Inicjatorem zjazdu był Bartłomiej Wodyński, bratanek Jana, który zupełnie za darmo podarował miastu rodzinnemu swojego stryja- kolekcję jego prac, składającą się z ponad 1000 obrazów, rysunków i pasteli. Bartłomiej w ten sposób chciał również uczcić nie tylko stryja, ale również – 100 lecie odzyskania przez Polskę Niepodległości.

Zjazd rodziny Wodyńskich

1 maja odbyło się oficjalne przekazanie na rzecz Muzeum Regionalnego w Jaśle niezwykle wartościowego daru, spuścizny po artyście malarzu Janie Wodyńskim. Darowizny dokonał bratanek malarza, Bartłomiej Wodyński, wieloletni właściciel apteki i prywatnego Muzeum Farmacji w Bydgoszczy. Jasielska kolekcja prac artysty, licząca dotychczas kilkadziesiąt prac, powiększyła się aktualnie o ponad tysiąc pozycji. Są wśród nich obrazy olejne na płótnie, akwarele i pastele na papierze, rysunki tuszem, kredkami, ołówkiem. Zbiór uzupełniony jest zdjęciami i dokumentami artysty. Muzeum Regionalne w Jaśle jest obecnie w posiadaniu największej w Polsce kolekcji prac Wodyńskiego. Wystawa prezentuje jedynie skromny ułamek zasobów. Pokazanych jest 88 prac przyciągających uwagę różnorodnością tematów i technik. Uwodzą one oglądających bogactwem i intensywnością kolorów i pozwalają prześledzić ścieżki poszukiwań artystycznych malarza. Pochodzą z różnych okresów twórczości, od bardzo wczesnej pracy z 1921 roku, powstałej na rok przed maturą, do prac tworzonych już na emeryturze.
Jan Wodyński urodził się w Jaśle 31 lipca 1903 roku. Tutaj spędził pierwsze lata. Matka Wodyńskiego prowadziła w Jaśle przy ul. 3 Maja sklep. W gimnazjum jego nauczycielem rysunków był Apolinary Kotowicz, artysta malarz mieszkający wówczas w Jaśle. Tematem pierwszych zmagań z pędzlem był otaczający go świat, jasielskie rzeki, pobliskie lasy, okoliczne wsie i miasteczka. Po zdaniu matury w 1922 roku Wodyński studiował w Krakowie, a później w Warszawie u prof. Wojciecha Weissa oraz Felicjana Kowarskiego, którego został następnie asystentem. W 1939 wyjechał jako stypendysta w podróż do Francji i Włoch. Uprawiał malarstwo sztalugowe oraz ścienne, w latach trzydziestych pracował np. przy realizacji polichromii starych kamieniczek m.in. na lubelskim Rynku. Po wojnie zaangażował się w rozbudowę szkolnictwa artystycznego, był współorganizatorem i wykładowcą Szkoły Sztuk Plastycznych w Katowicach i w Toruniu, a następnie w Gdańsku i Warszawie. Z rodzinnym Jasłem Wodyński pozostał jednak mocno związany całe swoje życie. Lubił do Jasła wracać. Tutaj urządził swoją pierwszą wystawę, tutaj szukał schronienia podczas wojny i tutaj wielokrotnie później przyjeżdżał. Malował zmieniające się widoki, powstające nowe domy i ulice. 45 lat temu, w maju 1973 osobiście przygotował tutaj swoją wystawę. Marzył, by zamieszkać kiedyś w Jaśle na Górce Klasztornej, skąd widać całe miasto. Było to marzenie, którego nie udało się zrealizować. Artysta zmarł 23 czerwca 1988 roku.

– Chciałem, żeby to się nie rozproszyło, żeby to było w tym miejscu, bo Jasło jest w mojej pamięci i moim sercu. – mówił o powodach swojej decyzji Bartłomiej Wodyński. – Byłem tutaj jako mały chłopak, ale tego nie pamiętam, później raz jak miałem osiemnaście lat i dopiero ostatnio jak była Noc Muzeów. Zawsze to miasto było we wspomnieniach mojego ojca Adama. Chociaż już prawie nikogo z członków rodziny, poza kilkoma osobami, tutaj nie ma to Jasło jest moim najdroższym miejscem. Uważałem, że muzea są instytucjami, które przechowują, gromadzą, konserwują dzieła i to jest ich rola. Myślę, że do zachowania pamięci stryja, jego obrazów i sztuki najlepszym miejscem będzie właśnie muzeum. Dlatego też postanowiłem dosłownie wszystko co miałem w domu oddać do Jasła. Jeżeli moje dzieci, wnuki czy prawnuki będą chciały to zobaczyć to przyjadą do Jasła i obejrzą sobie to tutaj na miejscu. Wiem jakie są losy kolekcji, które nie zostały do końca przekazane, dzisiaj są rozproszone po wielu miejscach. Chciałem tego uniknąć dlatego też postanowiłem wszystko przekazać do Jasła.

