Dniestr – sentymentalna  podróż kajakiem do krainy rodziców

Z zamiarem spłynięcia Dniestrem nosiliśmy się od momentu kiedy to – po raz pierwszy – popatrzyliśmy z wysokiej skarpy w Mariampolu na rzekę, wijącą się meandrami, płynącą wartkim nurtem z północnego zachodu na południe.

Sentymentalna podróż kajakiem do krainy rodziców

Minęło już piętnaście lat z okładem od naszej wyprawy Dniestrem. Jednak ten przecież tylko tydzień, jaki spędziliśmy w kajaku płynąc z rzeki nurtem – pamiętać będziemy do końca naszych dni.

dniestr dniestr Była to bowiem wielka, a może nawet największa – w naszym życiu przygoda! Napisany zaś przeze mnie w Internecie opis naszej podróży, stał się wśród wodniaków wybierających w tamte strony na spływ kajakowy – prawdziwym bestsellerem. Przez długi czas, każdego roku, jak tylko słońce było wyżej i bliżej było lata otrzymywałem listy albo telefonowano do mnie z prośbą o bardziej szczegółowe wyjaśnienia do mojego przewodnika po Dniestrze. Proszono mnie też o pomoc w załatwieniu możliwości pozostawienia pod opieką na czas spływu samochodu.

dniestr dniestrWciągu ostatnich lat jakie minęły od naszej, bądź co bądź dosyć egzotycznej wtedy eskapady, spływy kajakowe Dniestrem stały się w Polsce coraz bardziej popularne. Organizują je biura turystyczne, kluby kajakowe, wyprawiają się indywidualni wodniacy. Aby w ten sposób poznać smak mitycznego Wschodu, odbyć sentymentalną podróż do legendarnej krainy rodziców, dziadków.

Dniestr

Był to pierwszy rok trzeciego tysiąclecia – magicznie otwierający bezkres możliwości stojących jeszcze przed nami. Byliśmy wtedy zdecydowani zrobić coś niezwykłego, szczególnie podniecającego. Ja wkraczałem w sześćdziesiątkę, Stanisław dobijał pięćdziesiątki. Świadomość, że Dniestr zmierza ku Morzu Czarnemu a swój bieg rozpoczyna w Beskidzie Wschodnim od strumieni, które mają swoje źródła jeszcze w Polsce w Bieszczadach – była dla nas czymś szczególnie pociągającym. W dodatku – wszyta, pod skórę naszego dzieciństwa nostalgia za utraconą małą ojczyzną naszych rodziców, którzy traumę wypędzenia mimowolnie przekazywali nam, wraz z wyidealizowanymi wspomnieniami swojej młodości – powodowała, że postanowienie płynięcia Dniestrem stawało się coraz bardziej realne.

dniestrNa szczególne słowa uznania zasługuje mój współtowarzysz wyprawy Stanisław, który poza krótką, naszą wspólną wyprawą kajakiem Pilicą – nie miał większego wodniackiego doświadczenia. A mimo to – od razu przystał na propozycję wyruszenia na Ukrainę tym razem na spływ. W dodatku w tak szczupłym składzie: dwóch łodzi. Ja miałem w załodze swoją żonę Barbarę, która tylko w kajaku uznawała moje bezdyskusyjne prawo do dowodzenia i posługiwania się sterem. Stasiu natomiast wziął na towarzysza wakacyjnej podróży najstarszego syna Mateusza. Dwoma, objuczonymi składanymi kajakami i innym turystycznym ekwipunkiem, oraz zapasami wody i żywności na dwa tygodnie samochodami – wyruszyliśmy późnym popołudniem z przejścia granicznego Medyka – Szegine w drogę.

Dojazd

Trasa wiodła przez Sambor, Drohobycz, Stryj, Kałusz, do Stanisławowa. Przed nami do pokonania od granicy pozostawało 210 km. Sam dojazd obfitował w różne przygody, które na szczęście kończyły się dobrze mimo – że podróżowaliśmy nocą, próbowaliśmy skracać sobie drogę, błądząc przy tej okazji po bezdrożach. Zdesperowani zatrzymywaliśmy przygodnie napotkanych tubylcow, pytając o właściwy kierunek, itp. Słowem – zachowywaliśmy się w sposób jaki stanowczo odradzają wszystkie przewodniki turystyczne.

Po bezskutecznym poszukiwaniu w Stanisławowie hotelu, który przygarnąłby nas na nocleg za przystępną na naszą kieszeń cenę – wyruszyliśmy około 2-giej w nocy do Mariampola, miejscowości położonej nad Dniestrem skąd pochodzą rodzice Stanisława.

