Genealogią rodzinną zainteresowałem się stosunkowo późno bo dopiero pod siedemdziesiątkę. Wtedy dopiero zdałem sobie sprawę z ciążącego na mnie obowiązku przekazania w sztafecie pokoleń pałeczki moim wnuczkom i wnukom. Wraz z jej w miarę wiarygodnym opisem. Skąd biegniemy z pokolenia na pokolenie, z kim nas w przeszłości łączyły pokrewieństwa czy powinowactwa?

Stanisław Wodyński

Poszukiwania nagrodzone odkryciami, stały się wkrótce moją pasją. Po kilku latach historie rodzinne zaczęły się splatać w udokumentowane opowieści o tym kim byli nasi przodkowie. Z niektórymi protoplastami poszło bardzo łatwo, mogłem bowiem skorzystać z zapoczątkowanych przez nieżyjącego już brata żony ustaleń. Największą jednak trudność sprawiało mi rozstanie się z utrwalonymi w rodzinie przez całe dziesięciolecia genealogicznymi mitami. Takimi jak – parantela prababki Burskiej z książęcą rodzina Sanguszków, czy pochodzenie prapradziadka Wodyńskiego… z matecznika bardzo karmazynowego rodu o tym nazwisku z Wodyń. Nie udało się mi bowiem zweryfikować romantycznej opowieści o trzech braciach, którzy w wyniku perturbacji wojennych w XVII w. – wyruszyli z Mazowsza w świat.

Kiedy jednak dotarłem do wpisu z księgi zapowiedzi przedślubnych parafii i metryki ślubu moich dziadków w Nozdrzcu, a następnie do metryki chrztu mojego ojca w Grębowcu – wszystko stało się jasne i bez żadnych już wątpliwości połączyło moje korzenie – z zamieszkałą od XVI wieku w Dębowcu koło Jasła rodziną Wodyńskich. I tu zaczyna się mój galicyjski rodowód.

wodynski

wodynski

wodynski

Mój galicyjski rodowód

Według doktora Ryszarda Pankiewicza, który jest także moim kuzynem, najstarszy zapis nazwiska to: „Stanislaus Wodzinski występuje kilkakrotnie w Księgach Osobnickich: w 1584 jako nobilis, kilka spraw sadowych, dalej 1590/91 w towarzystwie Jana Mniszka starosty jasielskiego i krasnostawskiego określony jako jego urzędnik, dalej Mateusz Wodzinski dokonuje zapisu dla matki swojej i ojczyma Wojciecha w 1615 r., dalej w 1621 Stanislaus wodzinski dokonuje zapisu dla swojego brata Mateusza, w 1626 roku pracowity Stanislaus Wodinski (zmiana formy nazwiska) zapis dla Wodyński (w tekście mowa o nieboszczyku Grzegorzu Wodyńskim, który pożyczył pieniądze Janowi Kapanowskiemu, jeszcze raz 1732 r. Szymon Wodyński w sporze z Kapanowskim – córka Jana Kapanowskiego to synowa zmarłego Grzegorza Wodyńskiego.”

W swoim studium o Dębowcu kuzyn Ryszard pisał również iż „był znany z ksiąg sądowych Bartosz Xiążek alias Wodyński mieszkający w Dębowcu na początku XVIII w. oraz występujący w księgach metrykalnych Franciszek Wodzieński (następnie Wodziński, Wodeński i w końcu Wodyński), ojciec przynajmniej czworga dzieci urodzonych pomiędzy 1744 i 1756 r, dalej Jakub Wodyński (1722-1761) oraz jego syn Tomasz Wodeński (1755-1781) tudzież inny Tomasz Wodeński/Wodzyński(1728-1790) żonaty z Marianną Pawłowską.

Wywód genealogiczny po mieczu

W świetle dotychczasowych ustaleń jest bardzo prawdopodobne, iż jestem potomkiem, wielokrotnie występującego w księgach sądowyc, Sebastiana Wodeńskiego, później zwanego Wodyńskim, który żył w latach 1705-1765.

Był on trzykrotnie żonaty, lecz dopiero ze związku z Katarzyną (1707-1765) doczekał się dziewięciorga dzieci. Od jego 3 synów Jakuba (1739-1812), Wawrzyńca (1751-1822), a zwłaszcza Wojciecha (1742-1807), dwukrotnie żonatego, który z tych związków doczekał się dziesięciorga dzieci – wywodzą się praktycznie wszyscy dębowieccy Wodyńscy, w tym nasz prapradziadek, urodzony w 1742 r. Tomasz syn jego drugiej żony urodzonej w 1749 roku Marianny, córki moich odległych pradziadków: urodzonego w 1680 r. Jana Gabańskiego i jego, żyjącej w latach 1720-1790, małżonki Zofii.

Prapradziadek Tomasz, ożenił się, z żyjącą w latach 1785-1855 Marianną, córką żyjącego w latach 1720-1780 Michała Piątkiewicza i jego żony, żyjącej w latach 1753-1787 Magdaleny, której ojcem, a więc moim praprapradziadkiem, był Franciszek Czerkiewicz.

