W艂adys艂aw Tokarczyk – Wspomnienie

1072
wspomnienia

Ziemia Podolska – W艂adys艂aw Tokarczyk

G艂臋boczek w latach 20-stych i 30-stych XX wieku

Ku wspomnieniu tym co odeszli, Ku pokrzepieniu tym co zostali

Na wschodnich rubie偶ach Rzeczpospolitej le偶y Ziemia Podolska. Jest to rozleg艂y szmat czarnoziemu, miejscami r贸wny, miejscami pag贸rkowaty z rzadka pokryty li艣ciastymi lasami. Gdy stanie si臋 na takiej g贸rze to widzi si臋 rozleg艂e pola poci臋te miedzami w r贸偶nokolorowe pasy, zale偶nie od uprawianej ro艣liny. Na dalekim horyzoncie siniej膮 lasy, za kt贸rymi czasem sterczy strzelista wie偶a ko艣cio艂a lub cebulasta bania unickiej cerkwi. Pomi臋dzy polami wij膮 si臋 czarne dro偶yny, sog艂贸wki i 艣cie偶ki a z rzadka bieleje r贸wny, szutrowany go艣ciniec. Gdy spadn膮 deszcze ziemia rozmaka i staje si臋 czarn膮, lepk膮 mas膮 po kt贸rej przej艣膰 albo przejecha膰 jest bardzo ci臋偶ko. Za to gdy wrzucisz w t臋 ziemi臋 ziarno, wyda ci ona urodzaj, 偶e sam b臋dziesz syty i nakarmisz wszystkich darmozjad贸w. Miasteczek tutaj ma艂o, a te kt贸re s膮 to biedne skupiska 偶ydowskich dom贸w, widne z daleka bo le偶膮ce na wzniesieniach jak Borszcz贸w, Kolor贸wka lub Jeziorzany. Wioski do艣膰 du偶e przewa偶nie, z glinianych chat z艂o偶one, pokryte s艂om膮. Wsie te, po艂o偶one w jarach lub dolinach sprawiaj膮 na przybyszu bardzo mi艂e wra偶enie, zw艂aszcza w maju, gdy mnogie sady zakwitn膮, gdy drzewa umaj膮 si臋 li艣膰mi a w powietrzu unosi si臋 wo艅 kwiat贸w i brz臋k chrab膮szczy. Tak mniej wi臋cej na og贸艂 wygl膮da Podole, tak czasem o nim pisano lub m贸wiono. Panowie tam nie je藕dzili bo za du偶o b艂ota i nic ciekawego do obejrzenia nie ma. Ot, zwyczajne Kresy Wschodnie. Na co na te kresy je藕dzi膰 i nimi si臋 interesowa膰 jak si臋 ma pod bokiem Warszaw臋, takie pi臋kne parki i letniska, Tatry Zachodnie, Gdyni臋, morze i du偶o innych pa艅skich uciech i pociech. Panowie z Warszawy, Lwowa czy Poznania lubili przed 艣wiatem wychwala膰 si臋, 偶e u nas w Polsce jest wszystko, 偶e Ziemia Podolska karmi swoj膮 pszenic膮 ca艂y kraj i nawet za granic臋 wysy艂a si臋 zbo偶e. Ale jak ten Podolanin 偶yje, jakie ma niedostatki, jakie cierpi trudno艣ci, to si臋 偶adni panowie nie interesowali. Ani ci co ci膮gn臋li milionowe zyski z czarnej podolskiej ziemi, ani ci co rz膮dzili Polsk膮. Na co by艂o jakiemu艣 panu ministrowi je藕dzi膰 na Podole i zagl膮da膰 co si臋 tam, w tej komorze Rzeczypospolitej dzieje. Kiedy on 艂askawie raczy艂 da膰 plecenie swoim sekretarzom, by wys艂ali tam takie to, a takie pismo i sprawa za艂atwiona. Jak kto to pismo zrozumie i jak go b臋dzie stosowa艂 – to pana ministra nie obchodzi, on nic ma czasu w to wgl膮da膰, on ma i to du偶o roboty. Jutro musi by膰 na obiedzie u pana Prezydenta, pojutrze u pana Marsza艂ka, pojutrze ods艂oni臋cie pomnika, a potem jakie艣 wystawy. Tam znowu trzeba by膰 na 艣wi臋cie Morza, p贸藕niej 艣wi臋to Lasu, jeszcze p贸藕niej 艣wi臋to 呕o艂nierza, 艣wi臋to szko艂y, a w ko艅cu 艣wi臋to samego pana ministra. Wi臋c sk膮d wzi膮膰 czas na rz膮dzenie krajem lub opiek臋 nad pokrzywdzonym ch艂opem. A wielka szkoda – wy panowie ministrowie, wy panowie wojewodowie, i magnaci, wy ksi膮偶臋ta marnotrawcy. Przez wasze lenistwo, przez wasz膮 g艂upi膮 wielkopa艅sko艣膰, przez wasz brak opieki nad narodem sta艂a si臋 temu narodowi wielka krzywda, krzywda, wo艂aj膮ca o pomst臋 do nieba, sta艂a si臋 rzecz straszna o jakiej 艣wiat nigdy nie s艂ysza艂, o jakiej 偶aden cz艂owiek na kuli ziemskiej nie czyta艂. Ale to sta艂o si臋 potem Teraz kto ciekaw niech. idzie ze mn膮, a ja mu poka偶臋 t臋 Matk臋 Karmicielk臋, t臋 Ziemi臋 Podolsk膮, ziemi臋 pi臋kn膮, mlekiem i miodem p艂yn膮c膮. Kresowym. powiatem, najdalej wysuni臋tym, na wsch贸d, jest powiat Borszcz贸w. Le偶y on w wid艂ach dw贸ch granic. Na po艂udnie bystre wody Dniestru oddzielaj膮 go od Rumunii, na p贸艂nocny wsch贸d oddziela go ma艂a, te偶 wa偶na rzeczu艂ka Zbrucz od wielkiej Rosyji Sowieckiej, Ziemie powiatu wyd艂u偶aj膮 si臋 w klin, kt贸ry swoim ostrzem si臋ga hen – a偶 po Okopy 艣w. Tr贸jcy, si臋gaj膮c prawie Chocimia, -wielkiej niegdy艣 twierdzy O艣mia艅skiej. Ziemie te by艂y 艣wiadkiem niejednej s艂awy or臋偶a polskiego nad bisurmanem, niejedna kwarta krwi polskiej w ni膮 wsi膮k艂a kiedy艣 i dzi艣. Borszcz贸w miasteczko ma艂e, do艣膰 ruchliwe, niczym szczeg贸lnym si臋 nie wyr贸偶nia. 呕yd贸w du偶o, a偶 za du偶o. Handel 偶ydowski, Ccntrosojusz – ukrai艅ski, a polskie? To chyba S膮d Powiatowy, Urz膮d Podatkowy i Starostwo. Ale z tych urz臋d贸w Polak i tak nie ma pozysku, bo tu zawsze pr臋dzej pomog膮 Ukrai艅com lub 呕ydom ni偶 swemu Polakowi. Zwyczajnie jak w domu – naprz贸d go艣cie, a na ko艅cu domownikom co na dnie w garnku zosta艂o.