Tak, jak przypuszczaliśmy, nasi gospodarze z którymi utrzymywaliśmy kontakt poprzez przedstawiciela tamtejszej administracji samorządowej, nie mogąc się nas doczekać poszli spać. Obudziliśmy ich nad ranem, kiedy było już jasno – i 21 lipca 2002 r. rozpoczęła się nasza ekspedycja  w pełnym tego słowa znaczeniu – eksploracyjna, której celem było przetarcie szlaku kajakowego Dniestrem dla turystów z Polski.

Nasz bowiem plan wyprawy przewidywał, poza oczywiście samym płynięciem – badanie, a nawet tworzenie warunków do uprawiania tam tej formy turystyki. Wprawdzie tradycje spływów kajakowych Dniestrem sięgają jeszcze do czasów galicyjskich, a potem w II Rzeczpospolitej był to ulubiony i bardzo popularny szlak wodny. Brzegi rzeki były miejscem licznych biwaków harcerskich, a młodzież akademicka ze Lwowa docierała kajakami do Dniestru szlakiem rzeki Wereszycy z Janowa – usytuowanego powyżej Gródka Jagielońskiego, dokąd wtedy ze Lwowa było dogodne połączenie kolejowe.

W czasach sowieckich swobodne przemieszczanie się obywateli było niemile widziane, a nawet zabronione, wymagało specjalnych zezwoleń i ruch na rzece praktycznie zamarł.

O naszych zamiarach zorganizowania spływu poinformowaliśmy także tamtejsze władze rejonowe w Haliczu, których przedstawiciele pan starosta Grigorij Michajłowicz Iwasniszyn i wicestarosta a zarazem prezes fundacji „Pojednanie”, pan Włodzimierz Brodowicz, stali się gorącymi zwolennikami i kibicami naszej wyprawy.

Mariampol

W Mariampolu założyliśmy główną bazę, która zapewniała nam możliwości bezpiecznego pozostawienia samochodów na czas płynięcia, mogliśmy tam także swobodnie i w bardzo dobrych warunkach nocować. Tam też uzyskaliśmy wsparcie logistyczne na czas wyprawy wzdłuż brzegu. Pan Michał Koryjenko z wielką odpowiedzialnością podjął się zadania towarzyszenia nam na trasie samochodem do którego, pakowaliśmy namioty, śpiwory, zapasy żywności i inny sprzęt, który był niepotrzebny na wodzie

Każdego ranka przed wypłynięciem – uzgadnialiśmy długość dziennej trasy i miejsce, w którym nas nieżyjący już dzisiaj pan Michał miał oczekiwać. Jego rola była nie do przecenienia. Dokonywał po drodze zakupów uzupełniających nasze zapasy, dzielił się z nami swoją znajomością rzeki i terenów przez które przepływaliśmy,był niezastąpiony w kontaktach z mieszkańcami naddniestrzańskich wiosek, którzy odwiedzali nas na biwakach. Zapewnił nam także sprawną ewakuację po zakończeniu spływu.

W Mariampolu, na nadrzecznych błoniach była wtedy nawet stanica wodna, w której od lat sezonowo z nastaniem wczesnej wiosny do późnej jesieni mieszkał tajemniczy uciekinier z terenów dotkniętych katastrofą nuklearną w Czarnobylu. Utrzymywał się z niewielkiej renty i zielarstwa, można było jemu śmiało powierzyć opiekę nad kajakami. Same zaś błonia nadają się wyśmienicie do biwakowania. W ogóle – na całej trasie jest wiele miejsc bardzo malowniczych i nadających się do rozbicia namiotów, palenia ognisk, a także – zaopatrywania się ze źródeł w wodę.

dniestrNoce w tamtych stronach w lipcu są bardzo ciepłe, niebo bywa rozgwieżdżone, czuć już południe. Cały szereg roślin orientalnych znajduje tu, najbardziej na północ Europy wysunięte stanowisko. Na ciepłym Podolu, u ujścia Seretu rodzą się morele,winogrona, melony, papryka, tytoń południowy, kwitną drzewa migdałowe, zaś pomidory z gruntu mają niezapomniany słodko-kwaśny smak. Świat zwierzęcy w Jarze Dniestrowym ukazuje nam gatunki w Polsce nie spotykane, typowe dla klimatu czarnomorskiego. Tu można spotkać niebywałej urody kosa z zielonkawo-niebieskiego z metalicznym połyskiem i żółtym podgardlem, który zaliczany jest właściwie do ptaków fauny tropikalnej. Spośród ryb – czeczuga która, od ujścia Dniestru podpływa na tarło pod Uścieczko, śledź nieco większy od bałtyckiego – spotykany jest nawet pod Zaleszczykami. W rzece pływa – niegdzie poza nią nie spotykana ryba – wyrozub.