Z kolei, mój pradziadek, jak pamiętamy – syn Tomasza i Marianny – Grzegorz ożenił się Anną Ryznerską, córką Józefa (1782-1864) i Kunegundy Watulewicz (1786-1855). Z tego związku pochodzi mój dziadek, urodzony w 1854 r. w Dębowcu, a zmarły w 1916 r. w Sasowie k/Złoczowa Stanisław, który ożenił się w 1878 roku z babcią Heleną Gerasińską.

Daty urodzin i śmierci większości przodków podaję za wybitnym, a przy tym bardzo jeszcze młodym genealogiem – Karolem Wodyńskim, który jest wnukiem, wnuka brata, mojego pradziadka. Oprócz mojego dziadka Stanisława pradziadkowie mieli 5 synów: Bolesława, Kajetana, dwóch Janów, oraz Karola i córkę Józefę. Pradziadek Grzegorz miał również liczne rodzeństwo: Jana, Sebastiana, Bartłomieja, Ignacego, Jana, Józefa, Onufrego i jedyną siostrę Kunegundę po mężu – Wojtunik.

wodynski

Genealogiczne kądziele kądzieli

Najstarszym, jak dotąd przedstawicielem mojej genealogicznej kądzieli jest Paweł Watoliowicz (Watulewicz) żyjacy w II połowie XVIIw. ojciec mojego praprapradziadka Szymona, urodzonego najprawdopodobniej około 1670 roku, który z kolei był ojcem urodzonego w Dukli, około 1704 roku, a zmarłego 29 stycznia 1781 r. w Dębowcu praprapradziadka Józefa, ojca, urodzonego 19 lipca w Dębowcu w 1754 roku – Jakuba.

wodynski

Tenże praprapradziadek był dwukrotnie żonaty i miał liczne potomstwo – 7 synów: Józefa, Antoniego, Franciszka, Jakuba, Piotra, Wiktora, Feliksa i 4 córki: Franciszkę Pankiewicz, zmarłych w dzieciństwie Martynę, Elżbietę i moją praprababkę Kunegundę Ryznerską. Jakub zmarł 12 sierpnia 1833 roku w Dębowcu. Moją prapraprababką była pierwsza jego żona Małgorzata de domo Przybyłowicz. Co ciekawe, ich wnuczka Justyna, córka ich córki Franciszki, która wyszła za mąż za Antoniego Pankiewicza – połączyła rodową kądziel z moim genealogicznym mieczem, bo wyszła za mąż za Ignacego Wodyńskiego, brata mojego pradziadka Grzegorza, syna Tomasza i Marianny córki Michała i Magdaleny Piątkiewiczów. Prapraprababka Magdalena była zaś córką Franciszka Czerkiewicza i na nim ta kądziel się kończy. Tak samo jest z rodziną Ryznerskich konczącą się na zmarłym 6 lutego 1864 roku w Dębowcu prapradziadku Józefie.

Genealogia duchowna

Ozdobą każdego rodu są artyści, duchowni, oficerowie, lekarze, społecznicy, albo naukowcy. To oni blaskiem swoich biografii oświetlają mroki dziejów, w którym przyszło im żyć, ułatwiając przy tym genealogiczne poszukiwania.
Dotąd udało się mi ustalić pokrewieństwo z licznymi katolickimi kapłanami, działającymi w Galicji. Rozpoczynam ten wywód, od osoby duchownej mnie i mojemu potomstwu najbliższej, to jest, od brata mojego dziadka – ks. Bolesława Wodyńskiego proboszcza w parafiach Nozdrzec a później w Zaleszanach, syna moich pradziadków Grzegorza i Anny z Ryznerskich, który urodził się 25 maja 1846 r. w Dębowcu.

wodynski

Do szkoły średniej uczęszczał on na początku w Tarnowie a później w Rzeszowie. Po studiach w Seminarium Duchownym w Przemyślu w 1870 r. przyjął święcenia kapłańskie z rąk arcybiskupa Wierzchleskiego we Lwowie. Jako wikary pracował w Sokołowie i Leżajsku, a następnie w Nozdrzcu, gdzie po śmierci tamtejszego proboszcza, swojego wuja ks. Walentego Ryznerskiego – od 1878 r. kierował tą parafią przez kolejnych 10 lat. 23 maja 1888 r. objął urząd proboszcza w parafii zaleszańskiej. Z jego posługą kapłańską w Nozdrzcu i w Zaleszanach związane są dokumenty o których wyżej pisałem.

wodynski

Zaraz po nim wymieniam jego wuja, brata mojej prababki Anny z domu Ryznerskiej, syna prapradziadków Józefa i Kunegundy z Watulewiczów Ryznerskich – urodzonego w Dębowcu w 1819 r. a zmarłego w 1877 r. ks. Walentego Ryznerskiego, proboszcza wspomnianej już parafii Nozdrzec.

wodynski

Przez długi czas pozostawał genealogiczną zagadką inny kapłan o tym nazwisku, ks. Hipolit Ryznerski, wikary w latach 1864- 1871 w Krościenku Wyżnym, a następnie proboszcz w parafii Kobylanka, gdzie zmarł w 1902 roku.