Borszcz贸w o偶ywia si臋 w poniedzia艂ek, jest to dzie艅 targowy, a od samego rana jad膮 fury z wszelkim dobrem na targ. Zje偶d偶a si臋 ca艂y powiat. Z pobliskich wsi jak 艁anowce, Wierzchniakowce, Muszkat贸wka, Wysuczka id膮 ludzie, przewa偶nie na piechot臋, ca艂e gromady i taszcz膮 na plecach kury jaja, mas艂o, ser i co kto do sprzedania ma. Z dalszych wsi jak G艂臋boczek, Bilcze Z艂ote, Oleksi艅ce, Kapu艣ci艅ce, Krzywcze, Germak贸wka i innych, jad膮 przewa偶nie wozami. Ka偶dego poniedzia艂ku drogi zawalone jad膮cymi i id膮cymi. Na drodze r偶enie koni, ryk byd艂a, kwiczenie 艣wi艅, d藕w臋ganie kaczek i g臋si miesza si臋 z humorem mowy ludzkiej. A ju偶 w samym mie艣cie 艣cisk, 偶e trudno si臋 przepcha膰 – tu dopiero harmider. Szwargot 呕yd贸w, krzyk ch艂op贸w, wrzaski k艂贸c膮cych si臋 bab, ka偶dy na swoje sposoby zachwala, ka偶dy drze si臋 g艂o艣niej, aby sprzeda膰. Wszystko to razem huczy, szumi i brz臋czy jak wody Dniestru, jak pszczo艂y na wyroju. Czego chcesz, wszystko masz. Chcesz s艂oniny czy kie艂basy, id藕 do Boguckiego, chcesz p艂uga, kierata, siekiery, pi艂y czy gwo藕dzi, id藕 – Blumental ju偶 czeka na ciebie. Wszystkie Srulki, Moszki, Icki czekaj膮 na ciebie, tylko kiwnij palcem no i kieszeni膮 – wszystko co dusza zapragnie b臋dziesz mia艂. Wi臋c, co kto chce kupuje i sprzedaje. A s膮 i tacy, 偶e zarzuci pr贸偶ny worek na plecy, zapcha za pazuch臋 skib臋 chleba i dwie g艂贸wki czosnyka i 艂azi ca艂y bo偶y dzie艅. Naszturkaj膮 go ludzie 艂okciami i z tem wraca do domu – nic nie sprzeda艂 ani kupi艂, ale na jarmarku by艂. Warto popatrze膰 na tych ludzi; jaka mowa, jaka r贸偶norodno艣膰 stroj贸w. Po strojach poznasz ludzi, z kt贸rej s膮 wsi. 艁anowiacy w czarnych watowanych 鈥瀙olkach”, baby maj膮 chustki wywi膮zane w tzw. 鈥瀢orek”. G艂臋boczanie w powa偶nych czemerkach (1), starsi gospodarze nosz膮 jeszcze s艂omiane kapelusze z w膮sk膮 czarn膮 wst膮偶eczk膮, gdzie niekt贸ry bardzo stary nosi czupryn臋 jak dziewczynka podci臋t膮 do 鈥瀖iski”, a spodnie z klinem – tzw. 鈥瀌膮bani鈥 (2); m艂odzi tego nie nosz膮. Starsze kobiety po starodawnemu zawi膮zuj膮 chustki i podwi膮zuj膮 si臋 pod brod臋. Kobiety nosz膮 kaftany watowane, 艣ci艣ni臋te w pasie lub 鈥瀞aczki” (3) – wszystko to w powa偶nych kolorach: szary, granatowy, popielaty, ciemnozielony – to ulubione kolory kobiet g艂臋bockich. Ka偶da w fartuszku z koronk膮 u do艂u, lecz wszystko powa偶ne i taktowne, bo G艂臋boczek to najwi臋ksza i najbogatsza wie艣 w powiecie, to nie wypada艂o w serdak si臋 ubiera膰 lub hejka膰 i bihna膰, jak smyk z Bilcza Z艂otego lub z艂odziej z Oleksiniec. A ci z Bilcza to ca艂kiem inna rasa i klasa. Kapelusz jak kosznica (4), kryza jak miednica, a na niej ca艂e gniazdo 鈥瀋ziczek” (5) i 艣wiecide艂ek, a z nich majka koguci ogon. Nie dziwota – co w g艂owie to na g艂owie. Lejbik wyszywany r贸偶nymi kolorami, bia艂a, samorobna koszula, wypuszczona po kolana, z tego ich nazywaj膮 鈥瀖amyna lole” (6), do tego w膮ziutkie spodnie 鈥瀢iercone”; i tak wygl膮da ca艂y smyk. Co wie艣 to inny str贸j. Jak z Germak贸wki lub z Iwania, to kapelusik jak ryneczka, jeszcze go pod brod臋 harasiwk膮 (7) przywi膮偶y, jak 偶andarm w s艂u偶bie. Jak z Kapu艣ciniec lub Lisowiec, to by si臋 trzy baby pod jego kryz膮 schowa艂o itd. Ca艂y ten nar贸d zalewa艂 miasto i targowic臋. O, a na tej targowicy te偶 rejwach wielki, tu handel na wszelkie zwierz臋ta. Najecha艂o 呕yd贸w z Korol贸wki, Mielnicy, Krzywcza, Jezierzan, z Probu偶nej. Czasem niwroku s膮 nawet z Czortkowa. Tu dopiero harmider, tu uganiaj膮 ko艅mi na pokaz, tam nalaz艂a ca艂a fura 呕yd贸w i jeszcze ko艂a zahamowali, aby pokaza膰 ch艂opom, co to za cugowy ko艅 z tej zdychanej szkapy. To znowu doi 呕yd krow臋. Dobra krowa bihnie daje dwana艣cie liter mleka; i krowa naprawd臋 co艣 tam daje, bo ju偶 ca艂y tydzie艅 nie dojona. I tak wsz臋dzie krzyk, harmider, wiokanie i prychanie, uganianie. Ka偶dy zachwala, ka偶dy si臋 bije w piersi i si臋 klnie na zbawienie duszy, na ojca i matk臋, na ko艣ci i sk贸r臋, na niebo i piek艂o, aby tylko sprzeda膰, aby tylko kupi膰, aby gdzie oszuka膰 i fest oszachrowa膰. Tak ca艂y bo偶y dzie艅. Po za艂atwieniu swoich spraw id膮 ludzie po szynkach. Ci co stracili pij膮 z 偶alu, 偶e im si臋 jarmark nie uda艂, ci, co zarobili pij膮 z rado艣ci. Wi臋c w godzinach popo艂udniowych piwiarnie, szynki i traktyjernie s膮 pe艂ne. Ka偶da wie艣 ma specjalnie upodobana dziur臋, w kt贸rej ma kredyt od poniedzia艂ku do poniedzia艂ku. 呕ydkowie uwijaj膮 si臋 jak osy, dolewaj膮, podaj膮, zapisuj膮 i szachruj膮. Ka偶demu trzeba dogodzi膰, ka偶dego upi膰 i oszuka膰 – niech wie, 偶e by艂 na jarmarku. O zachodzie s艂o艅ca ludzie si臋 rozchodz膮 i znowu drogi pe艂ne, wozy turkocz膮, gromady bab i ch艂op贸w z workami i koszykami na plecach, czasem gdzie niekt贸ra id膮c zawodzi i lamentuje, bo chcia艂a wygra膰 w 鈥瀊ia艂a wygrywa, czarna przegrywa”. Tymczasem baciar Or艂owski obegra艂 j膮 i bez grosza idzie do domu. Gdzie kto wiedzie prosiaka na postronku, konia lub krow臋, ka偶dy po drodze przygl膮da si臋 swojemu nabytkowi. Ko艅 na targowisku wygl膮da艂 jak cugowy, a na drodze kuleje na tyln膮 nog臋, a na przedniej ma szpat, a na oku bielmo. Ch艂op skrabi si臋 w g艂ow臋 – ot, szelmy 呕ydy 鈥瀘by ich hromy poby艂y „. Tak by艂o z krow膮, owc膮 i ze wszystkim. Jakie艣 si臋 nie przypatrzy艂 to przepad艂o. Czasem na gwa艂t trzeba ucieka膰 z drogi do fosy, bo jedzie ca艂a fura pijanych. G臋by czerwone jak buraki, pyski porozdziawiali, oczy wytrzeszczyli i 艣piewaj膮 jak zarzynane barany. Kapelusze 鈥瀗a bakier” albo wcale ich nie ma. Tacy jak szcz臋艣liwie zjad膮 z g贸ry w Wierzchniakowcach, to mo偶e na rano b臋d膮 w domu.

