Jak nas „ruszczono” na Kresach Wschodnich

435
wspomnienia

Warto jeszcze wspomnieć, jak doszło do zanikania polskiego stanu posiadania na naszych Kresach Wschodnich. Z moich obserwacji wynika, że zawinili tu również sami Polacy, a szczególnie arystokracja nasza.

Jak nas „ruszczono” na Kresach Wschodnich

Arystokraci troszczyli się zbytnio o swój arystokratyczny stan i tę sprawę stawiali często na czele swoich starań. Nieraz urządzali dla siebie kaplice w swoich pałacach i utrzymywali tam kapelana, zaś dla pospólstwa budowali po wsiach cerkwie. Wytwarzał się więc taki stan, że kościół był jeden, gdzieś przy siedzibie pana, cerkwi zaś było wiele, rozsianych po wsiach. Po drugie Rusini, później zwani Ukraińcami, wcześnie rozpoczęli działania dla powiększania swego stanu posiadania. Mieli prawnych doradców, którzy dawali wskazówki ruskim proboszczom, jak wyzyskiwać ówczesne prawa zwyczajowe, które w zaborze austriackim z czasem stawały się prawami państwowymi. Prawo to polegało na tym, że kto był ochrzczony w kościele, był uznawany przez państwo za Polaka, kto ochrzcił się w cerkwi i tam był zapisany w księgach metrykalnych, był uznawany za Rusina. Bywało, że dziecko polskie było chore i należało je prędko ochrzcić, albo też niepogoda utrudniała dojazd do kościoła lub jakiś inny był powód, że polskie dzieci chrzczono w cerkwi, które znajdowały się blisko domostw, a nie w oddalonych kościołach katolickich. Proboszcz ruski miał obowiązek odesłać kartkę o chrzcie polskiemu proboszczowi, ale zwykle nie posyłał, wpisywał chrzest do swoich ksiąg i w rocznym sprawozdaniu do starostwa dziecko to figurowało już jako grekokatolik, czyli ruskie. Tak działo się przez wiele lat, więc dlatego niektóre wioski zostały zupełnie zruszczone.

Powyższe wypowiedzi opieram nie na domysłach, ale na stwierdzonych faktach. Po dwóch latach kapłaństwa zostałem mianowany administratorem parafii we wsi Sidorów, pow. Kopyczyńce. Parafia była rozległa, obejmowała wsie: Sidorów, Szydłowce, Suchodół, Krzyweńkie, Wasylków, Zieloną, Bernadówkę i Trojanówkę. Na tym terenie był jeden kościół, a cztery cerkwie, pracował jeden kapłan rzymskokatolicki, a pięciu greckokatolickich, czyli ruskich. A co ja zastałem w Sidorowie po objęciu tej parafii? Był wtedy rok 1936. Opowiadali mi starzy parafianie, jak to było dawniej przez wiele lat. Proboszczem był przez długie lata ks. kanonik Basarabowicz. Był to staruszek, już bardzo zniedołężniały, po prostu niezdolny do wypełniania wszystkich prac duszpasterskich. Pod kościołem rosła wielka lipa. Pod tym drzewem ustawiony był stół i krzesła. Tam stale przesiadywał staruszek, ks. kan. Basarabowicz, bo płuca jego potrzebowały świeżego powietrza. Bardzo często i chętnie odwiedzali go sąsiedzi, księża ruscy, by staruszek nie czuł się osamotniony a głównie, by prowadzić swój proceder. Dla zabawienia staruszka grywano z nim preferansa. A bywało tak: podczas gry przyszła kobieta zgłosić chrzest. Młodzi towarzysze starego kanonika zatrzymali kobietę mówiąc, że nie wypada męczyć staruszka, niech kobieta przyjdzie do któregoś z nich, to ochrzczą dziecko i prześlą kanonikowi kartkę. „Ks. kanonik pozwoli?” Ks. Kanonik pozwalał, ale ruski ksiądz po chrzcie kartki nie przysyłał, lecz chrzest wpisał do swoich ksiąg metrykalnych. W rocznym więc wykazie chrztów do starostwa to dziecko figurowało już jako grekokatolik, czyli ruskie. Tak trwało przez lata, przez okres proboszczowania niedołężnego ks. Basarabowicza.