Jednak dzięki obecnemu proboszczowi Sanktuarium w Kobylance ks. Romanowi Gierkowi udało się mi go połączyć z prapradziadkami Józefem i Kunegundą z Watulewiczów Ryznerskimi, okazało się, że był ich wnukiem, synem Ignacego i Teresy de domo Donat Ryznerskich.
Następnie, w rodzinnym panteonie wielebnych umieszczam, urodzonego 16 czerwca 1782 r. ks. Piotra Wodyńskiego. Był on bratem prapradziadka Tomasza.

Praprapradziadek po kądzieli – Jakub Watulewicz – był nie tylko moim przodkiem, ale także dziadkiem i pradziadkiem kilku księży.
Najstarszym z nich był – ks. Antoni Watulewicz, syn Jakuba Jr. który urodził się 4 V 1839 w Dębowcu. Szkołę podstawową ukończył w parafii rodzinnej, gimnazjum w Tarnowie. Tutaj też studiował teologię i 20 VII 1864 przyjął święcenia kapłańskie z rąk bpa J.A. Pukalskiego.
Od 22 VII 1864 pracował jako wikary w Łękach Górnych, od 8 V 1865 w Andrychowie, od 22 II 1868 w Łososinie Dolnej, od 14 V 1868 w Tuchowie, od 28 VI I I 1871 w Oświęcimiu. 11 XI 1874 został proboszczem w Ciężkowicach. Przeprowadził gruntowny remont plebani, budynków gospodarczych i kościoła. Niebawem jednak zawaliła się wieża, niszcząc bardzo budynek kościelny. Starożytnego kościoła nie udało się odremontować mimo podejmowanych przez proboszcza starań i zabiegów. Uniemożliwiła to również choroba i kalectwo (amputacja obydwóch nóg).
Od 2 VI 1887 pełnił obowiązki notariusza dekanatu bobowskiego, od 1 V 1893 był dziekanem tego dekanatu. Zmarł nagle 3 VI 1895. Pochowany na cmentarzu w Ciężkowicach.

Kolejnymi mężami świątobliwymi, wywodzącymi się, z tej rodziny byli – poseł z listy endecji I Kadencji Sejmu R.P. ks.Józef Watulewicz:

„Ks. Józef Watulewicz urodził się 22 lutego 1868 roku w Dębowcu w rodzinie kupca domokrążnego. Uczył się w gimnazjum w Jaśle i Samborze, gdzie jego brat Aleksy, fundator bursy gimnazjalnej, był katechetą. W 1891 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Pierwsze lata kapłańskie pracował w Lubeni i Samborze na stanowisku wikariusza parafialnego.
W latach 1898-1940 pełnił urząd proboszcza parafii w Felsztynie, gdzie zasłynął w całej okolicy ze swej działalności religijnej i patriotycznej. Po śmierci ktoś napisał o ks. Watulewiczu: „Plebania była oddalona od kościoła i szkoły przeszło 2 km. Drogę tę proboszcz odbywał codziennie przynajmniej 2 razy, tak że jak obliczył siostrzeniec jego profesor geografii na uniwersytecie w Poznaniu Pawłowski, przebył przeszło 3,5 razy równik ziemski”.

wodynski

wodynski

Ksiądz Józef Watulewicz 1868 – 1953

wodynski

i jego, starszy brat, pochowany w Samborze ks. Aleksy Watulewicz 1849-1924.

wodynski

Księdzem też był ich siostrzeniec, syn ich siostry Apolonii ur. W 1875 r. ks. Feliks Pawłowski, proboszcz w Czyszkach, Nowosielcach, Kańczudze i Brzyskach k. Jasła, który osiadł w 1937r. na emeryturze w swoim domu w Krościenku na tzw. Jarku. W czasie II wojny był więźniem oflagów na terenie Niemiec oraz obozów w Auschwitz i Buchenwaldzie. Jako jedyny z aresztowanych członków rodziny Pawłowskich przeżył wojnę. Zmarł w 1953 r., został pochowany na cmentarzu w Krościenku.

W rodzinie innego brata pradziadka Grzegorza – Sebastiana Wodyńskiego, ujawniło się również bardzo silne powołanie do służby Bogu. Księdzem bowiem został jego wnuk, syn jego córki Zofii – ks. Ignacy Łonicki. Zaś jej córka – Maria Łonicka, wyszła za mąż za Wojciecha Szubargę, owocem tego związku był ks. Jan Szubarga, zaś bratem Wojciecha był Ignacy Antoni, ojciec księdza, którego nawet poznałem we wczesnym dzieciństwie – Władysława Szubargi, wieloletniego proboszcza w Pysznicy.

wodynski

Księża Jan i Władysław Szubargowie i alumn Feliks Wodyński

wodynski

Ks.Władysław Szubarga z kuzynami Janem i Adamem Wodyńskimi

wodynski

Tak wyglądał, gęsto ozdobiony koloratkami – mój rodowód.

Genealogia artystyczna

Najwybitniejszymi zaś artystami w rodzinie byli stryj Józef i Jan, który był wnukiem brata pradziadka oraz kuzyn ojca Bolesław Kudewicz.