Żeby odwdzięczyć się za ten dar, burmistrz miasta Jasła postanowił ufundować tablicę upamiętniającą Jana Wodyńskiego. Tym bardziej, że w tym roku przypada 115. rocznica jego urodzin i 30. rocznica śmierci.

Tablica znajduje się na styku ulic Asnyka i Kołłątaja, na budynku, w którym znajduje się obecnie kawiarnia Parkowa. W tym miejscu stał przed wojną niewielki, drewniany dom zajmowany przez rodzinę Wodyńskich, a w nim prowadzili oni sklep. Budynek nie przetrwał wojny, został doszczętnie zburzony, a podczas odbudowy miasta stanęły tu inne zabudowania.

Jan był wnukiem brata naszego pradziadka.

Znałem go dosyć dobrze, miał bowiem Jan do mnie sentyment, podkreślał zawsze przy każdym spotkaniu, że w 1945 r. w Jaśle brał mnie na ręce, kiedy miałem zaledwie 2 lata. Moi bowiem rodzice…uciekając ze Złoczowa, przed zbliżająca się Armia Czerwona, która oprócz “wyzwolenia”, niosła ze sobą groźbę wywózki na Sybir, albo do Kazachstanu – schronili się w Jaśle u dalszej rodziny. Wtedy też, jak Jan sam mówił… poznaliśmy się.
Interesował się moją twórczością, był człowiekiem bardzo pogodnym, uwielbianym przez swoich studentów profesorem, o czym mi opowiadała siostra mojego przyjaciela, która wtedy studiowała na Akademii.

Często, kiedy włóczyłem się autostopem po Polsce, w swoim mieszkaniu przy ul. Karowej 14/16 w Warszawie – udzielał mi gościny. To była niesłychanie wytworna kamienica, w której mieszkali wtedy Jan Cybis, Jan Marcin Szancer. W nabożnym skupieniu przechodziłem obok drzwi, oznaczonych ich wizytówkami.

Spałem wtedy, na rozstawionym łóżku polowym w jego przeszklonej pracowni, pośród blejtramów i niedokończonych obrazów, odurzony zapachami farb i pokostów. Rano budził mnie… trącając mnie swoim pyskiem w nos- wielki, czarny pudel. Jan się chwalił, że z jego sierści ma zrobioną marynarkę. Niezmiennie na śniadanie robił mi jajecznicę.
Jak wychodziłem to, wręczał mi pieniądze, zasilające w poważnej wysokości mój skromny budżet wędrowca.

Znalem też jego brata Adama, obaj mieli bardzo duże poczucie ze mną więzi rodzinnej.

W Muzeum Regionalnym zwiedziliśmy wystawę, prezentującą część, przekazanej przez Bartłomieja, kolekcji prac jego stryja.

Dębowiec

Natomiast odwiedziny Dębowca – miejscowości, z której pochodzili nasi przodkowie, będący potomkami zubożałego dworzanina starosty jasielskiego – Stanisława Wodzinskiego, który jeszcze w 1584 r. a także w latach 1590-9… jako nobilis występował w kilku sprawach spadkowych w towarzystwie swojego pryncypała Jana Mniszcha, co zostało odnotowane w sądowych Księgach Osobnickich – były prawdziwą podróżą w przeszłość.

Naszą wyprawę wehikułem czasu – rozpoczęliśmy w 1742 roku, kiedy to w Dębowcu urodził sie nasz praszczur… Wojciech Wodyński, syn Sebastiana i Katarzyny, który był ojcem urodzonego w 1775 roku naszego prapradziadka Tomasza i jego licznego rodzeństwa : Walentego, Józefa, Pawła, Katarzyny, Brygidy Jaworskiej,ks. Piotra, Marianny i Michała.

Na zjazd bowiem przybyli z różnych stron Polski potomkowie jego synów: Sebastiana, Grzegorza oraz Onufrego. Najliczniej jednak – rodowy miecz prezentowali, mieszkający obecnie na Pomorzu praprawnukowie tego ostatniego. To właśnie z tej linii wywodził się Jan, który był wnukiem Onufrego (*1825+1904), legendarnego poczmistrza z Dębowca.

Szczególnie wzruszające chwile przeżywali najstarsi uczestnicy Zjazdu. Powróciły bowiem wspomnienia sprzed 74 lat, kiedy to Dębowiec był jednym z etapów wielkiego exodusu, który był udziałem, uciekającej ze Złoczowa naszej rodziny. Z polecenia ks. Władysława Szubargi tutaj udzielono nam na parę miesięcy schronienia.