Z owadów uważny obserwator może spostrzec cały szereg gatunków znanych z Krymu, Kaukazu, Bałkanów i Węgier.

Dniestr drąży charakterystyczne koryto, ujęte w strome ściany jaru, biegnące wzdłuż krawędzi Przedgórza Karpat. Teren lewobrzeżny rzeki na wschód od Lwowa zwany Podolem stanowi zupełnie odmienny od fałdu Karpat typ geologiczn. Granitowa płyta podolsko-czarnomorska wielokrotnie zalewana była w ciągu wieków morzami z których, ostanie „Sarmackie” cofając się ku południowi odsłoniło z dna swego obszary zamienione z czasem na stepy, a dziś tworzące sławne, żyzne czarnoziemy podolskie. Długie pasmo stromych wapiennych skał jest natomiast pozostałością raf muszlowych ongiś chroniących wybrzeże Morza „Sarmackiego”.

Dniestr rzeźbi owe skały, odsłaniając poszczególne warstwy geologiczne, tworząc niesłychanie malowniczy ciąg przełomów – z wysokimi na kilkadziesiąt metrów ścianami, w których nierzadko wydrążone są groty i pieczary, dawniej dające schronienie naszym praojcom a później pustelnikom. Miejsca te – owiane legendami, przesyconymi tajemniczością życia przedhistorycznego powodują, że odbywamy podróż nie tylko w przestrzeni – ale i w czasie.

Halicz

Wyruszyliśmy z Halicza, dokąd z Mariampola przewieźliśmy nasze kajaki.
Sam Halicz, w którym mieszczą się władze administracyjne rejonu, odpowiednika naszego powiatu – jest historyczną siedzibą książąt halickich. Nad miastem, na wyniosłym wzgórzu, królują ruiny zamku Kazimierza Wielkiego.

dniestrHalicz – stolica Hałyczyny (Rusi Halickiej) – wraz z ziemiami, którymi rządziła dynastia Rurykiewiczów w 1349 roku został przyłączony do Polski W tym mieście, a raczej miasteczku, leżącym na dawnym szlaku handlowym wiodącym z Kijowa do Ratyzbony pozostało niewiele zabytkowych budowli, ale sam rynek został bardzo gustownie zagospodarowany pomnikiem odwołującym się do przeszłości długiej i chlubnej, przy nim cerkiew Narodzenia Chrystusa, a od niej wiodą schody na górę zamkową.

Na lewym brzegu, poniżej mostu drogowego, na trasie ze Lwowa do Stanisławowa, za stadionem sportowym jest bardzo dogodne miejsce do wodowania i biwakowania. Dniestr płynie wartko, rozlewając swoje wody szeroko. Może być płytko, dlatego trzeba płynąć z nurtem bliżej prawego brzegu. My wybraliśmy porę po letniej powodzi. Woda w rzece była jeszcze trochę mętna,ale za to nie było płycizn.

dniestrPo godzinie spływu minęliśmy z lewej wieś Dubowce następnie przysiółek Dehowa, potem most kolejowy. Brzegi były niskie z kamienistym zejściem do wody, a dalej jak sięgnąć okiem pastwiska,mnóstwo pasącego się bydła.

dniestr dniestr

Jezupol

Po prawej pojawiły się zabudowania i wieże kościoła O.O. Dominikanów w Jezupolu.

Osady – której nazwa nadana przez hetmana Stanisława Jabłonowskiego była, tak jak i w przypadku Mariampola – swoistym votum za pomyślność na polach bitew toczonych z Turkami przez tego – wojowniczego i bardzo dla Rzeczpospolitej zasłużonego męża.