Józef Maciej Wodyński

Pierwszą wzmiankę o, bądź co bądź sławnym stryju znalazłem na stronie liceum, będącego spadkobiercą tradycji gimnazjum w Rzeszowie, w spisie osób związanych ze szkołą, napisano: „Józef Wodyński, uczeń. (1895/96 – 1896/97, kl. I – II), malarz, portrecista, pejzażysta, mieszkał w Łańcucie, malował polichromie kościelne, portrety, m.in. rodziny Potockich w Łańcucie.”

wodynski

Stryj Józef, po nauce w rzeszowskim gimnazjum, rozpoczął studia w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych – w pracowni Jana Stanisławskiego, następnie u Juliana Fałata i Józefa Mehoffera.

wodynski

Miał już blisko 30 lat, kiedy po kilkuletnich artystycznych wojażach po Europie wrócił do kraju – do Krakowa, w którym to w 1914 roku zadebiutował w reanimowanym po dłuższej przerwie przez Syndykat Dziennikarzy – Teatrze Ludowym. Pierwsze scenografie wykonywał, wspólnie ze swoim, starszym od niego, o 3 lata kolegą ze studiów w krakowskiej Akademii – Wincentym Drabikiem.
W atmosferze powszechnej migracji, jaka zapanowała, na początku I Wojny światowej, w 1915 roku wyjechał do Kijowa, gdzie, przez 3 lata pracował w Teatrze Polskim pod dyrekcją Stanisławy Wysockiej i Kazimierza Markiewicza, jednocześnie udzielając się w środowisku tamtejszej Polonii, jako nauczyciel rysunku, scenograf teatrów amatorskich. W 1918, pod sam koniec wojny przyjeżdża do Lwowa, gdzie w tamtejszym Teatrze Miejskim opracowuje scenografię do głośnych wtedy spektakli „Królowej Korony Polskiej”, „Polityki”, „Wąsów i peruki” oraz „Saula króla”, a w 1920 do spektaklu „Erosa i Psyche” w reżyserii Ludomira Różyckiego.

wodynski

wodynski

wodynski

fot: Lwów 1919: narada przed wystawieniem nowej opery,
od lewej dyrygent Grzegorz Fitelberg, kompozytor Ludomir Różycki, scenograf Józef Wodyński, reżyser Adolf Popławski.

Jednocześnie dużo maluje, wystawia – co zostaje odnotowane w „Przeglądzie sztuki polskiej” z 1920 roku Władysława Kozickiego: „Z młodszych malarzy lwowskich talent niepośledniej wartości wykazali Włodzimierz Błocki i Józef Wodyński.”

wodynski

Na fali odniesionych we Lwowie sukcesów przenosi się do Warszawy, gdzie zostaje zaangażowany jako scenograf w Teatrze Rozmaitości, oraz w Teatrze Wielkim.

wodynski

15 lipca 1920 poślubił w Warszawie artystkę dramatyczną Janinę Struszkiewiczówną. Świadkiem ich ślubu był Wincenty Drabik.

wodynski

Akt ślubu stryja

Potem znowu wraca do Lwowa. We Lwowie, w 1922 r. urodziła się im córka Danuta, późniejsza wybitna aktorka teatralna i filmowa, profesor PWST w Warszawie.

wodynski

Na kolejny sezon teatralny wraca do Warszawy gdzie został zaangażowany do Teatru Wielkiego, Teatru Reduta, Teatru. im. Bogusławskiego. Jednocześnie, wspólnie, z kuzynem ze strony matki, malarzem Bolesławem Kudewiczem. (1887-1957) wykonywał dla Teatru Miejskiego w Łodzi scenografię do licznych przedstawień (m.in. do „Dziadów wileńskich” i „Cyda”), a także – w Teatrze Żydowskim ozdobił scenografią słynne przedstawienie, grane w języku jidisz: „Dybuka.

Józef Wodyński aktywnie udzielał się w środowisku artystycznym, był lubiany i popularny. Według Jana Lorentowicza był to,,zdolny malarz i pomysłowy inscenizator”, a jego prace to „dobrze skonstruowane i rozplanowane obrazy, skąpane w barwach gorących, miłe dla oka”, choć „niekiedy przeładowane zbędnymi szczegółami”. Współpraca z Wincentym Drabikiem spowodowała, że początkowo przejął wiele z jego techniki malarskiej, jednak później usamodzielnił się.

wodynski

wodynski

wodynski

Podczas okupacji niemieckiej, do czasu wybuchu powstania warszawskiego mieszkał w stolicy, pracując w założonej przez artystów spółdzielni „Zachęta”. Po kapitulacji powstania zostaje przez Niemców – sześćdziesięcioletni artysta, wraz z córką Danutą przewieziony do obozu w Pruszkowie, a następnie wywieziony do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Niszcząc Warszawę, Niemcy spalili jego pracownię, spłonęło wtedy wiele jego obrazów, przepadł bezpowrotnie dotychczasowy dorobek, wraz z biblioteką i licznymi kolekcjami. Po wyzwoleniu obozu na krótko zamieszkał w Krakowie. Wtedy spotkał się z moim ojcem i wykonał jego portret. Jest to jedyna pamiątka po stryju, która towarzyszy mi przez całe życie. Portret zmarłego, kiedy miałem 10 lat – ojca. Obraz ten, jest dla mnie prawdziwą relikwią, kumuluje w sobie nie tylko talent artystyczny stryja, którego nie znałem, ale również bezmiar mojej tęsknoty po utracie osoby mi najbliższej, którą tak wcześnie utraciłem.

