Nie mogą ci kochać Rzeczpospolitej, którzy w niej nic swojego nie mają – Ignacy Krasicki

263

Nie mogą ci kochać Rzeczpospolitej, którzy w niej nic swojego nie mają

Ignacy Krasicki

Non possunt illi amare Rempublicam, in qua suum nihil habent.

Jest to nie tylko trudną, ale prawie niepodobną do pojęcia rozumem rzeczą, że tak wspaniałomyślni kraju naszego obywatele, których usta jako najżywszym miłości ojczyzny brzmią nieprzestannie oświadczeniem, że ci ludzie, którzy tak w domowych posiedzeniach, jako i na publicznych zjazdach nad niczym częściej, jako nad mizernym tej ojczyzny utyskują upadkiem, ciż sami ludzie, lubo mają nieomylne, zostawione mocy swojej do zabieżenia temu środki, wolą jednak i całemu narodowi powszechnie, i im szczególnie dokuczające znosić utrapienie, aniżeli poprawić zdania swego w tej rzeczy, której odmiana pewny do zbogacenia kraju, a tym samym do przywrócenia go do dawnych ozdób i chwały pokazuje sposób.

Sami u siebie przekonani jesteśmy, że zubożenia kraju naszego ta jest między innymi największa przyczyna, że źródło wszystkich bogactw, handel, nie tylko u nas ze wszystkim zniszczony, ale i sposobu nie znajdujem, ażeby nami samymi mógł być do potrzebnej przyprowadzony doskonałości; nie może być z tego dźwigniony upadku, chyba przez jednych cudzoziemców; ale co byśmy ich do przyjścia w nasz kraj zachęcić powinni, przez jakąś podłą i nie zdobiącą urodzenie nasze ku nim nienawiść o to się z jako największą staramy usilnością, ażeby żaden z nich w naszym nie osiadał państwie.

Nie mówmy tego, iże ta ku nim niechęć jest nam prawie dziedzictwem przez naszych zostawiona przodków, bo starzy sławni Polacy nie tak wiele o miłości ojczyzny gadając, ale coś więcej dla niej czyniąc, starali się przychodzących cudzoziemców tak dobrym zachęcić przyjmowaniem, ażeby wspólnymi Rzeczypospolitej pragnęli zostać obywatelami; świadkiem są kroniki nasze, jakże to wiele cudzych familii w naszym osiadało kraju, których dzieła dla Rzeczypospolitej z jakąż sławą potomne wspominają historie.

Jakże to znaczne corocznie na samą młodych edukacją za granice wychodzą sumy, które z większym ichże pożytkiem w domu zostałyby się, gdybyśmy tych uczonych cudzoziemców do naszego mogli posprowadzać kraju, na szukanie których i znaczne koszta, i najzgodniejsze do nauki obracamy lata, a częstokroć jeszcze ziomkowie nasi, mało co cudzoziemców w własnym znając kraju, a przeto nie będąc w tym stanie uczynienia za granicą potrzebnej między nimi różnicy, miasto dobrych z zepsutymi do ojczyzny wracają obyczajami; gdybyśmy raczej cudzoziemców w swoim starali się zachowywać kraju uczyniwszy im nadzieję przyzwoitego na ich przymioty względu, nie tylko uniknęlibyśmy niebezpieczeństwa wątpliwego w odległych państwach młodzi naszej wychowania, ale któż wie, jeżeliby za lat kilkanaście, kilkadziesiąt i u nas nauki i obyczaje do tej nie przyszły doskonałości, ażeby dla nabycia onychże, wzajemnie naszą Polskę zagraniczni nawiedzali kawalerowie.

Nie jestże to oczywistym Rzeczypospolitej pożytkiem, że przychodzący cudzoziemiec sprowadzone z zagranicy sumy nie tylko, w handel je obróciwszy, z nichże samych jakowyś płaci podatek, ale też część ich znaczną na potrzebne ludzi i siebie w kraju zostawić musi wyżywienie; wyniknie tu podobno niejednego odpowiedź, że każdy cudzoziemiec nie dla naszego, ale dla własnego do nas przychodzący pożytku na to swoje najwięcej obraca myśli, ażeby przeniósłszy zyskane w kraju naszym do swojego państwa bogactwa, słodkie pomiędzy własną familią za granicą przepędzał życie. Ale tego tak nagłego ich od nas oddalenia się czy nie myż sami najmocniejszą jesteśmy przyczyną? Nie pozwalamy im dłużej u nas posesji; jakże oni ten kraj kochać mają, w którym mieć swego nic nie mogą? Cudzoziemiec przychodzący prócz dowolnej, którą mu oczywiście pokazujemy, niechęci nie tylko nie znajduje potrzebnej dla utrzymania swego kredytu z obywatelami wyższego urodzenia sprawiedliwości, ale też i prawo nie pokazuje mu żadnego, nawet i osoby jego, dostatecznego bezpieczeństwa.

Któż się odważy iść w ten kraj, gdzie mu prawo przyzwoitych do upomnienia się o swoją krzywdę nie pozwala sposobów, gdzie choćby najskuteczniejsze ku ojczyźnie oświadczał przywiązanie, żadna mu ani polepszenia stanu, ani większej wolności nie zostaje nadzieja? Musi się jako najrychlej z zarobioną w ustawicznym niebezpieczeństwie umykać fortuną, ażeby go z niej, łaknące zawsze na cudze zbiory, gwałtem nie ogołociło zdzierstwo.

Cóż by to królestwu szkodzić mogło, ażebyśmy przez pozwolenie potrzebnych swobód do przeniesienia się w nasz kraj cudzoziemców zachęcić starali się; niechby każdy przychodzący, na przykład milionowy kapitalista i tęż całą sumę w naszym lokujący kraju, mógł mieć tytuł pozwolony szlachectwa, tenże sam kapitalista tym więcej o dobro publiczne mieć będzie starania, a ta go kupiona tak znaczna w kraju interesować będzie fortuna; tym samym użytecznym dla ojczyzny stanie się obywatelem, potomkowie jego z tym większą Rzeczypospolitej służyć będą gorliwością, im ich żywiej naturalne porównania się zasługami z dawnymi Polakami pobudzać będzie pragnienie.

Czyż nie więcej ten nowy szlachcic pożytku Rzeczypospolitej przynosi, tak znaczne do niej wprowadzając bogactwa, niżeli ów nasz szesnastoherbowy familiant, któren zostawioną od przodków zahartowawszy substancją i wszystkie za nią z Polski za granice wywiózłszy pieniądze, na cudzoziemskie przemarnował zbytki. Którenże tu z nich, jeżeli prawdziwie ojczyznę kochamy, naszej wzgardy, naszej nienawiści, a któren wdzięczności i publicznego godzien poszanowania?

Ignacy Krasicki


Tekst ukazał się w „Monitorze” nr 41 z 2 sierpnia 1765 roku