W naszych, poturbowanych perypetiami wojennymi rodzinach tylko matka żony była skłonna do genealogicznych wynurzeń. Mój ojciec umarł młodo, a Mama, pogrążona w trwającej cztery dziesięciolecia żałobie, niechętnie wracała do wspomnień. Teść, zaś – przekonany o świetności swojej rodziny – skupiony był na poszukiwaniu paranteli z książętami Sanguszko.

Maria Leonia Grodecka

grodecka

Teściowa Maria Leonia ze Strycharzewskich Grodecka, z nabożną systematycznością prowadząc córkę za rękę, kiedy ta była jeszcze dzieckiem – odwiedzała wraz z nią cmentarz na warszawskich Powązkach. Zapalając świeczki na grobach Maria Leonia Grodecka rzucała nazwiskami kuzynek i kuzynów, którzy genealogicznie dopiero teraz się wychynęli z metryk, często pisanych cyrylicą – z informacji przeczytanych w starych gazetach i z pożółkłych fotografii.

Wcześniej bowiem ich powiązania były tylko z góry akceptowane stwierdzeniem, że to jest jej rodzina i już…

W tym galimatiasie wspomnień matki żony kryły się tropy, które prowadziły mnie do znanych, stołecznych rodów Peretjatkowiczów, Papich, Geysmerów, Gałązowskich i innych, a także do, wybitnego artysty plastyka i wychowawcy wielu innych artystów – prof. Adama Rychtarskiego, a nawet do duńskiej malarki Elżbiety Annę Marii Jerichau-Baumann.

Elżbieta Baumann Jerichau

grodecka

Autorka m.in. portretów Jana Ch. Andersena, braci Grim, którzy nawet figurują na tamtejszych banknotach i wielu, innych wizerunków znanych osób.

grodecka

Elżbieta Baumann Jerichau urodziła się 27 listopada 1818 r. w Warszawie na Żoliborzu. W wieku dziewiętnastu lat rozpoczęła studia malarskie w Düsseldorfie. W następnym roku przeniosła się do Rzymu, gdzie poznała swojego przyszłego męża, Jensa Adolfa Jerichau, którego poślubiła w roku 1846. W roku 1849 zamieszkali w Kopenhadze, gdzie Jens Adolf Jerichau został profesorem Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Była matką dziewięciorga dzieci: Harald Thorald Adolph Lorentz (1848), Marie (1850), Harald (1851), Carolina Elisabeth Nanny (1853), Luise (1859), Sophie Dagmar Elisabeth (1859), Holger Hvitfeldt (1861). Dwoje z nich: Harald i Holger zostało malarzami. Umarła w roku 1881, w wieku 62 lat. Cały czas czuła się Polką! A jej powinowactwo z naszymi dziećmi ujawniło się wraz z odkryciem dokumentów pozwalających dodać – samotnej dotąd – prababce żony Honoracie Bigoszewskiej brata Romana Rychtarskiego.

grodecka

Metryka urodzin brata prababki Honoraty

grodecka

Roman ożenił się z Marią Geysmer, córką Marii Ludwiki Geysmer de domo Papi.

grodecka

Teściowa Romana Rychtarskiego

grodecka

grodecka

grodecka

Grobowiec w którym spoczywa: żona Romana, jego syn i teściowa

Brat zaś teściowej Romana – Jan Papi miał za żonę Teodozję Konstancję z domu Gałązowską.

grodecka

Jej z kolei rodzicami byli Tomasz Gałęzowski i Magdalena Gotti.
Bratem zaś matki Magdaleny był Józef Gotti – handlarz winami i współwłaściciel fabryki kart „Baumann i Gotti” w Warszawie.

grodecka

Kurier Warszawski 1821

Wspólnik tego interesu, Baumann – był zarazem jego szwagrem bowiem, ich żony były siostrami, nazywały się Reyer i w ten to sposób doszliśmy do rodziców Elżbiety – Filipa Adolfa Baumanna i Joanny Fryderyki Reyer.