wodynski

Z tego okresu zachował się też jego autoportret, na którym widać przebyte, dramatyczne doświadczenia heroicznej walki Powstania, okrucieństwo Niemców, którzy osadzili stryja, starszego już przecież człowieka w najstraszliwszym z miejsc masowej zagłady.

wodynski

Osamotniony, podzielił tułaczy los, tych którzy wszystko utracili i zostali wypędzeni. Wyjechał do Polanicy Zdroju, koło Kłodzka, w którym wcześniej osiedlił się jego kuzyn Bolesław Kudewicz. Planowali widocznie wspierać się nawzajem w tych trudnych chwilach. Niedaleko też Polanicy zamieszkały, wraz z rodzinami jego siostry, najstarsza, Helena Bakaj w Tłumaczowie, tuż przy granicy z Czechami, a najmłodsza ze wszystkich dzieci dziadków Walentyna gospodarowała wraz mężem Kazimierzem Dumiczem – w oddalonej od Polanicy o 30 km Ścinawce Średniej. Niestety- 2 lutego 1947 roku stryj Józef, podczas taskania z piwnicy wiaderka węgla doznał zawału serca. Umarł. Został pochowany na tamtejszym cmentarzu.

Jan Wodyński

Był wnukiem, brata mojego pradziadka Grzegorza – Onufrego Wodyńskiego. Urodził się 31 lipca 1903 r. w Jaśle, zm. 23 czerwca 1988 w Warszawie. Ukończył Gimnazjum w Jaśle, a następnie studiował w latach 1923–1928 w pracowni Wojciecha Weissa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Studiował także w Warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych oraz na uczelniach we Francji i Włoszech.

wodynski

Jan Ignacy Wodyński

wodynski

Był współzałożycielem i członkiem grupy Pryzmat, funkcjonującej w latach 1928-1939. Od 1937 do 1939 roku pracował jako asystent profesora Felicjana Kowarskiego w SSP w Warszawie. Po wojnie brał udział w organizacji Szkoły Sztuk Plastycznych w Katowicach. Od 1 października 1945 do 1946 roku pracował na stanowisku profesora nadzwyczajnego w Katedrze Malarstwa Dekoracyjnego na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

W latach 1947–1953 był wykładowcą Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku (obecnie: Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku), gdzie prowadził pracownię malarstwa na Wydziale Malarstwa. W latach 1949-1950 piastował funkcję rektora, a od 1950 do 1951 roku dziekana Wydziału Malarstwa. Od 1961 do przejścia na emeryturę w 1972 roku pracował w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

wodynski
Znałem go dosyć dobrze, miał bowiem Jan do mnie sentyment, podkreślał zawsze przy każdym spotkaniu, że w 1944 r. w Jaśle brał mnie na ręce, kiedy miałem zaledwie rok. Moi bowiem rodzice,uciekając ze Złoczowa,przed zbliżająca się Armia Czerwona, która oprócz “wyzwolenia”, niosła ze sobą groźbę wywózki na Sybir, albo do Kazachstanu – schronili się w Grudnej Kępskiej niedaleko przecież Jasła, w którym mieszkali liczni ojca kuzyni i w tym czasie przebywał również tam Jan. Wtedy, jak mówił… poznaliśmy się. Interesował się moją twórczością, był człowiekiem bardzo pogodnym, uwielbianym przez swoich studentów. Często, kiedy włóczyłem się autostopem po Polsce, w swoim mieszkaniu przy ul. Karowej w Warszawie – udzielał mi gościny. Spałem wtedy w jego przeszklonej pracowni, pośród blejtramów i niedokończonych obrazów, odurzony zapachami farb i pokostów. Jak wychodziłem to, wręczał mi pieniądze, zasilające poważnie mój skromny budżet wędrowca. Znalem też jego brata Adama, obaj mieli poczucie więzi ze mną rodzinnej. Zmarł 23 czerwca 1988 r. w Warszawie, został pochowany na Cmentarzu na Powązkach.

Bolesław Kudewicz

Artysta malarz, scenograf. Był synem brata męża, siostry mojej babki. Urodził się we Lwowie w 1887 r. jego rodzicami Julian i Antonina z Zaaków Kudewiczowie.

wodynski

Początkowo uczył się we Lwowie w szkole malarstwa Stanisława Kaczora Batowskiego. Następnie studiował w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych[1] u Stanisława Dębickiego i Jacka Malczewskiego. Po I wojnie światowej uczył rysunku w Krzemieńcu. Pracował jako scenograf w teatrach we Lwowie, Lublinie i Krakowie.