Borszcz贸w poma艂u wypr贸偶nia si臋 po jarmarku, pozosta艂o du偶o 艣miecia i troch臋 nieprzytomnych ch艂op贸w. Biedaki nie mog膮 wyj艣膰 o w艂asnych si艂ach z miasta. Gdzie niekt贸ry troch臋 mocniejszy lub pami臋taj膮cy, 偶e w domu czeka Paraska z makohonem (8), wybiera si臋 poma艂u od s艂upa do s艂upa, tak doci膮gnie si臋 do 偶ydowskiego okopiska (9) lub na 艂anowieck膮 drog臋, tam zwala si臋 do fosy, trochu pobihma, poszlakuje i zasypia. Tymczasem s艂o艅ce zasz艂o, ciemno艣膰 zalega ziemi臋, na niebie mrugaj膮 gwiazdy, z dala s艂ycha膰 turkot woz贸w i ujadanie ps贸w. Dzie艅 si臋 sko艅czy艂, nastaje cicha podolska noc. Jest wczesny letni ranek. Idziemy z Borszczowa do G艂臋boczka. Za miastem drogi si臋 rozchodz膮: na prawo do 艁anowiec i Jezierzan, Kol臋dzian, Czortkowa. Na wprost do Wierzchniakowiec, G艂臋boczka, Lisowiec i T艂ustego. Idziemy prosto, mijamy po prawej stronie cmentarz katolicki. Na tym cmentarzu spoczywa moja matka, zmar艂a na osp臋 w 1915 roku, w czasie wojny 艣wiatowej. Po lewej stronie drogi mijamy 偶ydowskie okopisko, ogrodzone ceg艂owym murem, a po dw贸ch kilometrach jeste艣my nad Wierzchniiakowcami. Przed nami wielki jar, a w nim wie艣 nad rzeczu艂k膮 Nicz艂aw膮. Po przej艣ciu paru zakr臋t贸w w d贸艂 jeste艣my we wsi. Mijamy ko艣ci贸艂ek 艣wi臋tego Antoniego, dostajemy si臋 przez most na szos臋 i wspinamy si臋 do g贸ry. Po przej艣ciu czterech kilometr贸w stajemy na skrzy偶owaniu dr贸g. Stajemy twarz膮 na po艂udnie. Oto przed nami w odleg艂o艣ci jednego kilometra roz艂o偶y艂a si臋 wie艣 G艂臋boczek, go艣ciniec przecina j膮 na poprzek i prowadzi do Bilcza Z艂otego, wielkiej posiad艂o艣ci ksi臋cia Floriana Paw艂a Sapiehy. Droga na p贸艂noc obsadzona czere艣niami prowadzi do Konstancji i Jezierzan, na zach贸d do Lisowiec i T艂ustego, na wsch贸d do Borszczowa. Przy drogach widzimy du偶o kamiennych krzy偶y (kapliczek przydro偶nych0. Te krzy偶e stawiaj膮 ludzie na chwa艂臋 bo偶膮 w podzi臋ce za r贸偶ne 艂aski od Stw贸rcy. Rozdro偶e, na kt贸rym stoimy nazywa si臋 Rogatka. W dawnych czasach sta艂a tu rogatka i jaki艣 Srulko czy Mojsze brali myto. I z tej rogatki mamy widok na ca艂膮 okolic臋. . Wida膰 hen, daleko Korol贸wk臋, Jurjampol, Jadwi偶yn臋, Sapie偶yn臋, Kozig贸r臋 i ruski klasztor w U艂aszkowcach. Patrzymy na G艂臋boczek. Widzimy przed sob膮 wie艣 rozci膮gni臋t膮 prawie na cztery kilometry. B臋dziemy j膮 przegl膮da膰 ze wschodu na zach贸d. A wi臋c ta chata na skraju pod blach膮 to zagroda Tomkowyda, dalej szereg dom贸w pod s艂om膮 to Koszmaj贸wka. Te wysokie drzewa to s膮 jesiony, pe艂no ich we wsi. Dalej widzimy dom pod blach膮 o ostrym dachu – to gospodarstwo Szczepana Wierzbickiego. Dom ten budowa艂 mu Miko艂aj 艁ozi艅ski. /opisuj臋 tylko to co pami臋tam, a pami臋tam bardzo ma艂o, bo ju偶 20 lat, jak w G艂臋boczku mieszka艂em/. Wi臋c patrzymy dalej. Ci膮gn膮 si臋 rz臋dy cha艂up po szar膮 s艂omian膮 strzech膮. Gdzieniegdzie 偶贸艂knieje nowe poszycie, nierzadko b艂yszczy blacha. Tylko czerwonej dach贸wki tu nie wida膰, bo tego G艂臋boczanie nie lubi膮. Powiadaj膮, 偶e byle jaki b臋kart rzuci kamieniem i ju偶 w dachu dziura. Te wielkie zabudowania i ten wysoki 偶elazny komin – dw贸r ksi臋cia Sapiehy. Dalej wida膰 tylko jesiony i strzechy. A偶 na 艣rodku wsi ca艂e gniazdo ceg艂owych dom贸w pod blach膮. Dla obcego cz艂owieka to 艂adnie wygl膮da, ale dla nas G艂臋boczan to ta kupa dom贸w wygl膮da jak czyrak na nosie, jak gniazdo 偶mij wykarmione na naszej piersi. Jest to ukrai艅ski dim /Dom Ludowy/, zaochronka taj 鈥瀝idna szko艂a”. Wybudowa艂o si臋 to 鈥瀙id polskiem jarzmom, pid hnitom panskeij niewoli鈥 / 鈥瀙od polskim jarzmem, pod uciskiem pa艅skiej niewoli鈥 za waszych leniwych rz膮d贸w, panowie, ministrowie, ministrowie Rzeczpospolitej. Dalej sznur strzech i jesion贸w, a偶 znowu dwa domy pod blach膮 – to szko艂a ludowa, a obok nie obszerna bania – to cerkiew. Centrum naszej wsi to ta karbowana blaszana wie偶a – to ko艣ci贸艂 parafialny. Obok jest Urz膮d Gminy i K贸艂ko Rolnicze, ale tego st膮d nie wida膰. Widzimy pod wsi膮 po obydwu stronach drogi dwa gaje drzew, jakby jakie g臋ste sady. To jest G艂臋boczek umar艂ych, to s膮 dwa cmentarze: stary i nowy. Dalej te zabudowania to polskie probostwo. A dalej ju偶 nic tylko dachy i jesiony, r贸偶ne dachy; s艂omiane i blaszane, karbowane i g艂adkie, stare i nowe, na jakie kogo sta膰. A hen, na ko艅cu wsi oderwana kupka cha艂up, to Wiktyna /chatky/, czego tak si臋 nazywa, i czego tak si臋 oderwa艂y, nie wiem. Ta droga obok nich prowadzi na Pie艅ki. Odwr贸膰my si臋 teraz na p贸艂noc. Ten las, co widzimy, to Haleleja, a tych par臋 cha艂up pod nim to s膮 w艂a艣nie te Pie艅ki. Widocznie na pie艅kach si臋 pobudowali i dlatego tak si臋 nazywaj膮. Dalej, hen na tym pag贸rku, to skupisko dom贸w, to miasteczko Jezierzany, a tak wspania艂a budowla ze strzelist膮 wie偶膮- to jest ko艣ci贸艂 ksi臋偶y misjonarzy (10). Z tej wie偶y wida膰 kraj na dziesi膮tki mil. A gdzie by艣 nie zajecha艂 na Podolu – czy do T艂ustego, czy do Korol贸wki, czy nawet dalej o kilka mil to poszukaj wzrokiem po horyzoncie, a zobaczysz na b艂臋kitnym niebie strzelist膮 wie偶臋 ko艣cio艂a w Jezierzanach. Dalej wysuni臋ta do nas taka k臋pa lasu, to wie艣 Konstancyja, a obok ta grupa wysokich d臋b贸w i zabudowanie – to folwark Wybran贸wka. Dalej w tych do艂ach le偶y wie艣 艁anowce i Kozaczyzna, a hen daleko, gdzie niebo styka si臋 z ziemi膮, siniej膮 lasy: Cyga艅ski i Moszkatowieckie.

A dalej nic, tylko pola i pola poci臋te miedzami, gdzieniegdzie stoi samotna dzika gruszka, a偶 hen na wschodzie skupisko dom贸w i wie偶yczek – to miasteczko Borszcz贸w. Naoko艂o widzimy pi臋kne podolskie pola. Tu ko艂o G艂臋boczka r贸偶nie si臋 one nazywaj膮: 鈥濶asiedniki:, 鈥瀂ady”, 鈥濸od mogi艂膮”, 鈥濶a 艂ankach”, itd. Z Rogatki wygl膮daj膮 te pola jak pasiasta wereta (10), tkana r贸偶nymi kolorami. Mamy bia艂e pasy kwitn膮cej hreczki, czarne – zaoranej roli, r贸偶owej zakwit艂ej koniczyny, niebieskie kwadraty lnu, 偶贸艂te s艂oneczniki, zielone pasy kartofli, z艂ote pasy dojrza艂ej pszenicy, srebrne 偶yta i du偶o innych odcieni i barw, kt贸rych nie spos贸b opisa膰. A nad tym wszystkim niepokalany b艂臋kit nieba z poszarpanymi wiatrem ob艂okami, a w nich mi艂y skowronek – brat ch艂opa oracza dzwoni膮cy sw膮 cudn膮 pie艣艅 na chwa艂臋 Tego, co to wszystko stworzy艂, co to wszystko utrzymuje i na pociech臋 tej szarej braci rolniczej, kt贸ra tam na dole grzebie si臋 w tej 艣wi臋tej szarej ziemi, by da膰 chleb wszystkim tym co pracuj膮 i tym, co ani orz膮, ani siej膮, a lepiej od nas 偶yj膮. Tak cz臋sto na tym 艣wiecie bywa. Ale mniejsza o to, chod藕my do wsi. Oto jeste艣my obok cmentarza, wst膮pmy na chwil臋 do tych, co porzucili wszystkie uciechy i zmartwienia tego 艣wiata i spoczywaj 膮 po trudach 偶ycia ziemskiego. Dusze ich stan臋艂y przed Tym, kt贸ry jest 呕ywotem i Prawd膮 Wieczn膮; na pewno s膮 szcz臋艣liwsi od nas. Mogi艂y i mogi艂y, krzy偶e i krzy偶e, r贸偶ne 鈥 wystawne, rze藕bione, kamienne, 偶elazne i drewniane. Biegn膮 艣cie偶yny pomi臋dzy grobami, jak ulice we wsi. Na 艣rodku pot臋偶ny krzy偶 d臋bowy, pod nim spoczywa ksi膮dz J贸zef Ko艂odziej, by艂y proboszcz g艂臋bockiej parafii; a obok niego rz臋dami jego parafianie. Czytamy na krzy偶ach nazwiska. Sami nasi znajomi: Zawi艣laki, Weso艂e, Kozo艣wisty, Derkacze, Mazury, Twardochleby, J贸zwenki, 艁ozi艅scy, Wierzbiccy, Macyszyny i du偶o, du偶o innych. Ca艂y ten 艣wiat umar艂ych nazywa si臋 tak jak ten, co we wsi 偶yje. Tu spoczywaj膮 ojcowie i dziadowie, tam gospodarz膮 synowie i wnuki. I m贸j ojciec tu spoczywa. Jest po prawej stronie od wej艣cia betonowy krzy偶, zrobiony przez Kosara, a na nim taki napis: 鈥濼u spoczywa 艢p. Antoni Tokarczyk urodzony 15 czerwca 1868r., umar艂 dnia 27 grudnia 1919 roku. Prosi o Anio艂 Pa艅ski. Niech da Pan Zast臋p贸w 艣wiat艂o艣膰 wiekuist膮, a Matka Naj艣wi臋tsza niech si臋 za nim wstawi”. Za te wszystkie „Godzinki鈥 wy艣piewane na ch贸rach w g艂臋bockim ko艣ciele, i niech z nim wpu艣ci wszystkich tych, co od rana ka偶dej niedzieli wy艣piewywali na Jej cze艣膰 i na chwa艂臋 Jej Syna. A my co zostali艣my jeszcze na tym padole n臋dzy i nienawi艣ci spe艂nijmy ich pro艣b臋 i zm贸wmy tych par臋 s艂贸w modlitwy, o kt贸r膮 tak skromnie prosz膮. Zastan贸wmy si臋 przez chwil臋. Ci, co tu le偶膮, 偶yli przed nami: zabiegali o maj膮tki, budowali, sk艂adali, zagarniali, a dzi艣? Wszyscy odeszli, tylko tymi napisami na krzy偶ach 偶ebrz膮 o jedno 鈥瀂drowa艣” i jeden 鈥濿ieczny odpoczynek”. Wi臋c dajmy im to westchnienie, by, gdy my pod krzy偶 legniemy i nam kto艣 da艂 t臋 ja艂mu偶n臋. Pan B贸g daje nam tyle dowod贸w codziennie, marno艣ci tego 艣wiata, 偶e powinni艣my wreszcie zrozumie膰 to 偶ycie i jego cel. Powtarzam: warto si臋 nad tym g艂臋boko zastanowi膰. Chod藕my do wsi. Ta pierwsza ulica na lewo, to 鈥濿otakie”. Ten cmentarz po lewej strome, to stary; na nim ju偶 nikogo nie grzebi膮. Jest przez cmentarz 艣cie偶yna, kt贸r膮 ludzie skracaj膮 sobie drog臋 na Koszm膮j贸wk臋 lub do Borszczowa. Przy tej 艣cie偶ce stoi na kamiennej podstawie 偶elazna tablica z gotyckimi wie偶yczkami, a na niej napis, 偶e tam le偶y jaki艣 pu艂kownik WP z 1831 roku. Ca艂a tablica pochyli艂a si臋 i tak stoi ju偶 ponad 100 lat. Idziemy dalej. A wi臋c jeste艣my w centrum wsi. Ten dom to 鈥濳贸艂ko rolnicze” i 鈥濪om Ludowy”, a na prawo mi臋dzy tymi wysokimi drzewami, ogrodzony murem – to ko艣ci贸艂 parafialny pod wezwaniem 艣w. Miko艂aja. Obok niego murowana dzwonnica. Obok ten dom z gankiem – to Urz膮d Gminy. Dalej wysoka drewniana brama i dom ze szklan膮 werand膮 – probostwo. Ta ulica poza ko艣ci贸艂 to Bartron贸wka”, tamta na d贸艂 ko艂o 鈥濸olskiego Iwana” (11) to Mazur贸wka. Na lewo od nas stoi cerkiew, a obok niej dwa domy Szko艂y Ludowej. Ta ulica to 鈥濻eredyna”, dalej za ni膮 jest Koszmaj贸wka, a dalej 鈥濻tara Gorzelnia”. Przed nami, gdy p贸jdziemy ze sto krok贸w jest zamkowa studnia, nad ni膮 ci膮gnie si臋 ulica Majgosi贸wka na prawo, a na lewo 鈥濻yniawa”, a dalej 鈥瀂a dworem”. Tak wygl膮da wie艣 G艂臋boczek, wie艣 roz艂o偶ysta, bogata i go艣cinna. Ma ta wie艣 w sobie powag臋 i dostoje艅stwo. Ka偶dy j膮 kocha i szanuje. Nie ma w niej takich wad jak w z艂odziejskich Oleksi艅cach, lub w prostackich 艁anowcach. Ka偶dy ch艂op chlebor贸b, rzemie艣lnik czy nauczyciel, ksi膮dz czy fornal, ka偶dy poczytywa艂 sobie za zaszczyt, 偶e by艂 i jest cz艂onkiem gromady g艂臋bockiej. Tak by艂o przed wiekami, tak by艂o za Austrii, tak te偶 za Rzeczypospolitej. A jak jest dzisiaj, to dowiecie si臋 na ko艅cu tej opowiadanki. Gdy by艂em ma艂ym ch艂opcem, gdy mnie ojciec za r臋k臋 do ko艣cio艂a wodzi艂 i jak mnie p贸藕niej profesor B膮k (taki wysoki, z czarn膮 br贸dk膮) czyta膰 uczy艂, to zapami臋ta艂em, 偶e G艂臋boczek dzieli艂 si臋 zawsze na dwie po艂owy: na polsk膮 i na rusk膮. Polska po艂owa wsi to ulice: Majgosi贸wka, Mazur贸wka i Bartron贸wka.