Dom, w którym mieszkała wraz z rodzicami i rodzeństwem najstarsza z nas, cioteczna siostra Danusia, jakby czekał na nasze przybycie…

Danuta Truszkowska

Jak ktoś zwlekający przed ostatecznym odejściem. Z dziurawym dachem, powybijanymi szybami w oknach, bez bocznych drzwi, ale stał…

Wspomnienia Marii Cieślik z domu Mikuś, dotyczące pobytu w Dębowcu w czasie II wojny światowej. http://smdebowiec.pl/cieslik-maria.php:

„Ciocia Hania / Anna / Dykas, siostra Franciszka mieszkała koło kościoła w jednym z tych ślicznych domów, gdzie werandy były jakby z koronek. To była przeurocza osoba. W mieszkaniu, tak jak i w innych domach, moc ozdóbek, wycinanek z papieru, malowanek, ozdoby z bibuł kolorowych. Nad łóżkami obrazy Matki Boskiej i Pana Jezusa, albo Pan Jezus w Ogrójcu. Łóżka były przykryte kolorowymi narzutami, czasem aksamitnymi, wykończone falbanami. Na łóżkach wszędzie w domach leżały poduszki. Na spodzie ogromniasta, po bokach śliczne doszyte koronki, na niej ciut mniejsza, stos, aż do małego jasieczka. Wszystkie bielutkie. One nie były do spania, a do ozdoby. Kuchnie to też były arcydzieła. Te kredensy, na każdej półce zwisała wzdłuż biała serwetka, haftowana, wyszywana. Na ścianach patelnie, bardzo często miedziane, garnczki, trojaki, dwojaki, łyżki drewniane różnych rozmiarów, młynki, moździerze, żelazka itd. Na ścianach serwetki też wyszywane kolorowo z napisami..”.

To tutaj też w 1945 r. zaraz po przetoczeniu się linii frontu na polu minowym, rozciągającym się poza tym domem- zginął tragicznie, na oczach Danuty… Wiesiek, syn stryja Mariana.

Danuta Truszkowska z bratem Marianem Dumiczem 1944r.

Jan Udrycki, potomek brata naszego pradziadka Jana Kantego, który tylko wirtualnie uczestniczył w naszym zgromadzeniu, napisał:
„Najdawniejsze moje wspomnienia z Dębowca to rok 1944, gdy miałem 3 lata. Siedzieliśmy w schronie- piwnicy bo nacierała ofensywa radziecka czy sowiecka. Gdy wyszliśmy o zmroku przed dom na widnokręgu była łuna. Słyszałem gdy dorośli mówili: patrzcie, Jasło się pali…Były to chwile grozy. Bomby latały, jedna z nich wpadła na szczęście do studni i chałupa ocalała, my również. Nie wiem kto nam udzielił schronienia. Natomiast mój brat urodził się w Dębowcu w 1945r. On też nie pamięta..
Wreszcie zjawili się maładcy. Zaroiło się w sieni i izbie. Żądali gorącej wody aby się umyć, w wiadrach, balii. Chyba był upał. Ściągali buty, przewijali onuce. Jeden z nich w oficerkach wziął mnie na ręce a ja chciałem mu zabrać czerwoną gwiazdkę, którą miał na furażerce ale nie dał. Byli weseli i sympatyczni tyle że jeden wziął ojcu Leicę, bo jak powiedział… to giermańskie”

W Domu Pielgrzyma O.O.Saletynów zasiedliśmy do zjazdowej kolacji.

 

Byłem jednym z trzech prelegentów występujących podczas wieczerzy, która była prawdziwą ucztą.

Wanda Ludwika Pankiewicz z domu Wodyńska.

Wcześniej znakomity wykład o pochodzeniu nazwiska Wodyńskich wygłosił prof. dr Ryszard Pankiewicz, a następnie, również skoligacony z naszą rodziną – prezes Stowarzyszenia Miłośników Dębowca i Okolicy Andrzej Dziedzic – przedstawił ciekawe informacje, zaczerpnięte z XIX księgi mieszkańców tego miasta.

W prezentacji galicyjskiego rodowodu pomagał mi wnuk Adaś.

Przypomniałem szczególnie postać stryja Józefa Wodyńskiego i jego córki, mojej stryjecznej siostry Danuty, wyświetlając przy tej okazji, brawurowe wykonanie przez nią piosenki o… dziadku z repertuaru Kabaretu Starszych Panów:

Msza w intencji rodziny Wodyńskich, odprawiona w kościele parafialnym pod wezwaniem św.Bartłomieja w Dębowcu- ozdobionym, wykonanymi przez Sebastiana i Karola Wodyńskich bocznymi ołtarzami – zakończyła nasze spotkanie.