Współpracował w wykonywaniu scenografii ze swoim kuzynem Józefem Wodyńskim. W 1925 i 1931 roku wyjeżdżał do Francji, a w latach 1928 i 1935 do Włoch. W latach 1923-26 był scenografem i kierownikiem działu dekoracyjnego w Teatrze Miejskim w Łodzi, w 1926 pracował w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie, natomiast w okresie 1926-1929 w Teatrze Miejskich we Lwowie, w sezonie 1935/36 ponownie w Teatrze Miejskim w Łodzi. Opracował scenografię m.in. do przedstawień takich jak: „Akropolis” (Kraków), „Cyd” (Łódź 1924) i wielu, wielu innych.

wodynski

„Cyd” (Łódź 1924)

Projektował również tkaniny i plakaty. Wspólnie z Władysławem Strzemińskim i Karolem Hillerem uczył w 1932 roku na kursach malarskich dla rzemieślników rysunku, perspektywy, estetyki wnętrz, kostiumologii malarstwa teatralnego i kompozycji mebli. W czasie II wojny światowej przebywał we Lwowie i Kamieńcu Podolskim.W 1946 roku mieszkał krótko w Krakowie, a następnie osiadł w Kłodzku. Brał udział w wystawach w krakowskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w latach 1912 i 1928, we Lwowie w 1913 i 1917 roku oraz w Łodzi w roku 1924 w Miejskiej Galerii Sztuki i 1926 w wystawie Grupy Łodzian. Malował pejzaże, martwe natury i portrety. Był wziętym i płodnym malarzem, pozostawił po sobie wiele obrazów, które również i dzisiaj osiągają na akcjach sztuki niezłe ceny.

wodynski

Z opowieści rodzinnych o nim wynika, iż wuj był pogodnym, lubiącym zabawy człowiekiem bez reszty skupionym na tym co jako artysta robił. Nie założył rodziny, ale wokół niego „kręciły” się, jego kuzynki, córki brata matki i mojej babki Feliksa – panny Gerasińskie. Jako młody chłopiec kilkakrotnie, podczas wakacji spędzanych na wsi, koło Kłodzka, gdzie mieszkała siostra mojego ojca Walentyna – odwiedzałem wuja Bolka w jego pracowni. Mieszkał z bratem Zdzisławem w pięknej wilii, do której szło się dobrze pod górę, na końcu miasta w stronę Złotego Potoku.

Wschodnia gałąź Wodyńskich z Dębowca

Wracając jednak do galicyjskiego wywodu, który przerwałem duchownymi i artystycznymi dygresjami, swoją uwagę kieruję na dziadka Stanisława i babcię Helenę Anielę z domu jak pamiętamy Gerasińską. Tu mam bowiem jeszcze sporo do odkrycia, ale próbuję jednak – na podstawie niestety niewielu danych ich z przeszłości wywołać. Jedyna, jak na razie pomocą są, zamieszczone na samym początku mojego rodowodu wypisy z ksiąg parafialnych, a także bardzo stara fotografia na której widać babcię Helenę wraz z siostrą, w otoczeniu osób, które udało się mi się chyba rozszyfrować.

wodynski

Towarzystwo widziane na zdjęciu, które przesyła dziadkowi przebywającemu w Jasionowie koło Zabłociec pozdrowienia to zapewne, siostra Jana Kudewicza – Karolina, jego stryj ks. Bolesław, jego szwagier, brat żony Heleny – Feliks Gerasiński( ten w mundurku ), zacna matrona, to pewnie matka Heleny i Marianny, ze służącą – Katarzyna z Lepiankowiczów Gerasinska. Siedzą na pierwszym planie od lewej, pewnie Jan Kudewicz, starszy o 4 lata od dziadka restauratora ze Lwowa, obok niego jego żona, siostra babci Marianna, no i babcia, która jest na tym zdjęciu bardzo podobna do mojej siostry, a swojej wnuczki.

wodynski

odwrotna strona fotografii

Zdjęcie bez wątpienia wykonano w Dębowcu, gdzieś około 1880 r.

„To miejsce jeszcze kilkadziesiąt lat temu  leżało poza obrębem zabudowy. Dębowiec w tym miejscu kończył się na zabudowaniach klasztornych, parku podworskim i na nielicznych domach po przeciwnej stronie drogi.  Rozbudowa miejscowości w tym kierunku  określana była „ na nowym świecie” i ta nazwa przetrwała. Obecna zabudowa dawno przekroczyła stare rozstaje dróg, gdzie od niepamiętnych czasów stoi duża kapliczka „Mikołajek”. Jej powstanie  datowane jest  nawet na XVIII w. Najstarsze zdjęcia i przekazy sytuują ją pod okazałym dębem. Od początku była budowlą  kamienną, lepioną i bieloną. Czterospadowy  dach kryty był gontem.
Jej nazwa pochodzi od znajdującej się tu prawdopodobnie od początku istnienia  w jednej z górnych nisz figury św. Mikołaja. Przekazy nie mówią o sobie fundatora. Wiadomo jedynie, że z czasem należała do Pankiewiczów a później  Wodyńskich. Obecny swój wygląd kapliczka zawdzięcza remontowi z lat 70. XX w, który całkowicie zatarł poprzedni stan zewnętrzny. Pokrywa ją malowany na biało tynk, gont zamieniono na blachę. Nie ma też dębu, pod którym zawsze stała, nie ma starych figur z trzech  górnych  nisz – św. Mikołaja,  Jana Ewangelisty i Marii Magdaleny, skradzionych  zapewne przez  wielbicieli przydrożnych świątków po II wojnie. Zastąpiły je nowe, ludowe. Nie ma obrazu MB Częstochowskiej w dolnej, oszklonej niszy. W jej miejsce powieszono obraz MB Saletyńskiej. Nikt też już nie gromadzi się przy niej w majowe wieczory.”