Ruska cz臋艣膰 to: Wotakie, Seredyna i Syniawa. Na polskiej stronie by艂o oko艂o 15% Rusin贸w, a na ruskiej oko艂o 20% Polak贸w. Wojna narodowo艣ciowa trwa艂a od dawien dawna. Niezadowoleni wieczni Rusini. Zapytajcie dlaczego!. Dlatego, 偶e oni ju偶 na 艣wiat przyszli niezadowoleni. Spraw dla niezgody zawsze si臋 du偶o znajdzie. Czemu ruska plebania jest na Mazur贸wce? Czemu polska Koszmaj贸wka jest na ruskiej stronie? Czemu na w贸jta wybrali Warowego, a nie Remend臋? Czemu prezydentem. Polski jest Mo艣cicki, a nie Kazszowskiej? Czemu, czemu i czemu? Ten szata艅ski nar贸d zawsze niezgodliwy, zawsze szuka zwady i zdrady. Bo ka偶dy nar贸d ma pewne zdolno艣ci i upodobania, np. W艂osi do malarstwa i sztuki. Francuzi, do mody i elegancji, Niemcy do armat i tank贸w (co im ostatnio na zdrowie nie wysz艂o), Czesi do muzyki, Polacy do ba艂aganu, a nasi kochani Ukrai艅cy do no偶a, ognia i rabunku. Tak by艂o dawniej, tak jest dzisiaj. 艁ajdactwo u nich jest og贸lne, czy pan czy Iwan 鈥 jest rizunem i kwita. W G艂臋boczku by艂 stary ksi膮dz dekan, najstarszy w powiecie pop, a mi臋dzy ksi臋偶mi najgorszy 艂otr na Podolu. Ten prowadzi艂 dusze swoich parafian, ale nie do Boga, tylko do niezgody, rabunku i mordu. Szlag trafia艂 Rusin贸w, 偶e do tego ksi臋dza trzeba by艂o chodzi膰 na polsk膮 stron臋, i to na Mazur贸wk臋 – bo tam sta艂o ruskie probostwo. Polacy nigdy nie byli narodem zaczepnym, a zw艂aszcza w G艂臋boczku. Ale popiska /popia/ polityka wymy艣la艂a r贸偶ne krzywdy i szuka艂a sposobno艣ci do walki podziemnej i zemsty. Za nieboszczki Austrii by艂o tego mniej, ale za Polski nienawi艣膰 Rusin贸w, kt贸rzy przechrzcili si臋 na Ukrai艅c贸w nie mia艂a granic. Bywa艂y zatargi o wszystko, o szko艂y, o drogi, o miedze, lasy i pastwiska i w og贸le wsz臋dzie tam, gdzie tylko Ukrainiec z Polakiem si臋 zeszli. I tu w艂a艣nie le偶y wasza wina Panowie Starostowie i Wojewodowie, tu jest to z艂o, do kt贸rego usuni臋cia nie chcieli艣cie r臋ki i g艂owy przy艂o偶y膰. Rusini korzystali z waszego lenistwa i organizowali si臋 na nasz膮 i naszych dzieci g艂ow臋. Wy si臋 na to patrzyli przez palce, a my p贸藕niej musieli艣my si臋 na to patrze膰 przez oczy zalane 艂zami i krzywd膮 nasz膮. Wy budowali i ods艂aniali pomniki i urz膮dzali r贸偶ne 艣wi臋ta i brak艂o wam czasu patrze膰 jak oni ostrzyli no偶e i pletli sznury na szyje nasze. Owszem, mo偶emy powiedzie膰, 偶e艣cie im nawet pomagali, bo艣cie im pozwalali na 鈥炁乽hy”, 鈥濻ojuzy”, 鈥濺idni szko艂y” i 鈥濸ro艣wity”. O, g艂upcy leniwego my艣lenia! Nie widzieli艣cie co si臋 za tym kryje? Ile razy zwracali艣my Wam uwag臋, a mieli艣my racj臋, bo niestety sta艂o si臋 jeszcze straszniej, jak my艣my my艣leli. A wy na to oboj臋tnie kiwali r臋kami. Ale o tym p贸藕niej, na razie jest spok贸j. Pan starosta je藕dzi autem ze swoim szoferem J贸zefem Tokarczykiem i niby to dogl膮da porz膮dku w ca艂ym powiecie. Czasem i do G艂臋boczka zajedzie, 艂askawie wys艂ucha r贸偶nych skarg na r贸偶ne wybryki ukrai艅skie, czasem sobie nawet zapisze, i na tym prawie koniec. No, czasem nawet ukarze, ale na papierze. Czasem sprawa dostanie si臋 nawet do Jaskiego s膮du, ale tam ju偶 hajdamaka jak w domu, bo Naczelnik s膮du Wojlusi – Rusin, s臋dzia Smal – tak偶e, adwokat Tomkowyd – tak偶e rizun.Do nich przyczepi艂 si臋 krzywy Kaznowski, ich Aposto艂 i takie gniazdo szerszeni贸w jak zacznie s膮dzi膰 to nic tylko uciekaj, bracie Polaku, gdzie ci臋 oczy ponios膮. Nie chce ci si臋 ani Polski, ani jej praw. Id藕, bracie do domu, rol臋 siej, podatki p艂a膰 i ciesz si臋, 偶e Polska jest, a jak masz jakie bole艣ci sercowe, to lepiej id藕 do Schwarzbacha i tam szukaj lekarstwa. Panom starostom nie dokuczaj, bo oni nie maj膮 czasu zajmowa膰 si臋 sprawami ukrai艅skimi. A jak przyjdzie przykro, to i tak pan starosta z wojewod膮 nic nie b臋d膮 wiedzieli, bo uciekn膮 do Rumunii. Ale o tym potem. Teraz chrze艣cija艅skim zwyczajem p贸jdziemy do ko艣cio艂a, bo jest niedziela i na sumie trzeba by膰. Ko艣ci贸艂 niedu偶y, murowany, kryty blach膮. Kiedy murowany 鈥 nie wiem. Za mnie – ksi膮dz Ko艂odziej da艂 filary wzmacniaj膮ce oko艂o prezbiterium, bo sklepienie zarysowa艂o si臋 w 1913 roku. Drzwi d臋bowe, 2- skrzyd艂owe z krzy偶ami na 艣rodkowych taplach, nad drzwiami Baranek le偶膮cy na Ewangelii i po bokach dwa anio艂ki – wszystko wyrze藕bione z drewna. Wewn膮trz dwa rz臋dy 艂awek przysuni臋te do 艣ciany, obok 艂awek wetkni臋te chor膮gwie ko艣cielne przybrane w ki艣cie sztucznych kwiat贸w. Jest trzy o艂tarzy: g艂贸wny i dwa boczne. Na g艂贸wnym o艂tarzu obraz 艢wi臋tej Rodziny. Na uroczyste nabo偶e艅stwo obraz ten posuwa si臋 i ods艂ania si臋 drugi obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej z艂ocony, na czerwonym aksamicie. Po bokach o艂tarza, w niszach stoj膮 figury 艣w. aposto艂贸w Piotra i Paw艂a. Obok tabernakulum kl臋cz膮 dwa du偶e, z艂ociste anio艂y. Ca艂y o艂tarz przybrany w 偶ywe i sztuczne kwiaty. Boczny, prawy o艂tarz po艣wi臋cony 艣w. Miko艂ajowi, patronowi ko艣cio艂a, lewy o艂tarz 艣w. Franciszkowi z Asy偶u. 艢ciany szare, malowane w ciemne ornamenty. Na suficie podzielonym na trzy pola s膮 wymalowane trzy obrazy: Zmartwychwstanie, Wniebowst膮pienie i Zes艂anie Ducha 艢wi臋tego. Z sufitu zwieszaj膮 si臋 dwa paj膮ki wieloramienne o szklanych wisiorkach. Okna 艂ukowe, zwyczajne, z krzy偶ami z czerwonego i sinego szk艂a. Ch贸r drewniany z organami. Na ch贸rze po bokach s膮 dwa okna okr膮g艂e z kolorowych szyb.

