Władysław Tokarczyk – Wspomnienie

521

Ziemia Podolska – Władysław Tokarczyk

Głęboczek w latach 20-stych i 30-stych XX wieku

Ku wspomnieniu tym co odeszli, Ku pokrzepieniu tym co zostali

Na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej leży Ziemia Podolska. Jest to rozległy szmat czarnoziemu, miejscami równy, miejscami pagórkowaty z rzadka pokryty liściastymi lasami. Gdy stanie się na takiej górze to widzi się rozległe pola pocięte miedzami w różnokolorowe pasy, zależnie od uprawianej rośliny. Na dalekim horyzoncie sinieją lasy, za którymi czasem sterczy strzelista wieża kościoła lub cebulasta bania unickiej cerkwi. Pomiędzy polami wiją się czarne drożyny, sogłówki i ścieżki a z rzadka bieleje równy, szutrowany gościniec. Gdy spadną deszcze ziemia rozmaka i staje się czarną, lepką masą po której przejść albo przejechać jest bardzo ciężko. Za to gdy wrzucisz w tę ziemię ziarno, wyda ci ona urodzaj, że sam będziesz syty i nakarmisz wszystkich darmozjadów. Miasteczek tutaj mało, a te które są to biedne skupiska żydowskich domów, widne z daleka bo leżące na wzniesieniach jak Borszczów, Kolorówka lub Jeziorzany. Wioski dość duże przeważnie, z glinianych chat złożone, pokryte słomą. Wsie te, położone w jarach lub dolinach sprawiają na przybyszu bardzo miłe wrażenie, zwłaszcza w maju, gdy mnogie sady zakwitną, gdy drzewa umają się liśćmi a w powietrzu unosi się woń kwiatów i brzęk chrabąszczy. Tak mniej więcej na ogół wygląda Podole, tak czasem o nim pisano lub mówiono. Panowie tam nie jeździli bo za dużo błota i nic ciekawego do obejrzenia nie ma. Ot, zwyczajne Kresy Wschodnie. Na co na te kresy jeździć i nimi się interesować jak się ma pod bokiem Warszawę, takie piękne parki i letniska, Tatry Zachodnie, Gdynię, morze i dużo innych pańskich uciech i pociech. Panowie z Warszawy, Lwowa czy Poznania lubili przed światem wychwalać się, że u nas w Polsce jest wszystko, że Ziemia Podolska karmi swoją pszenicą cały kraj i nawet za granicę wysyła się zboże. Ale jak ten Podolanin żyje, jakie ma niedostatki, jakie cierpi trudności, to się żadni panowie nie interesowali. Ani ci co ciągnęli milionowe zyski z czarnej podolskiej ziemi, ani ci co rządzili Polską. Na co było jakiemuś panu ministrowi jeździć na Podole i zaglądać co się tam, w tej komorze Rzeczypospolitej dzieje. Kiedy on łaskawie raczył dać plecenie swoim sekretarzom, by wysłali tam takie to, a takie pismo i sprawa załatwiona. Jak kto to pismo zrozumie i jak go będzie stosował – to pana ministra nie obchodzi, on nic ma czasu w to wglądać, on ma i to dużo roboty. Jutro musi być na obiedzie u pana Prezydenta, pojutrze u pana Marszałka, pojutrze odsłonięcie pomnika, a potem jakieś wystawy. Tam znowu trzeba być na święcie Morza, później święto Lasu, jeszcze później święto Żołnierza, święto szkoły, a w końcu święto samego pana ministra. Więc skąd wziąć czas na rządzenie krajem lub opiekę nad pokrzywdzonym chłopem. A wielka szkoda – wy panowie ministrowie, wy panowie wojewodowie, i magnaci, wy książęta marnotrawcy. Przez wasze lenistwo, przez waszą głupią wielkopańskość, przez wasz brak opieki nad narodem stała się temu narodowi wielka krzywda, krzywda, wołająca o pomstę do nieba, stała się rzecz straszna o jakiej świat nigdy nie słyszał, o jakiej żaden człowiek na kuli ziemskiej nie czytał. Ale to stało się potem Teraz kto ciekaw niech. idzie ze mną, a ja mu pokażę tę Matkę Karmicielkę, tę Ziemię Podolską, ziemię piękną, mlekiem i miodem płynącą. Kresowym. powiatem, najdalej wysuniętym, na wschód, jest powiat Borszczów. Leży on w widłach dwóch granic. Na południe bystre wody Dniestru oddzielają go od Rumunii, na północny wschód oddziela go mała, też ważna rzeczułka Zbrucz od wielkiej Rosyji Sowieckiej, Ziemie powiatu wydłużają się w klin, który swoim ostrzem sięga hen – aż po Okopy św. Trójcy, sięgając prawie Chocimia, -wielkiej niegdyś twierdzy Ośmiańskiej. Ziemie te były świadkiem niejednej sławy oręża polskiego nad bisurmanem, niejedna kwarta krwi polskiej w nią wsiąkła kiedyś i dziś. Borszczów miasteczko małe, dość ruchliwe, niczym szczególnym się nie wyróżnia. Żydów dużo, aż za dużo. Handel żydowski, Ccntrosojusz – ukraiński, a polskie? To chyba Sąd Powiatowy, Urząd Podatkowy i Starostwo. Ale z tych urzędów Polak i tak nie ma pozysku, bo tu zawsze prędzej pomogą Ukraińcom lub Żydom niż swemu Polakowi. Zwyczajnie jak w domu – naprzód goście, a na końcu domownikom co na dnie w garnku zostało.