wodynski

Wycinek zaś z „Kuriera Lwowskiego” w dobrym świetle przedstawia mojego dziadka Stanisława.

wodynski

Babcia była córką Feliksa i Katarzyny z Lepiankiewiczów Gerasińskich. Przenosząc się z miejsca na miejsce – dziadkowie doczekali się licznego potomstwa. Urodzonych w Pawłokomie córek Heleny i Wandy, synów Józefa, Władysława, Adama, Zdzisława. Urodzonych w Grębowie synów Stanisława, Mariana i zmarłego we wczesnym dzieciństwie Marcina. Najmłodsza zaś z dzieci córka Walentyna urodziła się w Podhorcach. Dziadek nabył bowiem tam folwark zwany Owczarnią lub Zwierzyńcem.

wodynski

wodynski

Mój ojciec i pracownicy cegielni – siedzi w środku grupy.

Przy folwarku była również kaflarnia z cegielnią. Dziadek Stanisław został, pod koniec I Wojny Światowej wysiedlony przez wojska austriackie do Sasowa i tam zmarł.

wodynski

Mój ojciec, po powrocie z I Wojny Światowej, podczas której, służył w C.K. armii i brał udział w działaniach wojennych na Bałkanach, po skończeniu szkoły rolniczej i po odbyciu praktyk, związał swoją przyszłość z rodziną Cieńskich. Początkowo jako kierownik tartaku, następnie jako administrator majątku w Pieniakach.

wodynski

Siostry ojca powychodziły za mąż: Wanda za kierownika gorzelni w Pieniakach Michała Wolanina, Walentyna – za właściciela młyna Kazimierza Dumicza, a najstarsza Helena, za Rusina Bazylego Bakaja, pochodzącego z nieodległych od Podhorców przysiółka Bakajów. Bracia zaś, poza jednym – poszli w świat. Władysław był górnikiem, stryj Junek – wybitnym scenografem, artystą malarzem Zdzisław był mechanikiem we Lwowie, Marian – wojskowym. A w folwarku dziadków w Podhorcach Owczarni gospodarował stryj – Adam.

wodynski

Stanisław Wodyński, czyli ja

Ja zaś, urodziłem się w Złoczowie – w mieście położonym w magicznej krainie przedwojennej Polski, która raptem stała się ZSRR. Tym stygmatem naznaczone były bowiem wszystkie moje dokumenty. Odtworzona metryka urodzenia, świadectwa szkolne, akt ślubu cywilnego, personalne wpisy w moim najwcześniejszym zakładzie pracy jakim był szpital psychiatryczny i inne identyfikujące mnie dane. Wykaligrafowany ręką gminnego urzędnika czarnym tuszem ZSRR – pierwszy rzucał się w oczy w moim dowodzie osobistym. U niektórych wzbudzał odruch sympatii, a u innych zapalał światełko ostrzegawcze nieufności. Tak było przez całe lata, aż do chwili kiedy wymieniłem dokument tożsamości w wolnej już Polsce … ZSRR zniknął! Nie było go… i wszyscy dookoła w urzędach udawali, że go moim życiu w ogóle nie było. Ja jednak miałem głęboko w sobie zakodowane, jako miejsce mojego przyjścia na świat – Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Nazwę powszechnie w moim środowisku znienawidzoną. Planetę zła,” Imperium szatana”. Kraju Rad, który w wyniku zmowy jałtańskiej – zaciążył na mojej biografii, biurokratycznym tatuażem paskudząc wszystko owym ZSRR. Wzorując się na słoniach które ponoć przed padnięciem wyruszają w wędrówkę do miejsca swojego urodzenia, żeby tam pozostawić swoje kły – też poczułem instynktowny pęd do wędrówki – w górę rzeki, ku źródłom skąd się wziął mój początek tam hen, gdzie Seret zaczyna swój bieg, wypływając u podnóża Woroniaków.