Przez te okna, gdy by艂em ma艂y. lubi艂em patrze膰 na kolorowy 艣wiat Bo偶y. Sta艅my w k膮cie pod ch贸rami. Do sumy jeszcze godzina czasu. Przypatrzmy si臋 ludziom i strojom. Starzy ju偶 siedz膮 w 艂awkach i 艣piewaj膮 r贸偶aniec. Po prawej stronie m臋偶czy藕ni, a po lewej kobiety. Gospodarze powa偶ni w czemerkach, kurtkach, gdzie niekt贸ry w ko偶uchach, cho膰 jest ciep艂o. Ka偶dy przyni贸s艂 pod pach膮 spory modlitewnik i 艣piewaj膮 dr偶膮cymi g艂osami 鈥瀂drowa艣ki”. Po lewej stronie gospodynie w kaftanach, saczkach, w ku藕minowych chusteczkach od艣piewuj膮 drug膮 po艂ow臋 鈥瀂drowa艣 Maryjo” Ko艣ci贸艂 poma艂u si臋 zape艂nia; wchodz膮 dzieci kupkami, po dwoje, po troje, czasem trzymaj膮 si臋 za r臋ce – ubrane w ra藕ne, jasne kolory: r贸偶owe, niebieskie, zielone sp贸dniczki faliste, saczki swobodne, fartuszki z koronkami, chusteczki na g艂owach (bia艂e, kremowe, jedwabne, p贸艂jedwabne i we艂niane -jak kto ma i na jakie kogo sta膰). Jedne stukaj膮 obcasikami, drugie bosemi n贸偶kami wchodz膮 szybko, 艣mia艂o i staja na swoje miejsce przy balaskach. Jest tu zwyczaj, 偶e ka偶dy siada czy staje zawsze na tym samym miejscu. Wchodz膮 strojne dziewcz臋ta, furcz膮 zapaskami, wystrojone, wyprasowane na kant. Powa偶nie wchodz膮 m艂odzi gospodarze, gosposie czasem nios膮 na r臋kach ma艂e dzieci wystrojone jak anio艂ki. Ko艣ci贸艂 zape艂nia si臋, tylko 艣rodkiem zostawione jest miejsce dla ksi臋dza. Przed ko艣cio艂em jest zawsze sporo kawalerstwa, ale ci wchodz膮 na g艂os sygnaturki. Skrzypi膮 schody na ch贸r, tam ma miejsce m艂odzie偶 艣piewaj膮ca. Za moich m艂odych lat tak by艂o: w 艂awkach siadywali powa偶ni gospodarze – J贸zef Weso艂y, Kozo艣wist, Macyszyn, Juzwenko, Derkacze, Zawi艣laki, Kwiczaki, Warowe i inni, kt贸rych nie pami臋tam. Organist膮 by艂 w膮saty Miko艂ajeszyn, a ko艣cielnym stary Mazur. Starsza kawalerka gromadzi艂a si臋 na ch贸rach: Szczepan Wierzbicki, Miko艂aj Zawi艣lak, B艂a偶ej i Antoni Zawi艣laki i du偶o innych. By艂a i inteligencja: Stach Tokarczyk, Derkacz W艂adys艂aw z Mazur贸wki, Dziaduch, Kozo艣wist – ci sobie stawali pod ch贸rami. Nauczycielstwo – 艢niatowski z rodzin膮 i B膮k siadali w 艂awce przy o艂tarzu, czasem stary Konopacki z nimi. Maszynista Tokarczyk mia艂 swoje sta艂e miejsce na ch贸rze, obok organisty. Tak by艂o dawniej. Du偶o z nich dzisiaj le偶y pod krzy偶ykiem, du偶o m艂odzie偶y jest dzi艣 siwymi starcami, lata biegn膮 i znacz膮 sw贸j czas na cz艂owieku, jak p艂ug na 艣ciernisku. Kto by艂 wtedy stary, to dzi艣 odpoczywa, kto by艂 wtedy m艂ody, to dzi艣 idzie 鈥瀞tamt膮d” Ko艣cielny zapala 艣wiecy, ministranci w komeszkach zagl膮daj膮 przez szklane drzwi zachrysty,i nied艂ugo zacznie si臋 nabo偶e艅stwo. Ko艣cielny wychodzi na 艣rodek ko艣cio艂a, odwi膮zuje sznur od 艂awki i zaczyna nim targa膰. Srebrzysty d藕wi臋k sygnaturki p艂ynie na wie艣, na pola i lasy. Ci, co stali przed ko艣cio艂em wala hurm膮 do 艣rodka. Gdzie kto ze sp贸藕nionych szybko przypasuje fartuszek, poprawia przed lustrem chusteczk臋, chwyta ksi膮偶eczk臋, ogl膮da si臋 czy czego nie zapomnia艂a i buch na ulic臋. A kto ju偶 w drodze to przyspiesza kroku, by si臋 nie sp贸藕ni膰. Ksi膮dz wchodzi przez ko艣ci贸艂. Nar贸d wstaje i ch贸ralnie 艣piewa 鈥濿yznanie wiary” – 鈥濿ierz臋 w Boga Ojca Wszechmog膮cego”. Wszyscy 艣piewaj膮 nie tak, jak po innych ko艣cio艂ach, gdzie tylko ch贸r 艣piewa – tu 艣piewaj膮 i starzy i mali. I czuje si臋, 偶e ten bo偶y lud naprawd臋 wierzy w tego Boga, nie ustami, lecz szczerym sercem. Dzi臋kuje Mu tymi pie艣niami za przepracowany w pocie czo艂a tydzie艅 i prosi Go o b艂ogos艂awie艅stwo na nast臋pny. Po 鈥濧sperges me” zaczyna si臋 suma. Organy hucz膮, 艣piew jest tak pot臋偶ny, 偶e zdaje si臋 ko艣ci贸艂 rozsadzi膰. P贸藕niej kazanie. Na Podniesienie lud chyli si臋 czo艂em ku ziemi przed stw贸rc膮 swoim. G艂os wielkiego dzwonu grzmi na ca艂膮 okolic臋, 偶e pod postaci膮 Hostii B贸g zst膮pi艂 na o艂tarz. Potem 鈥炁歸i臋ty Bo偶y”, b艂ogos艂awie艅stwo i nabo偶e艅stwo sko艅czone. Ludzie fal膮 wychodz膮 na dw贸r, gdy偶 z powodu wielkiej ci偶by w ko艣ciele by艂o gor膮ce powietrze, przesycone zapachem kadzid艂a i p艂on膮cych woskowych 艣wiec. Cho膰 mi艂e, jednak jest ci臋偶kie do oddychania. Potem ludzie po wyj艣ciu stoj膮 i oddychaj膮 ca艂a piersi膮. Po wyj艣ciu z ko艣cio艂a nikt nie idzie od razu do domu. Wszyscy zatrzymuj膮 si臋 na p贸艂 godziny, by troch臋 pogada膰. M臋偶czy藕ni stoj膮 gromadami i zaczyna si臋 palenie papieros贸w. Cz臋stuj膮 si臋 tytoniem z puszek, z kapszak贸w, albo wprost z kieszeni. Id膮 w ruch bibu艂ki 鈥濻olali”, 鈥濳a艂yna”, 鈥濵arwitan”, kto jakie woli. Nad ka偶d膮 kupa m臋偶czyzn unosi si臋 ob艂ok tytoniowego dymu. I zaczyna si臋 gadanina. O czym? O wszystkim. O polach, o pogodzie, o komach, lasach i m艂ynach, o podatkach lub polityce. Baby stoj膮 osobno. Tu si臋 m贸wi o kobiecych sprawach – ile kt贸ra krowa mleka daje, jak si臋 kt贸rej chleb uda艂, jak si臋 kury nios膮. M贸wi si臋 i o s膮siadach – ta taka, ta owaka, troszk臋 prawdy, troch臋 tak z palca wyssie. S艂owem – plotki na gruby kamie艅. Kawaleroweie ca艂kiem o czem innym gadaj膮. Gdzie kto chodzi艂, a do kogo. Kto ile ma z艂ocistych, czy zafunduje i gdzie; gdzie gra膰 b臋dzie muzyka. Jak na polskiej stronie – no to bawimy si臋 fest. Jak na Koszmaj贸wce – to inna sprawa. Trzeba wysy艂a膰 patrole, wysy艂a膰 rezerwy i bra膰 co艣 ci臋偶kiego do kieszeni, bo to sprawa 鈥瀦agraniczna”. Dziewcz臋ta stoj膮 sobie osobno; o czym rozmawiaj膮, to tego nie wie ani ojciec, ani matka, ani ja – biedny syn maszynisty, wi臋c o tem napisa膰 nie mog臋.

