastwiska. Potem si臋 sz艂o do szko艂y lub do wsp贸lnej pracy na polu. Za艣 od sierpnia do pa藕dziernika wsiada艂o si臋 na konie i jecha艂o w pole pa艣膰 zwierz臋ta w koniczynie. Koniom zak艂adali艣my na przednie nogi p臋ta, one pas艂y si臋 do 艣witu, a my zauroczeni pi臋knem przyrody i kresowych przestrzeni (mo偶na tu m贸wi膰 o burzanach wonnych) baraszkowali艣my, by po p贸艂nocy troszk臋 pod derk膮 przespa膰 si臋, bo przed wschodem s艂o艅ca trzeba by艂o by膰 w domu. Mama zawsze w tych przypadkach bardzo ba艂a si臋 o mnie. Raz nawet, aby mnie odwie艣膰 od nocnych woja偶y, by艂o jeszcze ciemno, nad ranem, gdy wr贸ci艂em z ko艅mi, przesz艂a od ganka do bramy w bia艂ej koszuli nakryta chust膮 zamykaj膮c stajni臋, patrzy艂em oniemia艂y z przera偶enia. Podszed艂em do furtki od ogrodu – zamkni臋ta, ganek od mieszkania – zamkni臋ty. No to my艣l臋 – posta膰 posz艂a na drog臋. Podchodz臋 do bramy – zamkni臋ta i nikogo nie ma. Rano wszyscy powstawali jak gdyby nic si臋 nie sta艂o. Po jakim艣 czasie, na moje podchwytliwe pytania, czy to mama by艂a t膮 postaci膮, mama odpowiada艂a wymijaj膮co, 偶e je艣li co艣 takiego widzia艂em, to chyba musia艂 by膰 duch!. I ten „duch” do dzi艣 nie rozszyfrowany spowodowa艂 ku uciesze mamy, 偶e zaprzesta艂em wypasania koni w nocy. Zreszt膮 nie dziwi艂em si臋 nadmiernej boja藕ni mamy o mnie, bo kilkunastoletni brat mego taty – W艂adys艂aw, mieszkaj膮cy razem z nami, gdy by艂em jeszcze malutki, harcuj膮c na koniach, spad艂 z konia, 艂ami膮c sobie kr臋gos艂up i m艂odo zmar艂. Wi臋c ten fortel mamy z „duchami” wart by艂 Nobla.

W szkole j臋zykiem wyk艂adowym by艂 j臋zyk polski. Dopiero od trzeciej klasy by艂y lekcje j臋zyka ukrai艅skiego. Ale ju偶 w Stanis艂awowie – mie艣cie wojew贸dzkim, by艂a m.in. tzw. „Nasza Szko艂a” powszechna i 艣rednia, do kt贸rych ucz臋szczali tylko Ukrai艅cy i wyk艂adali tylko Ukrai艅cy. Tam ju偶 by艂a ku藕nia nacjonalizmu ukrai艅skiego. Chocia偶 i u nas pocz膮wszy od po艂owy lat trzydziestych coraz wyra藕niej zauwa偶ano u Ukrai艅c贸w post臋puj膮cy „zaczepny” nacjonalizm. W ka偶dym razie ta „symbioza” trwa艂a do po艂owy 1943 roku, kiedy to jak grom z jasnego nieba przyst膮piono do totalnego mordowania ludno艣ci polskiej – od niemowl膮t do starc贸w – przez tamtejszych Ukrai艅c贸w – banderowc贸w. Ale o tym ni偶ej!