Z pasją, raz, dwa razy do roku zacząłem jeździć na Ukrainę. Zależało mi przede wszystkim na odnalezieniu śladów po tych, którzy wcześniej tam mieszkali, a których już dawno nie ma. Zadania nie miałem łatwego bo pozbawiony byłem wskazówek od najbliższych, ale im człowiek jest starszy, tym chętniej zagłębia się w przeszłość. Projektorem pamięci  wyświetla sceny ze swego życia, przywołuje do istnienia wizerunki osób najbliższych. Klatki wspomnień są już wprawdzie wyblakłe, niekiedy trzeba je mozolnie sklejać, nawet fabułę zmieniać jeśli odnajdzie się coś, co pozwala, a nawet zmusza do nowego spojrzenia na to, co nam się wydawało znane dotąd z osobistego doświadczenia. Moje dzieciństwo, od samego początku było naznaczone przyciszonymi rozmowami rodziców, odwiedzinami nieznanych nam osób, które albo były dalszymi krewnymi, powinowatymi albo uczennicami mamy, i w drodze na Ziemie Odzyskane, jak wtedy się mówiło, pojawiały się w naszym mieszkaniu w Wadowicach. Miałem ja i moje siostry jak najmniej wiedzieć. Nie pytać, nie dociekać.

wodynski

Potem ojciec umarł. Osamotniona matka – z trójką małych dzieci, rzucona przez zawieruchę wojenną w zupełnie obce środowisko -wymazała z pamięci wszystko to co już było, to co się w socjalistycznej rzeczywistości już nie liczyło, było, minęło,nie wróci.
Liczyła się tylko walka o każdy dzień następny, o teraźniejszość. Jak przetrwać, nakarmić, ubrać, potem jak nas wykształcić.

Zabroniono mamie, absolwentce  Seminarium Nauczycielskiego we Lwowie  pracować w szkole, zmuszono ją  do mycia podłóg w szpitalu, dając jej posadę portiera. Uprawnienia emerytalne  uzyskała mama jak miała 75  lat, wcześniejsza jej praca w II R.P. się nie liczyła.

Uciekając w 1944 r. przed okropnościami wojny, aktów ludobójstwa popełnianych przez ukraińskich nacjonalistów, przesuwającego się ze Wschodu frontu – nie opuściliśmy jednak Galicji. Osiedliliśmy się w Wadowicach.

W tym najbardziej galicyjskim ze wszystkich galicyjskich miejscowości mieście. Mieście Papieża Polaka, świętego Rafała Kalinowskiego i poety Emila Zegadłowicza. Myślę, że los wynagrodził mnie i moim rodzicom dramat wypędzenia i w sposób szczególny uprzywilejował. Zacząłem bowiem kroczyć śladami świętych.
Jak dziś pamiętam, że „idę, prowadzony przez śp. mamę do przedszkola – ochronki Sióstr Nazaretanek, gdzie wita mnie siostra Filotea, wychowawczyni całych pokoleń małych brzdąców. Za orkiestrą, poprzedzającą maszerujących w niedzielę do kościoła żołnierzy, drepczę wraz z rodzicami i siostrami pod górę, na Karmel do Sanktuarium Św. Józefa. Wtedy ojciec Rafał, Józef Kalinowski nie był jeszcze ogłoszony świętym, ale kult tego byłego powstańca Powstania Styczniowego, przeora klasztorów oo. Karmelitów Bosych w Wadowicach i Czernej – zataczał coraz szersze kręgi.

Na Msze Święte, jak za czasów Lolka Wojtyły chodziło się do sąsiadującej z kościołem parafialnym kaplicy w Domu Katolickim. Była to właściwie sala teatralna ze skromnym, ustawionym pośrodku sceny Ołtarzem. Odprawiana była tam, co tydzień Msza dla młodzieży licealnej i studentów przyjeżdżających na niedzielę do domu. Celebransem był zazwyczaj ks. dr Edward Zacher, katecheta Karola Wojtyły. Uczęszczałem do gmachu wadowickiego gimnazjum, tak osobliwie opisanego w „Zmorach” przez Emila Zegadłowicza. W liceum, jeszcze za moich czasów, wykładali przedwojenni profesorowie: poloniści Kazimierz Foryś, prof. Raimanowa, romanistka Helena Rokowska. Fizyki uczył mnie prof. Putyra, który mieszkał w dawnym mieszkaniu Wojtyłów. Znałem kolegów Papieża Polaka z klasy maturalnej: Siłkowskiego, Piotrowskiego, Bieniasza, Gajczaka. Tak jak Ojciec Święty wspinałem się wielokrotnie na Leskowiec, ulubiony przez Niego i jego ojca szczyt w Beskidzie Małym.”

Początkowo mieszkaliśmy przy ulicy Zatorskiej, na samym końcu miasta, w domu, należącym do Foltinów, w którym wcześniej mieszkali OO. Karmelici, ze świętym Rafałem Kalinowskim.

Potem rodzice przeprowadzili się na ulice Trybunalską nr 10. Ojciec pracował jako prezes zarządu PZGS. Był świetnym organizatorem sieci handlu wiejskiego, a także zakładał w okolicy stawy rybne. Był bardzo popularny, prezesował społecznie klubowi piłkarskiemu „Kolejarz”, a także kołu łowieckiemu. Zmarł w 1952 r. Po jego śmierci Mama podjęła pracę w szpitalu, skąd odeszła na emeryturę. Zmarła w 1988 roku. Pochowani są na wadowickim cmentarzu. Na nagrobnej tablicy widnieje napis wypędzeni, prześladowani – żyli godnie.