Rozalia Baranowska Czaja

343

Wspomnienie niniejsze dotyczy miejscowości Obertyn, położonej na Kresach w powiecie horodeńskim województwa stanisławowskiego, nieopodal Kołomyi. Zamieszkiwali w niej na początku XX wieku młodzi małżonkowie: Rozalia Baranowska i Wojciech Czaja pochodzący z Wadowic, wraz z czworgiem dzieci: trzema synami i córką. Jedna z córek zmarła wkrótce po urodzeniu.

Rozalia Baranowska i Wojciech Czaja

Wojciech był strażnikiem granicznym na granicy Rzeczpospolitej z Rumunią i Węgrami i cieszył się sympatią okolicznej ludności. Natomiast jego małżonka Rozalia zajmowała się domem i wychowaniem małoletnich dzieci a w 1944 r. została wdową. W Obertynie przed wybuchem wojny żyło się spokojnie i szczęśliwie, pośród rodziny, sióstr, braci, rodziców, życzliwości sąsiadów oraz pięknych Kresowych krajobrazów, orientalnej przyrody, żyznych czarnoziemów.

W czasach II Rzeczpospolitej Polacy i Ukraińcy zamieszkiwali te ziemie w przyjaźni i zgodzie. Kres temu położył wybuch wojny oraz piekło jakie się wtedy rozpętało dla Polaków z rąk Ukraińców UPA. Przez wiele lat powtarzane wielokrotnie wspomnienia okrucieństwa lat wojennych zapadły świadkom tych relacji głęboko w pamięć.

Rozalia, tak jak tysiące rodaków zamieszkujących Kresy musiała ukrywać się każdej nocy, nawet późną jesienią poza domem szukając noclegu wraz z małymi dziećmi, w tym z najmłodszą urodzoną w czasie wojny kilkumiesięczna córką w zbożu, w polach kukurydzy, w snopach, leśnych zakamarkach i innych wymyślnych kryjówkach. Kryjówki należało zmieniać każdej nocy. Ukraińcy przychodzili w nocy i dokonywali straszliwych rzezi, przed mordowaniem okaleczali okrutnie swoje ofiary i drwili z nich i ich cierpienia. Urządzali wielogodzinne tortury Polakom.

Stałe wspomnienia jakie się z tym wiązały to lęki i opowieści o odcinanych kobietom piersiach, urywaniu uszu, wyłupywaniu oczu, wyrywaniu języka, zakopywaniu żywcem, przypalaniu ciał, nie wyłączając starców i dzieci. Wielu sąsiadów w ten sposób straciło życie podczas niewypowiedzianych tortur. Polacy ukrywali się w nocy poza domem w obawie o swoje życie i życie swoich dzieci. Czasami zdarzało się tak, że nad ranem powracając z całonocnej tułaczki w polu zziębnięci i zmęczeni kładli się spać w swoich domach i wtedy następował atak Ukraińców, kończący się mordowaniem całych rodzin a poprzedzony okrutnymi torturami.

Z powodu takich straszliwych realiów życia i uciążliwych nocy, spędzanych również jesienią i zimą w kryjówkach poza domem, dzieciom Rozalii (a także tysięcy innych Polaków, którzy w podobny sposób ratowali swoje dzieci przed rzezią, gdyż to co opisuję jest tylko jednym spośród setek podobnych świadectw), które miały wtedy od kilku miesięcy do kilku lat utworzyły się ciężko gojące odmrożenia, a jeden z synów Rozalii odmroził sobie dotkliwie całą główkę, którą wyleczyły dopiero Siostry Służebniczki, prowadzące w Obertynie ochronkę. Każda noc była okupiona lękiem utraty życia, niepewnością i ciężkimi trudami ukrywania się. Ukraińcy byli bezwzględni i bezlitośni, nie mieli wyrozumiałości nawet dla kobiet i dzieci. Dzieciom a nawet niemowlętom urządzali specjalne rodzaje tortur, na oczach zrozpaczonych matek dokonywali najpierw egzekucji dzieci, aby spotęgować cierpienie matek bezpośrednio przed ich zabiciem.

Zdarzało się, że dzieci Ukraińskie podczas wspólnych zabaw w dzień groziły dzieciom Polskim, że przyjdą je zamordować w nocy. Groźby te okazywały się często prawdziwe, z tym że mordów dokonywali ich ojcowie, podczas gdy w dzień dzieci wspólnie się bawiły. Rodziny mieszane polsko- ukraińskie nie były rzadkością i matki uczyły polskie dzieci mówić po ukraińsku, w nadziei, że to uchroni je w ostateczności przez rzezią, ponieważ mieszkańcy byli tak wymieszani, że nie wiadomo już było kto jest Polakiem a kto Ukraińcem. Jednak Ukraińcy dokonujący rzezi nie mieli litości nawet dla rodzin mieszanych.

Rozalia z pomocą Bożą przetrwała wraz z dziećmi ten koszmar i około 1944 lub 1945 roku została wypędzona i przymusowo przesiedlona z Obertyna na teren Wielkopolski pozostawiając wszystko co posiadała. Oddaliło to od jej niepełnej już rodziny realną groźbę śmierci z rąk Ukraińskich oprawców, jednak lęki pozostały już na zawsze. Nie dało się ich wymazać z okaleczonej psychiki, uciec przed koszmarami wspomnień.

Niedługo potem zakończyła w sile wieku swe życie – trudne, przepełnione doświadczeniem okrucieństwa wojny i codzienną walką o przetrwanie swej rodziny. Ludzie ludziom zgotowali ten los i zawsze należy pamiętać o tym, do czego zdolni są odrzucający Boga i dekalog, gdy ich dusze opanowują demony.

Dziś trudno uwierzyć, że to naprawdę się wydarzyło, jednak pamięć o tym straszliwym męczeństwie naszych rodaków powinna być wiecznie żywa. Przebaczenie oprawcom nigdy nie może oznaczać zapomnienia. Kolejne pokolenia zachowują pamięć swych przodków, ich tragicznych doświadczeń i przekazują je swym dzieciom w bolesnym testamencie wspomnień, co jest warunkiem koniecznym trwania i więzi łączącej naród polski, przez wieki tak ciężko doświadczony.

Dziś na naszych oczach świat pisze „nową” historię drugiej wojny światowej, ustanawia „nowych” wypędzonych, zamienia miejsca katów i ofiar. Mimo tych zabiegów prawda historyczna odbijająca się w losach każdej z milionów polskich rodzin przetrwa, zostanie przekazana i zakorzeniona w świadomości kolejnych pokoleń Polaków, „prawda nas wyzwoli”.