Wpadający do Dniestru potok przegradzała dosyć upiorna budowla elektrowni. Zaraz za nią było ujście Bystrzycy, rzeki biorącej swój początek z gór pasma Czarnohory, potem żwirowiska i już widać – usytuowany na lewym brzegu, na wysokiej skarpie Mariampol.

dniestrWody w rzece było jakby więcej, prąd wyraźnie szybszy, brzegi wyższe. Minęliśmy malowniczą wyspę i dobiliśmy do brzegu, koło zatopionego promu. W sumie przepłynęliśmy  tylko 16 km.

dniestr dniestr

Obecny Mariampol nie przypomina pozostawionego przez Polaków wysiedlonych w latach czterdziestych miasteczka. Wszystko zostało zmienione.

dniestrNie ma ryneczku, pałac Jabłonowskich został prawie całkowicie rozebrany, w klasztorze O.O. Kapucynów jest więzienie.

dniestrW tym miejscu wypada zacytować pochodzącą z Mariampola poetkę Paulinę Gwizdak:

„Gdzieś na mapie świata
Daleko stąd
Stoi nad Dniestrem
Nasz rodzinny dom
Chata nasza droga
Ściany pobielane
Dookoła płotu
Barwinek zielony
W rogu przy stodole
Na starej jabłoni
Pięknie usłane
Gniazdo bocianie
W ogródku pod oknem
Jeszcze jabłoń rośnie
Nie ma już paproci
Nie kwitną już malwy
Rosną tam łopiany
Rośnie macierzanka
Tak właśnie wygląda
Opuszczona chatka
A na podwórku wysoka trawa
Wśród tego wszystkiego
Nasza chata biała
Opuszczona przez nas
Bo taki był czas”.

Obecni mieszkańcy Mariampola są życzliwie nastawieni do turystów z Polski. Jest to wynikiem wieloletnich kontaktów rozsianej po całej Polsce mariampolskiej diaspory z mieszkającymi tam Ukraińcami, którzy też zostali do tej miejscowości przesiedleni z Bieszczad, okolic Przemyśla. W miasteczku znajduje się posterunek policji, sklep, kawiarnia. Można przenocować, a nawet pomodlić się przed łaskami słynącym, od 1702 roku wizerunkiem Matki Boskiej z Dzieciątkiem zwanej Zwycięską lub Hetmańską. Oryginał obrazu jest wprawdzie we Wrocławiu, ale doskonała kopia znajduje się.w tutejszej cerkwi – podarowana w 2000 r. przez Stanisława, naszego współtowarzysza wyprawy. Wizerunek otoczony jest szczególnym kultem i patronuje trudnemu procesowi pojednania.

dniestrOd Mariampola Dniestr przybiera inny wygląd. Płynąc w ustalonym korycie, mieć będzie prawie ciągle brzegi wyniosłe, które od Niżniowa przejdą w Jar Dniestrowy tak charakterystyczny dla sporego odcinka dalszego biegu rzeki.

Uście Zielone

Po przepłynięciu 10 km po lewej stronie – ujście rzeczki Horożanki, z dala widoczne są wieże kościoła pod wezwaniem Trójcy Św. w Uściu Zielonym.

dniestrOngiś miasteczko, obecnie senna osada, ze sklepem na końcu wsi, za to w centrum jest tam apteka. Na tamtejszym cmentarzu katolickim spoczywają liczni moi krewni. W Uściu Zielonym w 1904 roku urodziła się moja mama.

dniestrA proboszczem tej parafii był w drugiej połowie XIX wieku brat mojego prapradziadka ks. Rafał Strzetelski. On też ochrzcił moją prababkę Wincentynę, a później pobłogosławił jej związek małżeński z pradziadkiem Edwardem Czajkowskim.

dniestrW Uściu Zielonym

Płynąc dalej mijamy Petryłów, Nowosiółkę położone nadal po lewej stronie. Prawy brzeg był bardziej zalesiony. Po paru godzinach płynięcia osiągamy most w Niżniowie.

dniestrNiżniów

Biwak zakładamy po lewej stronie, poniżej mostu drogowego. Dojście do wody trochę wysokie, zarośnięte krzewami ale powyżej – rozległa łąka nadaje się do biwakowania.

dniestrSam Niżniów zaś – rozsiadł się na prawym brzegu przy drodze do Tłumacza. Przepłynęliśmy 26 km.

dniestrOd tej miejscowości Dniestr zdecydowanie zmienia swój charakter To właśnie teraz na trasie spływu – napotkamy nieomal baśniowe scenerie tajemniczych wąwozów, wysokich na ponad sto metrów skał w dominującym kolorze czerwieni, które mogą śmiało uchodzić za jeden z najpiękniejszych regionów krajobrazowych Europy.

dniestrRzeka tworzy przełomy i zakręt, płynąc coraz to w innym kierunku. Tutaj spotkaliśmy rybaków pływających na prymitywnych łodziach, wydrążonych w jednym klocu drzewa, zwanych „dłubankami”.