Nic więc dziwnego, że w ten sposób ruszczono. Podaję stan jednej wioski tej parafii Szydłowce, w czasie, gdy objąłem tę parafię. Wioska Szydłowce była zaściankiem szlacheckim. Zamieszkiwały tam dwa rody: Dębióskich i Zaborowskich. Ja zastałem taki stan: prawie połowa Dębióskich nazywała się Dubióskij’, prawie połowa Zaborowskich już podpisywała się – Zaborowśkij’ – a więc byli już zruszczeni. Gdy w roku 1936 objąłem parafię w Sidorowie, zastałem jeszcze jednego księdza greckokatolickiego, który grywał z ks. Basarabowiczem w preferansa. Nazywał się Bukowski i był proboszczem w Szydłowcach. Ponieważ byłem bardzo młodym kapłanem, bo tylko dwa lata po święceniach, ks. Bukowski myślał, że łatwo mu będzie prowadzić ze mną ten proceder walki o dusze, jak kiedyś ze zniedołężniałym staruszkiem, ks. Basarabowiczem.

Ponieważ ja nie grałem w preferansa, ks. Bukowski zaczął działać na innym polu. Starał się nie dopuszczać mnie w szkole do odbycia z dziećmi lekcji religii. Gdy przyjechałem do szkoły, on zaraz zaczynał opowiadać różne historyjki, by mnie przytrzymać i by minęła godzina lekcyjna. Prędko poznałem się na jego metodzie. Powiedziałem mu, że chętnie będę słuchał, ale po odbyciu lekcji. Gdy po kilku próbach nie udało mu się mnie przytrzymać, zaczął ze mnie pokpiwać. Więc mówił o mnie, że jestem młody i bardzo gorliwy i pełen zapału, ale prędko ten zapał przygaśnie i gorliwość zmaleje. Gdy w szkole nic mu się ze mną nie udawało, zaczął inaczej. Ja do Szydłowic dojeżdżałem kilka kilometrów przez pole. Przy tej drodze ks. Bukowski miał swoje morgi. Wychodził na to pole, stawał przy drodze i czekał na mnie. Gdy nadjechałem, zatrzymywał mnie i zaczął pouczać o uprawie roli, o gospodarce rolnej itp. Zrozumiałem prędko do czego zdąża. Chodziło mu o to, bym lekcji nie odbywał, bo on później brał wszystkie dzieci, w tym polskie, uczył katechizmu po rusku i w ten sposób ruszczył. Poprosiłem więc, aby tu poczekał, bo chętnie posłucham jego wykładu, jak będę wracał po lekcji. Zatem i w ten sposób nie udało mu się mnie opanować. Wobec tego ks. Bukowski był wściekły na mnie, że ze mną nie udawała mu się walka o dusze. Walkę tę prowadził dalej, ale skończyła się ona dla niego tragicznie.

Czas mojej pracy w Sidorowie to okres bardzo intensywnego działania Akcji Katolickiej. W każdej parafii obowiązkowo organizowano cztery koła – mężczyzn, kobiet, młodzieży męskiej i żeńskiej. W Sidorowie ta akcja była bardzo ożywiona. Było tam wojsko graniczne, które chętnie brało udział w tej akcji, szczególnie w urządzaniu przedstawień, festynów, zabaw. Przychodzili żołnierze z orkiestrą, co ściągało bardzo młodzież. W tym czasie jedna parafianka ks. Bukowskiego miała dużo koleżanek w mojej parafii i często je odwiedzała, przychodziła, gdy były zabawy, a także czasem przychodziła na zebranie Akcji Katolickiej. Raz zażartowałem mówiąc, że jeżeli podoba się jej u nas, to niech zmieni obrządek. Odpowiedziała roztropnie, że będzie to zależało od tego, jakiego dostanie męża. Jeżeli będzie Polak, to chętnie obrządek zmieni, jeżeli będzie Ukrainiec, to nie ma sensu zmieniać. Przyznałem jej rację i więcej tą sprawą się nie interesowałem. Zdarzyło się jednak, i to dość prędko, że trafił się jej narzeczony Polak i to bogaty. Postanowiła więc przejść na obrządek rzymskokatolicki. Przybiegła do mnie i pytała, jak tę sprawę załatwić. Powiedziałem, że trzeba pismo skierować do starostwa i dołączyć metrykę chrztu. Poszła więc do swego proboszcza po tę metrykę, ale proboszcz metryki nie dał, zbeształ ją i za drzwi wyrzucił. Przyszła znów do mnie z płaczem – co dalej robić? Radziłem, by załatwić tę sprawę urzędowo przez starostwo. Na żądanie starostwa ks. Bukowski już musiał wydać metrykę chrztu tej dziewczyny, ale w najbliższą niedzielę strasznie beształ ją z ambony i tak się strasznie zdenerwował, że dostał wylewu krwi do mózgu. Zniesiono go z ambony nieprzytomnego. Wywieziono następnie do Lwowa na leczenie. W szpitalu przebywał około pół roku – gdy wrócił, był już zupełnie niezdolny do jakiejkolwiek pracy, bo umysł jego już nie działał. Tak tragicznie skończyła się dla niego ustawiczna walka o dusze.