No, ale ludzie poma艂u rozchodz膮 si臋, bo obiady w domu czekaj膮. Zaprosi艂bym i ja was, panowie , na obiad, ale niestety, nie mam w G艂臋boczku ani domu, ani pola, ani obiadu. Mam tylko w kieszeni za艣wiadczenie gminne, 偶e jestem tutejszym obywatelem i mam w G艂臋boczku prawo swojsko艣ci, ale ono na obiad nie da si臋 zje艣膰, a po drugie jest mi ono cenniejsze nad wszystkie obiady 艣wiata. Wi臋c my艣licie, 偶e b臋dziemy g艂odni? Mylicie si臋 grubo. Cz艂owiek bez pieni臋dzy umar艂by z g艂odu w Warszawie, Krakowie lub Lwowie, ale nie w G艂臋boczku. Tu ludzie s膮 wprawdzie pro艣ci, ale 偶yczliwi. Du偶o z nich mo偶e dobrze nie umie po polsku m贸wi膰, ale my艣le膰 i czyni膰 to umiej膮 po staropolsku. Lepsi oni Polacy i patrioci, jak niejeden z was, panowie szlachta herbowa. Na oko to si臋 zdaje, ze to takie zwyczajne 鈥瀋zanoroby” ale wgl膮dnijcie w ich my艣li, w ich dusz臋, to przekonacie si臋, 偶e to jest zdrowa ro艣lina szczepu Piastowskiego, 偶e to Lechici z krwi i ko艣ci. S膮 to ludzie nie od parady lub zjazdu, tylko od trwa艂ej, 偶mudnej, wytrwa艂ej pracy. Wi臋c zaprosz膮 was z otwartymi ramionami i ugoszcz膮 czem chata bogata. Tylko wy 偶eby艣cie to oceni膰 umieli, o co u was bardzo ci臋偶ko, panowie szlachta. Widzicie -ju偶 nas zapraszaj膮! Jak si臋 nazywaj膮 nie powiem. Wiem tylko, 偶e to wszyscy starzy przyjaciele mego ojca. Gdzie niekt贸rzy nawet mnie nie znaj膮. Ale to nie szkodzi – tu szanuj膮 syna za uczciwo艣膰 ojca, i ciebie i twoje dzieci b臋d膮 szanowa膰 i w biedzie poratuj膮. By艣 tylko by艂 uczciwy jak tw贸j ojciec, jak oni wszyscy. Wi臋c chod藕my, a przy sposobno艣ci obejrzymy gospodarstwo i obyczaje. Brama lub wrota zamkni臋te na g艂ucho, bo to dzi艣 niedziela. Wchodzimy furk膮. Podw贸rze czysto umiecione, stajnie otwarte, ale za艂o偶one wr贸tkami, by si臋 kt贸re bydl臋 nie spu艣ci艂o, bo jakby posz艂o po ogrodach, to by narobi艂o szkody. Dalej stodo艂a z pot臋偶n膮 bram膮, a za ni膮 sad. Drzewa owocowe uginaj膮 si臋 pod dojrzewaj膮cymi owocami. Tu stoi kilka pni pasieki. Pszczo艂y brz臋cz膮 w promieniach po艂udniowego s艂o艅ca. Wprowadzaj膮 nas do chaty wielkiej, bo dom dzieli si臋 sie艅mi na chat臋 wielk膮 i ma艂膮. W ma艂ej gospodarzy si臋 w dni powszednie, w wielkiej sp臋dza si臋 uroczysto艣ci 艣wi膮teczne i przyjmuje go艣ci. Ko艂o drzwi stoi carnik z p贸艂kami na paradny talerze. Stoj膮 na p贸艂kach talerze kantem, tak by by艂o wida膰 kolorowe kwiaty. P贸艂ki si臋gaj膮 a偶 pod sufit. 艁awa d艂uga z por臋czami zajmuje ca艂膮 艣cian臋 od carnika a偶 do rogu, i od rogu a偶 do po艣cieli. W tym rogu w dzie艅 Bo偶ego Narodzenia stoi snop zbo偶a, a w nim sierp i op艂atek. Naprzeciw wej艣cia stoi skrzynia malowana w r贸偶ne desenie. Skrzynia ta stanowi skarbiec domowy. W niej przechowuj膮 now膮 艣wi膮teczn膮 odzie偶 i r贸偶ne dokumenty. Dalej pod 艣cian膮 stoi po艣ciel wy艣cielona kolorowymi weretami, a na niej w g艂owach stos poduszek, u艂o偶onych jedna na drug膮 a偶 pod sufit. Przebrane one w bia艂e poszewki z wyszyciami i koronkami. 艢ciany obite do po艂owy kolorowym, kwiecistym papierem. G贸r膮 na 艣cianach obrazy 艣wi臋tych Pa艅skich kupowane i 艣wi臋cone na odpustach w Winiaty艅cach, Czortkowie lub Tarnopolu. Mi臋dzy obrazami bukiety sztucznych kwiat贸w i ma艂ych obrazeczk贸w. Okno o trzech ramach przys艂oni臋te firankami z bia艂ej bibu艂ki, wycinanej w r贸偶ne desenie. Na oknach wazoniki mirt贸w i fukcyji. Powietrze ch艂odne, przyjemne i wsz臋dzie kwiaty i kolory, jak w jakiej kaplicy. Gospodyni podaje obiad. Przeprasza, 偶e si臋 nas nie spodziewa艂a, wi臋c obiad jest skromny. Naprz贸d barszcz czerwonymi z fasolami, p贸藕niej pierogi omaszczone skwarkami, maczany w 艣mietan臋. Taki jest obiad niedzielny u zwyczajnego gospodarza. S膮 i 艣wietniejsze czasem, ale to si臋 rzadko zdarza. Pogadali艣my sobie z gospodarzem o r贸偶nych sprawach i posiedzieli艣my 艂adnych par臋 godzin i czas nam w drog臋. 呕egnani przez gospodarzy i przepraszani za skromne przyj臋cie opuszczamy go艣cinn膮 zagrod臋. Ju偶 jest dobrze po po艂udniu, bo dzwoni膮 na nieszpory. Ludzie kupami snuj膮 si臋 po ulicy. M艂odzie偶 spaceruje a偶 do 鈥瀝ogatki”. Dziadzie i babcie porozsiadywali si臋 na przyspach i wygrzewaj膮 si臋 w dobrotliwych promieniach s艂o艅ca. Pastuszek wyp臋dza byd艂o w pole, a gdzie niekt贸rzy gospodarze wyszli na pola obejrze膰 swoje niwy. I wida膰 jak 艂a偶膮 po polach niby bociany; po 艂膮kach chodz膮, po 鈥濶asielnikach”, po 鈥瀂adach”, na 鈥炁乤nkach” i hen wsz臋dzie, gdzie tylko okiem mo偶na si臋gn膮膰. Poroz艂azili si臋 po polach, po miedzach i ogl膮daj膮 te swoje niwy, jakby ich nigdy nie widzieli. Przecie偶 taki rolnik od ma艂ego poganiacza a偶 do p贸藕nej staro艣ci 艂azi codziennie po tych niwach, ca艂e 偶ycie swoje grzebie w tej 艣wi臋tej czarnej ziemi – czemu cho膰 w niedziel臋 nie odpocznie? Pytamy o to jednego, spotkanego a偶 pod Wierchniakowcami, a on nam tak odpowiedzia艂: 鈥濲a ca艂y tydzie艅 jestem na swoim polu robotnikiem, nie mam czasu ogl膮da膰, a jak wyjd臋 w niedziel臋, to j膮 sobie obejrz臋 i wtedy wiem, 偶e jestem jej w艂a艣cicielem”. Tak panowie – to jest zdrowa ch艂opska racja . Gdyby wy tak my艣leli i robili jak ten wie艣niak, gdyby艣cie dogl膮dali kraju tak jak on robi – to by艂oby wi臋cej 艂adu i sprawiedliwo艣ci w naszej ojczy藕nie. Ale wy艣cie wszystko bagatelizowali, my艣licie, 偶e sam膮 go艂膮 propagand膮 zbudujecie Polsk臋 mocarstwow膮. Nie znali艣cie ludu polskiego, ani jego potrzeb, ani jego cierpie艅.