Są one niewątpliwe bardzo skuteczne w płynięciu pod prąd, ale posługiwanie się nimi wymaga nie lada umiejętności, są bowiem bardzo wywrotne. Po przepłynięciu kolejnych 12 km – za zakrętem, po lewej stronie otworzyła się przed nami rzadkiej urody perspektywa zamknięta wysokim brzegiem, na którym leży wieś Horyhlady.

dniestrWysiadamy z kajaków aby nasycić się pejzażem, tak niewyobrażalnie pięknym.

dniestr dniestrSama wieś – jak z folderu reklamującego podróż wehikułem czasu, było bowiem tutaj tak, jak niegdyś żyli, dwieście, może trzysta lat temu ludzie, teraz tak żyją jej współcześni mieszkańcy. We wsi jest jednak posterunek policji. Widzieliśmy przez okno jak sobie drzemał tamtejszy konstabl, nawet nasza obecność wcale go nie ożywiła. A co mają robić tamtejsi, prawdziwi złoczyńcy, żeby wzbudzić jego zainteresowanie? Nie wiemy.

Z żalem opuszczaliśmy to piękne miejsce, którego nazwa pochodzi „wielkich oczu” jakie się robi na tamtejszy widok. Popłynęliśmy dalej rzeką, która kręci niepomiernie, w dodatku zaczęło się robić być płytko. Po lewej minęliśmy ujście rzeki Koropiec, która swoją nazwę wywodzi z położonego nieco wyżej od ujścia miasteczka.

Prąd w Dniestrze zrobił się coraz bardziej wartki, brzegi  bardziej kamieniste. Trzeba było uważać! Wylądowaliśmy po prawej stronie na końcu przełomu skąd dzieliło nas kilkanaście metrów od łąki na której pasły się krowy.

Zaraz otoczył nas rój dzieciaków, którym powierzono funkcje pasterskie. Byli oni pod absolutnym wrażeniem naszych kajaków, namiotów i turystycznego wyposażenia. „Amerykany, Amerykany” wołali.

dniestr dniestr

Delawa

Do wsi Delawa, położonej nieco wyżej, na wzgórzach – mamy jakiejś 3,5 km. Wybraliśmy się tam razem z powracającym z pastwiska stadem.

dniestrBył tam nieźle zaopatrzony sklep, oraz okazała cerkiew. Przybyszów uderza przede wszystkim – niezwykłość miejsca, w którym są same nowe domy! Ta rzucająca się w oczy zamożność bierze się stąd, że mieszkańcy Delawy są zawołanymi budowniczymi, pracującymi przeważnie w Rosji. Spokrewnieni i spowinowaceni między sobą tworzą, jak nasi górale – rodzinne brygady budowlane, które działają w Moskwie, Petersburgu. Pokazywano nam szczególnie okazałe domostwo, ozdobione oczywiście błyszczącą w słońcu – wykonaną z blachy aluminiowej bramą budowniczego rezydencji samego prezydenta Putina w Moskwie.

Od Niżnowa do Delawy przepłynęliśmy 30 km. Do pokonania zaplanowanego wcześniej etapu wyruszyliśmy właściwie popołudniu w sporym deszczu, który towarzyszył nam praktycznie do samego końca, kolejnego odcinka trasy, to jest do biwaku na prawym brzegu, tuż przed mostem i ujściem, bardzo zanieczyszczonej rzeczki w Niezwiskach.

Niezwiska

Napotkaliśmy tam bardzo interesującego się nami jegomościa, który utrzymywał, że jest z zawodu artystą fotografem z Drohobycza… i oczekuje – przynajmniej tak twierdził – na przybycie przyjaciół, którzy mieli po niego przypłynąć tratwą. Ubranego w dresy „Adidasa” fotografika – czuć było raczej tamtejszą esbecją, niż jakąkolwiek sztuką.

Sama miejscowość rozsiadła po obu stronach rzeczki do której odprowadzano śmierdzące ścieki.

dniestrZe Stasiem wypatrzyliśmy bardzo malowniczą i bardzo pieczołowicie utrzymaną chatkę, pomalowaną na niebiesko. Wdaliśmy się w rozmowę z jej właścicielką. Kobieta, już w latach, opowiadała nam o swoim życiu i o mężczyznach z którymi była związana, a raczej których, z tego życia przepędzała, przez oczywiście wódkę…

dniestrO Polsce i Polakach wyrażała jak najlepiej i dobrze nam życzyła. Koło Wrocławia bowiem mieszka jej jedyna córka,która wyszła na Dolnym Śląsku za mąż i jest teraz tam – uosobieniem kariery zrobionej w dalekim, zamożnym kraju. Spotkaliśmy też… niezwykle przedsiębiorczego hodowcę rudych świń, który wcześniej był, jak się sam do tego przyznał… sowieckim aparatczykiem.