Prof. Adam Rychtarski

Roman i Maria Rychtarscy mieli troje dzieci Adama, Jerzego i Wandę. Jerzy zmarł w wieku 13 lat, a Wanda wyszła za mąż za Bolesława Peretjatkowicza.

grodecka

grodecka

grodecka

Genealogiczna pochwała teściowej

Adam Rychtarski był bratankiem prababki żony, w Wikipedii opracowałem jego biogram tym samym zapalając świeczkę pamięci o nim i myślę, że sprawiłem tym teściowej przyjemność. Biogram jest dostępny pod adresem: https://pl.wikipedia.org/wiki/Adam_Rychtarski

Maria Leonia Grodecka w ostatniej podróży

Mama żony umarła 30 lat temu. Przyjechała do nas, to jest do córki, trojga wnucząt i do zięcia, z psem… i umarła.

Jej odejście poprzedzone było czterotygodniowym okresem huśtawki nastrojów, że z tego wyjdzie, że się z tego długiego snu obudzi, a jednak – w podręcznikowym dla medyków okresie, opisującym szanse wyjścia z udaru mózgu – 4 tygodnie po jego stwierdzeniu – umarła.

Brązowy pudel, który wabił sie Ambra został bez pani, a moja żona bez matki, a dzieci bez jednej babki. Nie pisząc o tym, że utraciłem przez to teściową.

Ostatnie życzenie

Mieszkaliśmy wtedy na absolutnych peryferiach, nad samą granica polsko-czechosłowacką. Od Warszawy, gdzie zgodnie z życzeniem, mama żony miała być pochowana dzieliła nas odległość 400 km.

Nie mieliśmy na tę okoliczność nic, poza odziedziczonym po ciotce żony czarnym kapeluszem z woalką. Prezydium Rady Narodowej wydawało wtedy talony na czarny garnitur, na belę czarnego materiału i na skrzynkę wódki na stypę.. i na tym pomoc komunistycznego państwa dla nieutulonych wdów, wdowców, sierot, półsierot się kończyła. Dla nas jednak – najważniejszym problemem – było przewiezienie ciała matki mojej żony na Powązki. Na cmentarz, na którym już spoczywają jej siostry, jej mąż i jej matka. W nieodległym od naszego miejsca zamieszkania miasteczku powiatowym – wszystkie, a było ich dwie – firmy pogrzebowe wyjazdu z ciałem mi odmówiły. Tłumaczono się przestarzałymi środkami lokomocji, które do stolicy, według nich nie dojadą. Tym samym, przede mną otworzył sie, a raczej -spiętrzył olbrzymi problem logistyczny – jak z teściową do Warszawy dojechać i tam urządzić jej godny pogrzeb?

Ostatnia podróż

Pozostało nic innego, jak samemu sie za to zabrać. Jeździłem wtedy „Syreną Bosto”, takim właściwie pikapem, wzorowanym na francuskich autach z kołem zapasowym umieszonym na dachu kabiny. Po przymiarkach wyszło, że trumna, którą oczywiście kupiliśmy na ściśle reglamentowanym rynku sprzedaży funyraliów – mieści się: ustawiona trochę na ukos, oczywiście po wyjęciu tylnych siedzeń i usunięciu fotela pasażera z przodu auta. Udałem sie zatem do stacji Sanepidu o wysondowanie ich opinii czy na taką, ostatnią podróż matki mojej żony do Warszawy nie muszę mieć ich zezwolenia? Według nich nie musiałem, bo nie umarła, jak z aktu zgonu wynikało na żadną chorobę zakaźną.