Na w艂asn膮 pro艣b臋 i za zgod膮 kierownika miejscowej szko艂y nauk臋 w szkole rozpocz膮艂em przed uko艅czeniem 6 roku 偶ycia (brakowa艂o 6 dni). 1 wrze艣nia 1931 r. uradowany, z torb膮 na ramieniu wszed艂em do klasy i zaj膮艂em miejsce w pierwszej 艂awce. Nauczycielka – St. G贸z贸wna siedzia艂a ju偶 za katedr膮. Po modlitwie – jeszcze nie och艂on膮艂em z wra偶enia – drugoroczniak Micha艣 Seremczuk k艂amliwie „wybulgota艂” – prosz臋 pani – Ilnicki powiedzia艂 na pani膮 g艂upstwo! Pani zapyta艂a tylko kt贸ry to? Postawi艂a na 艣rodek klasy krzes艂o, kaza艂a mi si臋 pochyli膰 nad nim tak, aby czo艂o dotyka艂o blatu, r臋ce opuszczone do do艂u i wysmaga艂a mnie kijem po napr臋偶onym ty艂eczku, a偶 zapiszcza艂em z b贸lu. Zostawiaj膮c wszystko uciek艂em z p艂aczem do domu. Ojciec – po powrocie z pola – wieczorem uda艂 si臋 do domu pani i tam j膮 odpowiednio „poedukowa艂” Taki mia艂em niefortunny chrzest z wymarzon膮 szko艂膮. By艂o to dla mnie tym bardziej nieludzkie, poniewa偶 rodzice nigdy nas nie bili, a tu za darmo, wskutek nieodpowiedzialnego 偶artu taka heca! Niestety kij i pi臋艣膰 by艂y tam nieod艂膮cznym atrybutem samowolnej w艂adzy nauczycielskiej. Bito dzieci w szkole z b艂ahej przyczyny, a cz臋sto bez powodu. By艂y takie okresy, 偶e ni st膮d ni zow膮d cz艂owiek w臋drowa艂 na „krzes艂o”, a to przecie偶 bardzo bola艂o. W ko艅cu wpad艂em na zbawienny pomys艂 wed艂ug zasady, 偶e potrzeba jest matk膮 wynalazku. Po prostu, gdy by艂 okres wzmo偶onego bicia, umocowa艂em sobie pod spodnie grubszy banda偶 i w czasie akcji po aktorsku wsp贸艂uczestniczy艂em w „spektaklu”. By艂em uratowany! O tym nawet domownicy nie wiedzieli.

Dopiero po 1932 roku, gdy probostwo obj膮艂 wspania艂y i m膮dry ksi膮dz T. Wr贸bel, wszystko si臋 we wsi odmieni艂o. By艂 艣wietnym organizatorem 偶ycia religijnego i potrzeb wsi. 呕y艂 naszymi problemami. Od razu w艂膮czy艂em si臋 do zorganizowanego przez niego K贸艂ka Ministrant贸w, nawet przez kilka lat by艂em prezesem tego K贸艂ka i czytelnikiem znajduj膮cego si臋 na probostwie bogatego ksi臋gozbioru.

Po wybuchu wojny nast膮pi艂y ci臋偶kie czasy. 17 wrze艣nia 1939 roku wojska radzieckie zaj臋艂y nasze ziemie. Zorganizowano ko艂chozy (m贸j ojciec odm贸wi艂). W lutym 1940r. nast膮pi艂a pierwsza masowa wyw贸zka, w czasie kt贸rej i nas mogli wywie藕膰 na Sybir, ale przeszkodzi艂 temu wybuch wojny niemiecko-sowieckiej. Po kilkunastu dniach wojny, w艂adz臋 u nas obj臋li Niemcy, kt贸r膮 oddali sowietom na wiosn臋 1944 r. Za pierwszych sowiet贸w trwa艂 terror zwi膮zany z przymusowym zak艂adaniem ko艂chozu i 艣ci膮ganiem obowi膮zkowych dostaw. Za okupacji niemieckiej jeszcze bardziej 艣ci膮gano kontyngenty oraz panowa艂a masowa 艂apanka i wyw贸z na przymusowe roboty do Niemiec. Aby mnie wreszcie dali spok贸j z wyw贸zk膮 do Niemiec, bo chorowa艂em w贸wczas na p艂uca, moja siostra Stefa w 1942 roku wymieni艂a mnie w 艂apance i dobrowolnie wyjecha艂a za mnie na przymusowe prace do Niemiec, sk膮d wr贸ci艂a dopiero w 1946 roku. Dzi臋kuj臋 Ci Siostrzyczko!