Borszczów ożywia się w poniedziałek, jest to dzień targowy, a od samego rana jadą fury z wszelkim dobrem na targ. Zjeżdża się cały powiat. Z pobliskich wsi jak Łanowce, Wierzchniakowce, Muszkatówka, Wysuczka idą ludzie, przeważnie na piechotę, całe gromady i taszczą na plecach kury jaja, masło, ser i co kto do sprzedania ma. Z dalszych wsi jak Głęboczek, Bilcze Złote, Oleksińce, Kapuścińce, Krzywcze, Germakówka i innych, jadą przeważnie wozami. Każdego poniedziałku drogi zawalone jadącymi i idącymi. Na drodze rżenie koni, ryk bydła, kwiczenie świń, dźwęganie kaczek i gęsi miesza się z humorem mowy ludzkiej. A już w samym mieście ścisk, że trudno się przepchać – tu dopiero harmider. Szwargot Żydów, krzyk chłopów, wrzaski kłócących się bab, każdy na swoje sposoby zachwala, każdy drze się głośniej, aby sprzedać. Wszystko to razem huczy, szumi i brzęczy jak wody Dniestru, jak pszczoły na wyroju. Czego chcesz, wszystko masz. Chcesz słoniny czy kiełbasy, idź do Boguckiego, chcesz pługa, kierata, siekiery, piły czy gwoździ, idź – Blumental już czeka na ciebie. Wszystkie Srulki, Moszki, Icki czekają na ciebie, tylko kiwnij palcem no i kieszenią – wszystko co dusza zapragnie będziesz miał. Więc, co kto chce kupuje i sprzedaje. A są i tacy, że zarzuci próżny worek na plecy, zapcha za pazuchę skibę chleba i dwie główki czosnyka i łazi cały boży dzień. Naszturkają go ludzie łokciami i z tem wraca do domu – nic nie sprzedał ani kupił, ale na jarmarku był. Warto popatrzeć na tych ludzi; jaka mowa, jaka różnorodność strojów. Po strojach poznasz ludzi, z której są wsi. Łanowiacy w czarnych watowanych „polkach”, baby mają chustki wywiązane w tzw. „worek”. Głęboczanie w poważnych czemerkach (1), starsi gospodarze noszą jeszcze słomiane kapelusze z wąską czarną wstążeczką, gdzie niektóry bardzo stary nosi czuprynę jak dziewczynka podciętą do „miski”, a spodnie z klinem – tzw. „dąbani” (2); młodzi tego nie noszą. Starsze kobiety po starodawnemu zawiązują chustki i podwiązują się pod brodę. Kobiety noszą kaftany watowane, ściśnięte w pasie lub „saczki” (3) – wszystko to w poważnych kolorach: szary, granatowy, popielaty, ciemnozielony – to ulubione kolory kobiet głębockich. Każda w fartuszku z koronką u dołu, lecz wszystko poważne i taktowne, bo Głęboczek to największa i najbogatsza wieś w powiecie, to nie wypadało w serdak się ubierać lub hejkać i bihnać, jak smyk z Bilcza Złotego lub złodziej z Oleksiniec. A ci z Bilcza to całkiem inna rasa i klasa. Kapelusz jak kosznica (4), kryza jak miednica, a na niej całe gniazdo „cziczek” (5) i świecidełek, a z nich majka koguci ogon. Nie dziwota – co