Widzieli艣cie, 偶e Ukrai艅cy czyhaj膮 na zgub臋 Polak贸w, 偶e korzystaj膮 z dobroci i 艂agodno艣ci polskiego serca, 偶e na ka偶dym kroku wyrz膮dzaj膮 krzywd臋 polskiej ludno艣ci.. Co艣cie panowie uczynili, by to z艂o za偶egna膰? Jakich 艣rodk贸w u偶yli艣cie, by zabezpieczy膰 ludno艣膰 polska przed okrucie艅stwem tego domowego wroga? Niestety, nic a nic nie robili艣cie i zrobili艣cie! Patrzeli艣cie si臋 na wszystko przez palce, a nawet czasem dawali艣cie im krzy偶e zas艂ugi. Za co? Chyba za to, 偶e was dobrze ok艂ama膰 umieli. Z tego by艂o nawet przys艂owie, 偶e kiedy艣 艂otr贸w wieszali na krzy偶ach, a w Polsce krzy偶e wieszali na 艂otrach. Du偶o by艂o sposob贸w, 偶eby zapobiec temu nieszcz臋艣ciu. Mo偶na by艂o rozsiedli膰 ich po ca艂ej Polsce i by艂oby wypad艂o po 2 lub 3 rodziny na polska wie艣 za tych 20 lat niepodleg艂o艣ci. Byliby si臋 spolonizowali i nie mieli mo偶no艣ci organizowa膰 si臋 I co wam mamy powiedzie膰 za to, 偶e wy panowie ministrowie i wojewodowie, wy prezydenci i starostowie, wy ksi膮偶臋ta i hrabiowie, wy wszyscy, co si臋 za rdze艅 narodu polskiego macie, wy co powo艂ujecie si臋 na czcigodne herby ojc贸w swoich, wy ho艂ota szlachetna, wypasiona nasz膮 krwawic膮, wy zgraja ja艣niepa艅ska, wypychaj膮ca brzuchy owocami naszej pracy. Wy wszyscy chod藕cie ze mn膮 tam, hen na 鈥瀝ogatki”, a ja wam poka偶臋 owoce waszej polityki. St贸jcie i patrzcie! Wytrzeszczcie swe t艂uszczem zaro艣ni臋te oczy i patrzcie do czego nas doprowadzi艂a wasza g艂upia gospodarka. St贸jcie i patrzcie i pami臋tajcie, 偶e to co tu zobaczycie to jest wasza wina, to sprawi艂y wasze z艂e 偶膮dze. To jest wasze bagatelizowanie naszych pr贸艣b i naszych b艂aga艅 do was, panowie w艂adza minionej Rzeczypospolitej. Wi臋c sta艅cie tu na tym wzg贸rzu, obr贸膰cie twarze na po艂udnie i patrzcie na G艂臋boczek. Czego wasze oblicza oblek艂y si臋 trupia blado艣ci膮? Co艣cie tak strasznego zobaczyli, 偶e wami febra trz臋sie? Co? Piek艂o si臋 przed wami otwar艂o? Tak! To jest piek艂o na ziemi. Czarna zimowa noc okrywa ziemi臋, wiatr ze 艣niegiem tnie w twarz i wyje w konarach bezlistnych drzew. Matka ziemia le偶y pod 艣niegiem skowana kajdanem mrozu, a nad G艂臋boczkiem wielkie morze p艂omieni. K艂臋by dymu rwane wiatrem siej膮 si臋 po polach, a chmury iskier buchaj膮 pod ciemne niebo. Ryk byd艂a, r偶enie koni, ujadanie ps贸w miesza si臋 z j臋kiem mordowanych ludzi. Czy wiecie, co to si臋 dzieje? To wschodzi ziarno posiane r臋k膮 ksi臋dza Kaznowskiego! To s膮 偶niwa krwawe, na kt贸re czekali Remendy, Tomkowydy, Ha艂adybordy i inne patronki Kaina. P艂onie ludzki dobytek. Id膮 z dymem chaty, komory i stodo艂y, ginie w ogniu praca, gromadzona r臋kami ca艂ych pokole艅. Ludzie ob艂膮kani ze strachu uciekaj膮 p贸艂nago, boso po 艣niegu w pola, w lasy, gdzie ich oczy ponios膮. O nic nie dbaj膮, wszystko dla nich stracone. Ratuj膮 tylko rzecz najcenniejsz膮 dan膮 cz艂owiekowi przez Boga – 偶ycie! A we wsi odbywa si臋 taniec 艣mierci. Nasi braci po Chrystusie – Tomkowydy, Remedy, Ha艂adybordy i inni wczorajsi s膮siady, kumy i swaty, te艣cie i szwagry – a dzisiejsi katy i mordercy, podpalacze i rizuny. Razem ze swymi synami i c贸rkami morduj膮, r偶n膮 i podpalaj膮. P艂awi膮 si臋 we krwi niewinnych kobiet i dzieci, we krwi, z kt贸r膮 setki lat byli spokrewnieni. Zapomnieli o wszystkich naszych dobrych uczynkach wzgl臋dem nich. Zapomnieli o swoich przywilejach w Rzeczypospolitej, wszystko zapomnieli. Wylaz艂a z ich duszy rogata bestia, tak d艂ugo w niej przytajona, i zbryzgana krwi膮 wrzeszczy 鈥濻艂awa Ukrainu! S艂awa Banderii Na pohybel Lacham!” Oto podzi臋kowanie wam, panowie wojewodowie i ministrowie za 鈥濶arodnu Tarhowlu”, za Centrosojuzy , za 鈥濩zeteli pro艣wity鈥 i za Ridni szko艂y!. Za wszystkie 艂aski wam podzi臋kowali, a za wszystkie dobrodziejstwa, kt贸remi艣cie ich obdarowali, dali wam w prezencie nasz膮 krew, stosy trup贸w i popio艂y naszych gospodarstw. I wam tak偶e wypada podzi臋kowa膰! Wi臋c z g艂臋bi zbola艂ych naszych serc, obkurzeni dymem w艂asnych gospodarstw, zbryzgani krwi膮 naszych dzieci, naszych braci i krewnych, zdeptani i zniszczeni bez mi艂osierdzia dzi臋kujemy wam wszystkim, panowie w艂adza. B膮d藕cie przekl臋ci, b膮d藕cie przekl臋ci razem z tymi, kt贸rych nam wychowali艣cie! A gdy nasta艂 dzie艅, gdy wyjrza艂o s艂o艅ce spoza zimowych chmur 鈥 co艣 zobaczy艂, marny, szary cz艂owieku? Tam, gdzie sta艂a kwitn膮ca wie艣, tam gdzie sta艂y zasobne gospodarstwa, gdzie by艂y pe艂ne stodo艂y Bo偶ego chleba, gdzie by艂a praca dziad贸w, ojc贸w i syn贸w – tam hula艂 zimowy wicher i rozdmuchiwa艂 popio艂y, a obok stercz膮cych i osmalonych jesion贸w, obok trup贸w ludzi i zwierz膮t, obok zw臋glonej pracy ludzkiej wa艂臋sa艂y si臋 bezdomne psy, a obw膮chawszy 艣lady swoich gospodarzy, siada艂y na ciep艂ym popielisku i wy艂y 偶a艂o艣nie, wy艂y na s艂aw臋 samostijnej Ukrainy. G艂臋boczku! Wiosko mych lat dziecinnych, kwiecie wiosek podolskich! Kiedy my ujrzymy twe rozci膮g艂e ulice, kiedy twe domy i gospodarstwa powstan膮 z ruin, kiedy my us艂yszymy d藕wi臋ki dzwon贸w naszego ko艣cio艂a? Za co ci臋 tak ci臋偶ko do艣wiadczy艂 B贸g Wszechmog膮cy? Za czyje winy karzesz nas. Panie? Je偶eli za nasze, to wszystko odpokutujemy i wytrzymamy!

My nar贸d twardy i wytrwa艂y, 偶adna ziemska moc nas nie z艂amie, nie zmo偶e nas ani ogie艅, ani kula, ani szubienica. Tylko Ty, o Panie Wszystkowiedz膮cy dopom贸偶 nam! Oto pokornie bierzemy na barki swe torby tu艂aczy i idziemy w 艣wiat.. A ciebie G艂臋boczku, nasza wiosko rodzinna, 偶egnamy pie艣ni膮 rozpaczy: 鈥瀂 dymem po偶ar贸w, kurzem krwi bratniej Do Ciebie Panie, bijem w ten g艂os Skarga to straszna, j臋k to ostatni Od takich mod艂贸w bielej w艂os. My ju偶 bez skargi nie znamy 艣piewu Wieniec cierniowy wr贸s艂 w nasz膮 skro艅 Wiecznie jak pomnik Twojego gniewu Sterczy ku Tobie b艂agalna d艂o艅.”