Jakby tego nieszcz臋艣cia by艂o ma艂o, pocz膮wszy od 1943 r. Ukrai艅cy na wielka skal臋 zacz臋li w bestialski spos贸b mordowa膰 zamieszka艂ych tam Polak贸w i to od niemowl膮t do starc贸w. By艂o generaln膮 zasad膮, 偶e ka偶dy 偶yj膮cy tam Polak musi zgin膮膰 nie tak normalnie zabity, lecz musi skona膰 w najwi臋kszych m臋czarniach. Robi艂a tak Ukrai艅ska Powsta艅cza Armia (UPA). Od wiosny 1944 r. po obj臋ciu Kres贸w przez w艂adze radzieckie, masowe mordowanie ludno艣ci polskiej przez banderowc贸w przybra艂y przera偶aj膮ce rozmiary. Byli艣my pozostawieni na pastw臋 losu! Nie by艂o znik膮d 偶adnego ratunku! 呕adnej pomocy. Ca艂y 艣wiat o nas zapomnia艂!!! Tam by艂o prawdziwe piek艂o! Wojska zaanga偶owane by艂y dalej na zachodzie w walkach frontowych. M臋偶czyzn zabrano do wojska. Pozosta艂y tylko kobiety, dzieci i starcy. By艂a wojna! Przedstawiciele w艂adzy radzieckiej te偶 byli zdziesi膮tkowani przez UPA. W tym czasie UPA wymordowa艂a tam w wi臋kszo艣ci najbardziej bestialski spos贸b – oko艂o 500.000 Bogu ducha winnych Polak贸w za to tylko, 偶e byli Polakami.

Celem zahamowania morderstw, podj臋cia walki z UPA i ochrony ludno艣ci polskiej przed rzezi膮 – z zamieszka艂ych tam Polak贸w zorganizowano Po艣cigowe bataliony tzw. „Istriebitielnyje Bataliony”, w kt贸rych walczy艂em. W Jezierzanach nasz batalion liczy艂 kilkadziesi膮t dobrze uzbrojonych ludzi. To tylko dzi臋ki naszej determinacji nie dosz艂o do wymordowania Polak贸w w Jezierzanach, podczas gdy w s膮siednich wsiach wszystkich wymordowano, a domostwa spalono. Wspomn臋 tu, 偶e siostry mojej mamy Julcia 艁opusza艅ska i Janka Zdanowicz posz艂y w dniu 16.02.1945 r. do s膮siedniej wsi „bi膰 olej” z siemienia i 艣lad po nich zagin膮艂.

Z oburzeniem i zdziwieniem obserwuj臋 niezrozumia艂e milczenie w艂adz polskich zar贸wno tych z PRL jak te偶 suwerennych w sprawie opisanych wy偶ej zbrodni dokonanych na niewinnych Polakach. 呕ydzi by nie milczeli! A czy Polacy musz膮? Przecie偶 tam w okrutny spos贸b zakatowano oko艂o p贸艂 miliona Polak贸w za to tylko, 偶e byli Polakami. Ta niespotykana w dziejach ludzko艣ci bandycka masakra niewinnej ludno艣ci polskiej nie by艂a konieczna do powstania niepodleg艂ego pa艅stwa ukrai艅skiego. Pozosta艂o pytanie i krzyk dlaczego na oczach 艣wiata dopuszczono do zbrodni ludob贸jstwa? Dlaczego 艣wiat o tym milczy? Dlaczego Polacy nabrali wody w usta? Jak dotychczas tylko „Kresowianie” z kraju i zza granicy 偶膮daj膮 wyja艣nienia tych zbrodni, ale to niezmiennie pozostaje bez echa. Zakl臋te to, czy co? Kiedy historia o to si臋 upomni?

W maju 1945 r. repatriowano nas do Polski. Rodzice, w zamian za pozostawione gospodarstwo rolne otrzymali poniemieckie gospodarstwo rolne w Dziegciarni, powiat Wyrzysk i trzeba by艂o wszystko zaczyna膰 od pocz膮tku.

Ja ju偶 w jesieni 1944 r. – kiedy przesz艂a przez nasze ziemie straszliwa ofensywa wojsk radzieckich i niemieckich, pozostawiaj膮c po sobie same zgliszcza – wyczu艂em, 偶e trzeba sw贸j los zmieni膰, 偶e trzeba poprzez gruntown膮 nauk臋 zbudowa膰 sw贸j lepszy 艣wiat. Mia艂em szcz臋艣cie spotka膰 wspania艂ego przyjaciela Staszka Smulskiego, z kt贸rym w T艂umaczu, po wyra偶eniu zgody rodzic贸w, rozpocz膮艂em nauk臋 w 艣redniej szkole z polskim j臋zykiem nauczania. Ksi膮偶ek nie by艂o. Notatki z lekcji robili艣my na drukach poniemieckich. Ca艂ym tchem wch艂aniali艣my przekazywan膮 nam wiedz臋. Byli艣my nawet 藕li, kiedy dzwonek na przerw臋 przerywa艂 ciekaw膮 lekcj臋. A po lekcjach do p贸藕nej nocy wkuwanie, wkuwanie i wzajemne dyktanda, bo braki by艂y du偶e.