Był on jedynym, napotkanym na całej trasie spływu osobnikiem rodzaju męskiego, który pracował, coś po prostu robił. Nasz bowiem były sekretarz komunistycznej partii – w pocie czoła wywoził świńską mierzwę taczkami, ciął zielonkę, zaganiał stado swoich świń. Krzątał się aż do późnego wieczora. Byliśmy pod autentycznym jego wrażeniem, dotąd bowiem utrwaliło się w nas przekonanie, że na Ukrainie zajęciami praktycznymi, wszelką pracą zajmują się wyłącznie kobiety. Przedstawiciele zaś brzydszej połowy – wyłącznie zajmują się gaszeniem samogonem dręczącego ich bólu istnienia.

Z Delawy do Niezwisk było 26 km. Dwa kilometry poniżej mostu łączącego Niezwiska z Łuką, napotykamy – po prawej, ruiny zamku z 1660 r. w Rakowcu.

Chmielowa

Rzeka meandruje, brzegi są zarośnięte krzewami, lub ujęte w ramy skał.Po dwóch godzinach osiągamy ujście lewego dopływu Dniestru – rzeki Strypy, która bierze swój początek hen daleko gdzieś pod Złoczowem. Płynie potem przez Tarnopol. Biwak zaplanowaliśmy we wsi Chmielowa, po prawej, niższej stronie Dniestru, lewy brzeg jest tam praktycznie niedostępny, wysoki i skalisty. Namioty rozbiliśmy w samym centrum, na boisku do siatkówki, nieopodal „klubu” ludowego,szkoły i sklepu. Przepłynęliśmy kolejne 30 km.

Korzystając widocznie z naszej obecności i zamieszania nią wywołanego ktoś się włamał w nocy do sklepu, ogałacając go z pieniędzy i towaru przeznaczonego do sprzedaży. Znaleźliśmy się w wyjątkowo niezręcznej i dwuznacznej sytuacji. Ichni magazin przecież „obrobiono” w momencie kiedy myśmy się pojawili. Wcześniej takiego tam zdarzenia nie zarejestrowano.

Młodzi ludzie, którzy na wieść o włamaniu do sklepu licznie się przed nim zgromadzili – patrzyli na nas z wyraźnym wyrzutem. Nie bardzo teraz nam wypadało opuścić Chmielową – przed przybyciem ukraińskiej policji z Horodenki. Słońce jednak było już wysoko, niby przez nich powiadomiona policja, jakoś nie kwapiła się z przybyciem. W końcu dałem osobnikowi, wyraźnie wyglądającego na przywódcę tej grupy młodzieży, który cały czas chodził bez koszuli, eksponując swoją okazała muskulaturę – bilet wizytowy członka zarządu powiatu głubczyckiego i oświadczyłem, że jak policja chce się czegoś od nas dowiedzieć, to będziemy jej oczekiwać na najbliższym moście w Ujścieczku. Do mostu dotarliśmy po trzech godzinach, policji nas tam oczekującej nie było. Most zresztą był bardzo wysoki, rzeka w tym miejscu bardzo szeroka.

Bez zatrzymywania się, z wyraźnym uczuciem ulgi – popłynęliśmy dalej w dół do Zaleszczyk…

dniestrW tym dniu ustanowiliśmy rekord dziennego pływania, pokonaliśmy ponad 40 km.

Brzegi w tej części Dniestru opadają,okolica staje się coraz bardziej ludna, co krok ktoś łowi ryby, w rzece liczne wyspy zarośnięte dorodnymi krzakami wikliny.

Po drodze minęliśmy większe już miejscowości jak Iwanie Złote, Horodnicę, Pieczarnię.