Osamotniony, bez urzędowego wsparcia – bladym świtem 5 marca 1988 r. wyruszyłem w drogę. Wcześniej, wieczorem – mój przyjaciel pomógł mi trumnę do auta załadować. Przykryłem ją stonowaną kolorystycznie kapą i jadąc traktem, przez K-Koźle, Pawonków i Częstochowę dotarłem do Gierkówki. Prędkość podróżną miałem jakieś 50 km na godzinę. Czas się więc jazdy nużył. Oczy mi się ze zmęczenia i emocji kleiły. Biłem się z myślami, czy w takiej sytuacji – stosowne będzie z mojej strony – włączyć radio, jakąś muzyczkę…. ?

Na wysokości Mszczonowa natknąłem sie na blokadę MO, która wnikliwie kontrolowała pojazdy jadące w kierunku Warszawy. Ustawiłem się w kolejce samochodów oczekujących kontroli. Wtedy mnie coś oświeciło i wyprzedzając ze 6 pojazdów, które przede mną były, stanąłem przed patrolem i głośno zawołałem: panowie, mam do was olbrzymią prośbę – skontrolujcie mnie poza kolejką, bo mi biura zarządu na cmentarzu na Powązkach zamkną. A oni na to, a co panu tak się spieszy? A ja im odpowiadam, chciałbym żeby teściowa zdążyła. A gdzie ona jest, spytali. Tu, prosze panów i uchyliłem trochę kapy, odsłaniając trumnę. Milicjanci stężeli, poprawili czapki na głowach i ostro mnie zaczęli wypytywać, czy na przewóz zwłok mam zezwolenie. A ja na to – jakie zezwolenie, jeśli moje auto jest zarejestrowane jako samochód ciężarowy do użytku własnego, a teściowa jest niezależnie żywa czy martwa – moim, w rozumieniu prawa – użytkiem. Nie bardzo ich ta z początku argumentacja przekonywała, ale jak sobie wyobrazili, jakie będą mieli kłopoty z zabezpieczeniem pojazdu ze zwłokami – odpuścili. A jedź pan – zawołali.

Ostatnie przygotowania

Na Powązki zajechałem, jak już wszystko było zamknięte. Stałem bezradny przed bramą św.Honoraty zastanawiając sie co mam nieszczęsny dalej robić.. i jakby na zawołanie pojawił się, wychodzący z cmentarza ks. Stefan Niedzielak, którego poznałem już wcześniej przy okazji pogrzebów teścia i siostry teściowej. Niech pan położy ciało w dolnym kościele poradził, a jutro wszystko pan załatwi w zarządzie i u mnie. Wynająlem dwóch takich, co podpierali mur cmentarza i w trójkę wnieśliśmy trumnę do podziemi. Tam na specjalnych kozłach ustawione były 3 czy 4 trumny oczekujące terminu pogrzebu.

Ostatnie pożegnanie

Nazajutrz dowiedziałem się w zarządzie cmentarza, że grobowiec w którym chcemy mamę żony pochować, ma status zabytkowy zamknięty i tylko możliwe są w nim pochówki w metalowej trumnie. Przez następne trzy dni jeździłem po Warszawie, odwiedzając zakłady pogrzebowe i stolarnie produkujące trumny. Dopiero, gdzieś na Pradze – znalazłem firmę, w której kącie stała, mocno zakurzona – metalowa trumna. Nawet za nią nie wzięli wielkich pieniędzy. Poprosiłem grabarzy o to, żeby ciało teściowej przenieśli z tamtej trumny w której przyjechała do tej, którą trzeba było zalutować. Sam nie miałem odwagi tego zrobić po tylu dniach jakie upłynęły od czasu kiedy ją pożegnałem. Odbył się bardzo podniosły pogrzeb. Ks. Niedzielak wypytał mnie o szczegóły biograficzne nieboszczyki, wygłosił piękne kazanie, które łagodziło z nią rozstanie.

A ja… załadowałem do samochodu z powrotem pustą trumnę, w której do Warszawy przyjechała teściowa i… w dobie niedoboru wszystkiego – sprzedałem ją, jako lekko używaną – lokalnemu przedsiębiorcy pogrzebowemu.