Jest lato. S艂o艅ce przygrzewa, pola szumi膮 zbo偶ami, 艣wiergot ptasz膮t nape艂nia pola mi艂emi g艂osami. Na pewnej stacji kolejowej na 艢l膮sku Opolskiem zosta艂o odczepionych par臋 wagon贸w z repatriantami zza Samu. Urz臋dnik kolejowy przegl膮da listy przewozowe i por贸wnuje z numerami na wagonach. Widzi on tych ludzi codziennie, ju偶 go nie wzrusza ta biedota. Jad膮 ludzie z ca艂ej Ma艂opolski Wschodniej, z Wo艂ynia, z Polesia. Setki i tysi膮ce jad膮 na zach贸d, na nowe ziemie, na nowy chleb. Za nimi pozosta艂y ich domy i pola, a czasem zgliszcza i popio艂y, a w wielu wypadkach – mogi艂y. Przed nami? Jest wielkie nieznane. B臋dzie, co B贸g da! Ale, ot tak mimochodem pyta si臋: Sk膮d jeste艣cie? A ludzie n臋dzni, sterani podr贸偶膮, o zapadni臋tych policzkach, zgarbieni i posiwieli z prze偶ytych nieszcz臋艣膰. Odpowiadaj膮: -My zza Sanu, z tamopolskiego, my z G艂臋boczka! -Bo偶e mi艂osierny! Z G艂臋boczka? Ze wsi moich dziecinnych lat? Hej, hej. Mi艂y Bo偶e! Gdzie Podole, a gdzie Opole, gdzie G艂臋boczek, a gdzie Klodybach, czy jakie艣 Kuncendorf?! Rozsiali si臋 ludzie po 艣wiecie, jak jesieni膮 li艣cie z drzew. Ci膮gn膮 si臋 poci膮gi z repatriantami od Jaros艂awia, hen a偶 po Gda艅sk, od Przemy艣la po Katowice, Bytom, Wroc艂aw. Taki nasz los! Tu艂aj膮 si臋 ludzie po stacyjnych rampach, t艂uk膮 si臋 gospodarze po placach kolejowych, buduj膮 budy ze starych kawa艂k贸w blach, z desek, okrywaj膮 te nory och艂apami papy, obtykaj膮 szmatami i siedz膮 w tych dziurach jak ostami n臋dzarze. Gorszy 偶ywot prowadz膮 jak wy艣miani niegdy艣 Cygani. 呕yj膮 ostatkami si艂 i ostatkami nadziei w mi艂osierdzie Bo偶e. Jest dzie艅 15 sierpnia. Wniebowzi臋cie Naj艣wi臋tszej Maryi Panny. Wielki odpust na kalwarii w Winiaty艅cach. Kiedy艣 za dobrych czas贸w, ca艂y G艂臋boczek wyje偶d偶a艂 uroczy艣cie na ten odpust. Ktoz was nie pami臋ta tych uroczystych nieszpor贸w w Winiaty艅cach, kiedy w ciemny wiecz贸r dziesi膮tki tysi膮ce 艣wiec p艂onie na ziemi, a drugie setki, tysi膮ce gwiazd 艣wieci na niebie? I zdaje si臋 cz艂owiekowi, 偶e niebo z ziemia si臋 zmiesza艂o i nie wiadomo, gdzie granica jednego i drugiego. A te uroczyste procesje, a ta wstrz膮saj膮ca Droga Krzy偶owa mi臋dzy tymi g贸rami! Jakie to by艂o wszystko pi臋kne, jakie wznios艂e! Gdzie偶 ono dzisiaj jest? Min臋艂o wszystko jak sen. Min臋艂o! A nam pozosta艂y tylko wspomnienia. Biedna g艂臋bocka gospodyni postawi艂a jak膮艣 skrzyni臋, nakry艂a j膮 bia艂膮 chusteczk膮. Po艂o偶y艂a na to obraz Matki Bo偶ej kupiony kiedy艣 w Winiaty艅cach. Ustroi艂a to polnymi kwiatami i przed tym o艂tarzem, stoj膮cym na rampie kolejowej w Otmuchowie i modli si臋. Modli si臋 nie ustami, ale 艂zami gor膮cymi i sercem krwawi膮cym. Prosi t臋 Opiekunk臋, kt贸ra jedna jest i w Winiaty艅cach i w Otmuchowie, i w Cz臋stochowie, i w G艂臋boczku, i w Klodebachu i na ka偶dym miejscu kuli ziemskiej. Prosi j膮 ta kobiecina o mi艂osierdzie, o 艂ask臋 wytrwania dla siebie i dla tych milion贸w braci, bli藕nich rozrzuconych po ca艂ej Polsce. A nasi gospodarze, a nasi w艂a艣ciciele szerokich grunt贸w, wysokich bram, obszernych p贸l, gdzie oni s膮? Co si臋 dzieje z nimi? Jedni za zmartwienia skurczyli si臋 w swoich budach i ca艂y 艣wiat ich nie obchodzi. Drudzy kr臋c膮 si臋 z k膮ta w k膮t i niby to cos robi膮, niby to czym艣 si臋 zajmuj膮, a widzi si臋, 偶e sami siebie ok艂amuj膮 i nas patrz膮cych chc膮 ok艂ama膰. Robak zgryzoty zakorzeni艂 si臋 g艂臋boko w ich serca i nie maj膮 si艂y wyrzuci膰 go stamt膮d. Bracia mili, dlaczego stracili艣cie wiar臋 w mi艂osierdzie Bo偶e? Dlaczego 艂azicie jak cienie i wzdychacie za utraconym szcz臋艣ciem? Czy艣cie ju偶 zapomnieli jak od ma艂ego dziecka, w G艂臋boczku w ko艣ciele, na ka偶dych nieszporach 艣piewali艣cie:

鈥濭艂odnych nasyci艂 hojnie i w dobra spanoszy艂 Bogacz贸w z torb膮 pu艣ci艂 i n臋dznie rozproszy艂”

Je偶eli druga zwrotka tej pie艣ni sprawdzi艂a si臋 w naszym narodzie, by nas za grzechy nasze i ojc贸w naszych B贸g z torbami pu艣ci艂 i n臋dznie rozproszy艂, to wierzymy szczerze w sprawiedliwo艣膰 Bo偶膮, 偶e i pierwsza zwrotka tego wznios艂ego 鈥濵agnificat” na nas si臋 spe艂ni, 偶e g艂odnych nasyci hojnie i w dobra spanoszy. Nie mo偶na traci膰 wiary, nie mo偶na upada膰 na duchu. Moc Bo偶a jest wi臋ksza nad wszystko, nad nasze my艣li, nad nasze poj臋cia i rozumowania, nad zakusy naszych wrog贸w i wi臋ksza nad wszystko to, co sobie wyobrazi膰 mo偶emy. Wi臋c nie tra膰cie ducha, nie upadajcie. We藕cie si臋 zgodnie do pracy, nie b膮d藕cie zarozumiali, nie krzywd藕cie jeden drugiego. Nauczcie si臋 przebaczania; dawnych krzywd wyrz膮dzonych wam przez waszych wsp贸艂braci Polak贸w – nie pami臋tajcie. Wszystko trzeba zapomnie膰. Pami臋tajcie, 偶e nie ma na 艣wiecie dw贸ch ludzi jednakowej natury, jeden jest taki – drugi owaki. M膮drzejszy niech poda r臋ki temu s艂abszemu, bogatszy niech poratuje biedniejszego. Takim post臋powaniem zbudujecie bratersk膮 gromad臋. A takiej gromady nie rozbije nie tylko banderowska ho艂ota, ale nawet Lucyper, piek艂o nie da jej rady. Trzymajcie si臋 kupy, a przetrzymacie te ci臋偶kie chwile naszego narodu. Najwi臋kszym z艂em – to upa艣膰 na duchu. Nie wolno nam traci膰 nadziei, cho膰 czasem m贸wi膮, 偶e nadzieja jest matk膮 g艂upich, ale cz艂owiek, kt贸ry ca艂kiem straci nadziej臋 pope艂nia samob贸jstwo. Nadzieja na lepsze jutro utrzymuje narody 艣wiata, wi臋c nam jej traci膰 nie wolno. Prosz臋 was, drodzy bracia, wszelk膮 niezgod臋 i nienawi艣膰 wyrzu膰cie z serca precz. Czy ma艂o nas B贸g ch艂osta艂 za grzechy nasze? Jak 艣piewali艣my w suplikacjach w naszym ko艣ciele, w pie艣ni; 鈥濸rzed oczy twoje. Panie, kiedy nas karzesz prosimy Ci臋, aby艣 si臋 zmi艂owa艂, a kiedy przestaniesz, pobudzamy Ci臋, aby艣 nie folgowa艂”.

Zastan贸wmy si臋 i nie pobudzajmy sprawiedliwo艣ci Bo偶ej. Niech nam wystarczy to, co艣my przeszli, a da B贸g, 偶e wszystko przetrzymamy i wytrzymamy.

Tokarczyk W艂adys艂aw, 1945 rok

S艂owniczek

(1) 鈥 czemerka 鈥 rodzaj p艂aszcza /d艂ugiej kurtki/ z we艂ny owczej
(2) 鈥 d膮bani – rodzaj spodni z w艂贸kna konopnego, kt贸re mo偶na by艂o nosi膰 na obydw贸ch stronach
(3) 鈥 saczek /saczok/ 鈥 rodzaj ozdobnej kamizelki damskiej
(4) – kosznica 鈥 najcz臋艣ciej okr膮g艂a, przykryta dachem wiata do suszenia kukurydzy
(5) 鈥 cziczki 鈥 sztuczne, ozdobne kwiatki
(6) 鈥 mamyna lole 鈥 mamina koszula
(7) 鈥 harasiwka 鈥 ozdobna wst膮偶ka
(8) 鈥 makohon 鈥 t艂uczek do mi臋sa
(9) 鈥 偶ydowskie okopisko 鈥 cmentarz 偶ydowski
(10) 鈥 ko艣ci贸艂 w Jeziorzanach jest pod wezwaniem XII Aposto艂贸w
(11) 鈥 Polski Iwan 鈥 przydomek jednego z polskich, g艂臋bockich, gospodarzy 鈥 Jana Wierzbickiego