Zaleszczyki

Pierwszy w Zaleszczykach jest most kolejowy. Zerkając nieco trwożliwie na boki robimy sobie nawzajem sesję zdjęciową z mostami w tle.

dniestrWszystkich nas ogarnia wzruszenie – dopłynęliśmy jako przedstawiciele Niepodległej Polski do miejsca, które w ramach komunistycznej indoktrynacji – szczególnie w okresie PRL utrwalano w pamięci jako przykład i symbol klęski burżuazyjnego państwa polskiego. Tędy bowiem miały uciekać w 1939 r. najwyższe władze II RP.

dniestrDopływając do nadbrzeża, które przed wojną było tętniącym życiem bulwarem zwanym „Przystanią Akademicką” wciągnęliśmy na maszt umieszczony na rufie kajaka dużą flagę biało czerwoną.

dniestrWarunki tam biwakowania można by było określić jako średnie, z powodu przede wszystkim śmieci zalegających zarośnięte łopianami (patrz wyżej wiersz) miejsce, które kiedyś było plażą i spacerową promenadą. Ale za to widok stąd jest wspaniały. Mieliśmy bowiem przed sobą skalisty masyw przeciwległego wysokiego brzegu bukowińskiego.

dniestrOba brzegi, ten wyższy, dawniej rumuński i ten niższy z rozłożonymi na cyplu, niczym na wyspie Zaleszczykami spina most. Przed mostem stały posterunek policyjny.

Dniestr stanowi bowiem naturalną granicę pomiędzy województwami tarnopolskim i czerniowickim, rzeka rozgranicza również krainy geograficzne Podole i Bukowinę!

Trudno się obecnie, doszukać urody w tym przecież – modnym przed II Wojną Światową uzdrowisku,do którego tak lubili przyjeżdżać przedstawiciele przedwojennej elity. Miasto zostało założone przez ojca króla Stanisława Poniatowskiego, Po dawnej świetności terenów parkowych, pawilonów, domostw w których mieszkali spragnieni południowego słońca i rzecznych kąpieli dostojni i bogaci amatorzy nie pozostało wiele. Ale koniecznie należy odwiedzić kościół katolicki pod wezwaniem Św.Stanisława. Wokół kościoła skupiona jest, licząca w Zaleszczykach 15 osób, Polonia; na plebani istnieją warunki przenocowania nawet kilkudziesięcioosobowej grupy.

Kręcąc się w niedzielę koło kościoła, napotkaliśmy dwóch, objuczonych wielkimi plecakami młodych ludzi, którzy jak się później okazało byli również Opolaninami, pochodzącymi z Brzegu i Lubszy – studentami wędrującymi koleją i autobusami od Karpat aż po Krym. Nasza skromna ekspedycja zrobiła na nich olbrzymie wrażenie. Byli bowiem dotąd przeświadczeni o swojej wyjątkowości i odwadze. Rozpierała ich duma z dokonanego wyczynu, a tu proszę – starsi państwo kajaczkiem, pod namiotami, dziką rzeką…

Bukowina

Następny etap był również bardzo interesujący. Przepłynęliśmy wprawdzie tylko 20 km do Doroszowiec, ale za to przy bardzo słonecznej pogodzie, która co jakiś czas zachęcała nas do kąpieli.

dniestrBukowina prezentowała się jako kraina znacznie zamożniejsza od Pokucia, które dotąd mijaliśmy po prawej stronie. Domy okazalsze, otoczone charakterystycznymi murkami z rzecznych kamieni, ludzie bardziej otwarci, jakby bardziej przyjaźniej nastawieni, często wołali „kuda płynut”, pytali dokąd płyniemy, i życzyli nam szczęśliwej podróży „Szczaślwa droho” a nawet ostrzegali nas z troską w głosie przed niebezpieczeństwami jakie stwarza rzeka.

Dużo też osób przebywało na brzegu wyłącznie – rekreacyjnie. Ryb nie łowili, nie prali, jak to wcześniej widzieliśmy w rzece, siedzieli całymi rodzinami na brzegu Dniestru, pili wódeczkę, co rusz chłodzili się w wodzie… robili wrażenie szczęśliwych.

dniestrPo lewej ujście Seretu, rzeki z którą jestem także sentymentalnie związany. Seret bowiem – bierze swój początek, powyżej Załoźców z rzeczki, która przepływała przez Pieniaki, miejscowości gdzie mieszkali przedtem moi rodzice. Mama była kierowniczką tamtejszej szkoły, a ojciec administratorem majątku Cieńskich.

dniestr dniestr dniestrWyruszyliśmy do kończącego naszą wyprawę etapu, rezygnując, a raczej odkładając na przyszły rok dopłynięcie do pierwotnie zakładanego celu – jakim miało być dopłynięcie do Chocimia.

