Poradnik genealoga amatora – część 2

93
Poradnik genealoga amatora

Pointą pierwszej części było zaproszenie do prowadzenia własnych badań genealogicznych, tych najbardziej specyficznych czy wręcz wyjątkowych, bo dotyczących rodzin, z których się wywodzimy. Jak je zatem prowadzić?

Czego szukamy?

Zanim zapukamy do bram instytucji udostępniających bezcenne dla nas dokumenty, musimy koniecznie przemyśleć kilka spraw podstawowych – w jakim kierunku chcemy rozwinąć badania, co chcemy przez nie osiągnąć, na jakie etapy je podzielimy, jaką ilością czasu dysponujemy. Dobrze prowadzone, mogą być – warto to podkreślić – przedłużane właściwie w nieskończoność (bez obaw zagubienia w materiale); zawsze przecież można posunąć się o krok dalej w kryteriach przeszukiwania dokumentów, zawsze też zostają niewyeksplorowane pola poszukiwań.

Tym niemniej założenie, że uda się odtworzyć niemal wszystko w krótkim czasie jest trudne do zrealizowania i stąd dobrze podzielić sobie pracę. W wariancie minimalnym możemy dążyć do odnalezienia informacji jedynie o naszych wstępnych (ascendentach) po mieczu, w maksymalnym – do wykrycia wszystkich w ogóle występujących w przeszłości naszych krewnych (co jest właściwie niewykonalne).

Osobiście na etapie początkowym polecałbym metodę pośrednią: uzupełniania tzw. pełnego wywodu ascendentów, a więc ukazującego wszystkich naszych przodków wzmiankowanych w źródłach, zatem i po mieczu i po kądzieli. Innymi słowy, tablica taka pokazuje naszych dziadów i babki, ich dziadów, babki, pradziadów, prababki itd. jak długo utrzymanie ciągłości jest możliwe (same tylko dokumenty XIX-wieczne pozwalają cofnąć się aż do 10 pokoleń wstecz). Wybór tej opcji umożliwia potem prowadzenie badań w najrozmaitszych kierunkach – można np. znalazłszy pierwszego historycznie poświadczonego przodka noszącego nasze nazwisko, przeszukiwać księgi i akta, by odtworzyć drzewo genealogiczne całej rodziny – wszystkich bądź niektórych jego potomków (wywód descendentów).

Niezależnie od przyjętego wariantu, przy tego rodzaju badaniach genealogia brana naukowo serwuje nam metodę retrogresji. Polega ona, w dużym uproszczeniu, na cofaniu się od czasów i pokoleń nam najbliższych do coraz dalszych, przez nieprzerwany (niestety nie zawsze) łańcuch dokumentów. Warto ją stosować, tylko ona bowiem pozwala nie pogubić się w natłoku osób i rodzin. Pamiętajmy, że w pokoleniu naszych pradziadów jest 8 osób, ale w pokoleniu ich pradziadów – już 64, w następnym 128 itd. I już nawet na tym etapie właściwie każda informacja jest nowa i niespodziewana.

Poza imionami i nazwiskami już nawet z najbardziej podstawowych dokumentów dowiadujemy się o zawodach i miejscach zamieszkania, rodzicach chrzestnych; w wypadku imigrantów nierzadko poznajemy miejsce pochodzenia. Dobór i ilość informacji i źródeł zależy w dużej mierze od grupy społecznej, ale nawet dla najbiedniejszych warstw cofnięcie się do II poi. XVIII w. z reguły nie nastręcza trudności. Większość zapaleńców dążących do zgłębienia rodzinnej genealogii rezygnuje, obawiając się konieczności podróżowania po odległych przecież często parafiach w poszukiwaniu pojedynczych dokumentów.

Jest jednak łatwiejszy sposób – akta stanu cywilnego, od których niewątpliwie należy rozpocząć poszukiwania, są dla większej części kraju przechowywane (duplikaty) w urzędach państwowych, zwłaszcza w archiwach. I tam właśnie należy skierować się, by prowadzić badania efektywniej i takiej. Nie można tylko zapomnieć o „barierze stu lat”. Wynika ona z funkcjonowania w polskim systemie prawnym ustawy o ochronie danych osobowych, a jej działanie sprowadza się w naszej dziedzinie do ograniczenia dostępu do danych personalnych zawartych w dokumentach tylko do wąskiego kręgu potomków osób występujących w aktach.

W związku z tym w archiwach nie należy spodziewać się ASC późniejszych niż 1905 r. Znajdują się one w każdej gminie, w Urzędach Stanu Cywilnego i stamtąd można łatwo je wydobyć, o ile jest się w stanie udowodnić swoje pokrewieństwo (prosić trzeba koniecznie o kserokopie akt, a nie o odpisy, bo pierwsze kosztują ok. 10 zł., a drugie są co najmniej dwa razy droższe). Dopiero, gdy w urzędzie nie ma dokumentów (i w innych przypadkach szczególnych), szukamy w parafiach.

Archiwa państwowe i urzędy stanu cywilnego nigdy nie dadzą nam tej wiedzy, którą możemy uzyskać od najstarszych członków naszych rodzin. Ich pamięć jest skarbcem, z którego należy czerpać możliwie najobficiej, nie pomijając żadnej informacji, szczególnie w obrębie dwóch-trzech pokoleń wstecz. I to nie idzie tylko o te punkty zaczepienia w XIX w., które umożliwią ominięcie etapu USC – równie ważne jest wypełnienie historii rodzinnej faktami i anegdotami, których w dokumentach nie znajdzie się nigdy.

Tylko nasi dziadkowie, ich rodzeństwo i kuzyni mogą pokazać nam fotografie sprzed stu lat, a co więcej zidentyfikować osoby na nich widoczne. Mogą wskazać miejsca, w których rodzili się ich rodzice, umierali dziadkowie itp. Zachowując zdrowy dystans w stosunku do co bardziej fantazyjnych opowieści, zwłaszcza dotyczących najstarszych dziejów familii, bezwzględnie należy zaufać wiedzy, która dotyczy najbliższego kręgu rodzinnego nam już nieznanego, ale przez starszych krewnych pamiętanego nader żywo. Jeżeli tradycję ustną potwierdzimy datami z USC, a w dodatku posiadamy przynajmniej orientacyjne punkty zaczepienia przed 1905 r. (wystarczy parafia i rok z tolerancją do kilku lat w obie strony) – wówczas możemy wyruszać do archiwum, kluczowego miejsca poszukiwań.

Czytaj dalej:

Poradnik genealoga amatora – częsć 1
Poradnik genealoga amatora – częsć 3
Poradnik genealoga amatora – częsć 4