Po przyje藕dzie w bydgoskie, obaj z Drzewianowa (miejsce osiedlenia si臋 Smulskich) udali艣my si臋 pieszo do Bydgoszczy (ok. 30 km) by znale藕膰 i zapisa膰 si臋 do szko艂y z internatem. Po dw贸ch dniach (nocleg w opuszczonym baraku, wikt – zupa w punkcie UNRY) znale藕li艣my szko艂臋 艣redni膮 – p贸藕niejsze Liceum Pedagogiczne. Matur臋 zdali艣my w 1949 roku. W liceum przez wszystkie lata nauki by艂em seniorem klasy i prezesem K贸艂ka Literackiego, a nawet wyr贸偶niono mnie w czasie matury, zwalniaj膮c mnie z ustnego egzaminu z matematyki. Pisz臋 o tym tylko dlatego, by wykaza膰, i偶 nieustanny up贸r w pracy nad sob膮 musia艂 da膰 pozytywne wyniki. Pracuj膮c jako nauczyciel razem ze Staszkiem uko艅czy艂em Wydzia艂 Prawa Uniwersytetu Miko艂aja Kopernika w Toruniu i obaj przeszli艣my ju偶 w stan spoczynku jako s臋dziowie s膮du okr臋gowego.

Dzi臋kuj臋 Ci Staszku z ca艂ego serca za to, 偶e by艂e艣 zawsze przy mnie, 偶e inspirowali艣my si臋 wzajemnie, bo w pojedynk臋 chyba by艂oby trudniej. Stale nazywano nas bra膰mi syjamskimi. Brawo!

Odczuwam – jak dotychczas – 偶e od najm艂odszych lat Opatrzno艣膰 Boska stale nade mn膮 czuwa i 偶e sprzyja mi 艂ut szcz臋艣cia, tzn., 偶e gwiazdy dobrze mi si臋 uk艂adaj膮, bowiem wszystkie moje g艂贸wne zamierzenia, mimo trudno艣ci i przeszk贸d, spe艂ni艂y si臋. Uwie艅czeniem ustawicznej pracy nad sob膮 by艂o zdobycie wykszta艂cenia prawniczego i wykonywania, a偶 do przej艣cia w stan spoczynku, najbardziej zaszczytnego zawodu w Pa艅stwie – s臋dziego s膮du okr臋gowego.

A oto dwa niezwyk艂e wydarzenia, kt贸re mocno prze偶y艂em:
1. W czerwcu 1944 roku ci臋偶ko zachorowa艂em na tyfus. Cesia, z Toporowiec, dok膮d zbiegli艣my ca艂ymi rodzinami przed frontem, drabiniastym wozem zawioz艂a mnie do szpitala w 艢niatynie. Po kilku dniach by艂em ju偶 w stanie agonalnym i piel臋gniarki zawlok艂y mnie przez szpitalny dziedziniec do izolatki, gdzie si臋 umiera艂o. Inni odeszli – ja wy偶y艂em.
2. W lutym 1945 roku, b臋d膮c ze Staszkiem na stancji u Sabotowicz贸w w T艂umaczu (by艂 to czas masowych mord贸w) – w nocy wtargn臋艂o do mieszkania kilku, po z臋by uzbrojonych, ubranych w ko偶uchy i szynele osobnik贸w. Zd膮偶yli艣my z gospodarzem ukry膰 si臋 w piwniczce pod piecem. Nie by艂o ucieczki i byli艣my przekonani, 偶e za chwil臋 zginiemy w m臋czarniach z r膮k banderowc贸w. Jeden z nich zacz膮艂 zagadywa膰 gospodyni臋: „Ska偶y, de je ch艂opci, my swoi” (powiedz, gdzie s膮 ch艂opcy, my swoi). Kobieta wskaza艂a nasza kryj贸wk臋, Wyszli艣my zdr臋twiali z przera偶enia. Czeka艂em tylko z kt贸rej strony i jak zaczn膮 r偶n膮膰. Sabotowicz ze strachu nagle posiwia艂. Po chwili okaza艂o si臋, 偶e by艂o to tylko jakie艣 dziwne nocne sprawdzanie dokument贸w przez wojskowe w艂adze miasta i ukrai艅skich dziesi臋tnik贸w. Potworne to! Wi臋kszego strachu w 偶yciu ju偶 chyba nie mo偶na mie膰!

J贸zef Ilnicki, Bydgoszcz, 1998