Bródek

Po przepłynięciu 8 km dotarliśmy do najbliższej przeprawy promowej w Bródku, Brodoku po ukraińsku, a po rumuńsku Vadu Nistrului, gdzie 2 października w 1600 roku hetman Jan Zamojski przeprawił się przez rzekę w bród wiodąc swoje wojska z Trembowli do Multan.

dniestrTam doświadczyliśmy bardzo gwałtownej burzy, rozszalałego tornada, Ukraina żegnała nas błyskawicami i gromami na zupełnie zaciągniętym czarną chmurą niebie, demonstrując siłę i fascynującą grozę żywiołu, co obserwowaliśmy z nabożnym respektem, skuleni pod lichymi, targanymi porywami wiatru płachetkami namiotów, rozbitych tuż nad brzegiem Dniestru. W pewnym nawet momencie przybiegli pokonując wichurę Ukraińcy, aby sprawdzić, czy nie potrzebujemy pomocy i zaoferować schronienie w pobliskiej stodółce. Rzeka naszych przodków, która przez cały tydzień tolerowała naszą obecność, ba – przyjęła nas jak najgościnniej, teraz – pokazała swoje drugie oblicze. Natury dzikiej i nieujarzmionej, której lata sowietyzacji nie zaszkodziły, zachowane bowiem zostało w całej pełni piękno darowane jej przez Stwórcę.

1 KOMENTARZ

  1. Muszę także opowiedzieć o tym,j ak mimo znacznej odległości i egzotyczności miejsc w których niekiedy przebywałem – życie dopisywało ciąg dalszy, rozwiązywało tajemnicze zdarzenia, wyjaśniało zagadki . Płynąc Dniestrem znaleźliśmy się bowiem w dosyć kłopotliwej sytuacji , o czym piszę w swojej relacji ze spływu kajakowego. ”
    Biwak zaplanowaliśmy we wsi Chmieliwa po lewej niższej stronie Dniestru, prawy brzeg jest tam niedostępny wysoki, skalisty. Namioty rozbiliśmy w samym centrum tej miejscowości , na boisku do siatkówki, nieopodal „klubu” ludowego ,szkoły i sklepu. Przepłynęliśmy kolejne 30 km.
    Korzystając widocznie z naszej obecności i zamieszania nią wywołanego , ktoś się włamał w nocy do owego magazynu, ogałacając go z pieniędzy i towaru przeznaczonego do sprzedaży. Znaleźliśmy się w wyjątkowo niezręcznej i dwuznacznej sytuacji . Magazin przecież „obrobiono” w momencie kiedy pojawili się obcy. Młodzi ludzie, którzy na wieść o włamaniu do sklepu, licznie się przed nim zgromadzili – patrzyli na nas z wyraźnym wyrzutem, a wręcz wrogo .Prysł gdzieś nastrój wzajemnej sympatii.Oświadczono nam ,że o dokonanym w nocy przestępstwie powiadomiono tamtejsze władze w Horodence. Nie bardzo teraz nam wypadało opuścić Chmielową – przed przybyciem ukraińskiej policji .W milczeniu,zerkając na boki zwijaliśmy namioty Słońce jednak było już wysoko, powiadomiona policja ,jakoś nie kwapiła się z przyjazdem .W końcu dałem osobnikowi , wyglądającego na przywódcę tej grupy młodzieży, który wyraźnie pobudzony cały czas chodził bez koszuli, eksponując swoją okazała muskulaturę – bilet wizytowy członka zarządu powiatu głubczyckiego i oświadczyłem ,że jak policja chce się czegoś od nas dowiedzieć ,to będziemy jej oczekiwać na najbliższym moście w Ujścieczku. ”
    Minął rok od tego zdarzenia i znowu wybrałem się na Ukrainę. Towarzyszył mi przybyły specjalnie na tę wyprawę z Kanady prawnuk Włodzimierza Dzieduszyckiego – Tadzio.
    Naszym głównym celem było dotarcie do Czarnolicy i Okna – miejscowości skąd wywodzili się przodkowie po mieczu Tadeusza. Za Haliczem skręciliśmy na Jezupol , potem katując po absolutnych bezdrożach Hyundaja którym wtedy jeździłem dotarliśmy do ruin zamczyska w Czernolicy i tam rozłożywszy się obiadowym biwakiem – ucięliśmy sobie pogawędkę z zaciekawionym naszym przybyciem autochtonem .
    Po wzmiance, iż w zeszłym roku płynąłem Dniestrem, nad którym rozłożona na wysokim brzegu jest Czernolica, przygodny nasz znajomy zawołał : ja znaju,znaju …. wtedy Michaił obrabował magazin w Chmielowej !
    No i okazało się, że właśnie ten przywódca- młodzian bez koszuli, który tak koło nas jak zwijaliśmy biwak w Chmielowej krążył, pokrzykując o policji – okazał się hersztem szajki, która włamała się do sklepu.