w głowie to na głowie. Lejbik wyszywany różnymi kolorami, biała, samorobna koszula, wypuszczona po kolana, z tego ich nazywają „mamyna lole” (6), do tego wąziutkie spodnie „wiercone”; i tak wygląda cały smyk. Co wieś to inny strój. Jak z Germakówki lub z Iwania, to kapelusik jak ryneczka, jeszcze go pod brodę harasiwką (7) przywiąży, jak żandarm w służbie. Jak z Kapuściniec lub Lisowiec, to by się trzy baby pod jego kryzą schowało itd. Cały ten naród zalewał miasto i targowicę. O, a na tej targowicy też rejwach wielki, tu handel na wszelkie zwierzęta. Najechało Żydów z Korolówki, Mielnicy, Krzywcza, Jezierzan, z Probużnej. Czasem niwroku są nawet z Czortkowa. Tu dopiero harmider, tu uganiają końmi na pokaz, tam nalazła cała fura Żydów i jeszcze koła zahamowali, aby pokazać chłopom, co to za cugowy koń z tej zdychanej szkapy. To znowu doi Żyd krowę. Dobra krowa bihnie daje dwanaście liter mleka; i krowa naprawdę coś tam daje, bo już cały tydzień nie dojona. I tak wszędzie krzyk, harmider, wiokanie i prychanie, uganianie. Każdy zachwala, każdy się bije w piersi i się klnie na zbawienie duszy, na ojca i matkę, na kości i skórę, na niebo i piekło, aby tylko sprzedać, aby tylko kupić, aby gdzie oszukać i fest oszachrować. Tak cały boży dzień. Po załatwieniu swoich spraw idą ludzie po szynkach. Ci co stracili piją z żalu, że im się jarmark nie udał, ci, co zarobili piją z radości. Więc w godzinach popołudniowych piwiarnie, szynki i traktyjernie są pełne. Każda wieś ma specjalnie upodobana dziurę, w której ma kredyt od poniedziałku do poniedziałku. Żydkowie uwijają się jak osy, dolewają, podają, zapisują i szachrują. Każdemu trzeba dogodzić, każdego upić i oszukać – niech wie, że był na jarmarku. O zachodzie słońca ludzie się rozchodzą i znowu drogi pełne, wozy turkoczą, gromady bab i chłopów z workami i koszykami na plecach, czasem gdzie niektóra idąc zawodzi i lamentuje, bo chciała wygrać w „biała wygrywa, czarna przegrywa”. Tymczasem baciar Orłowski obegrał ją i bez grosza idzie do domu. Gdzie kto wiedzie prosiaka na postronku, konia lub krowę, każdy po drodze przygląda się swojemu nabytkowi. Koń na targowisku wyglądał jak cugowy, a na drodze kuleje na tylną nogę, a na przedniej ma szpat, a na oku bielmo. Chłop skrabi się w głowę – ot, szelmy Żydy „oby ich hromy pobyły „. Tak było z krową, owcą i ze wszystkim. Jakieś się nie przypatrzył to przepadło. Czasem na gwałt trzeba uciekać z drogi do fosy, bo jedzie cała fura pijanych. Gęby czerwone jak buraki, pyski porozdziawiali, oczy wytrzeszczyli i śpiewają jak zarzynane barany. Kapelusze „na bakier” albo wcale ich nie ma. Tacy jak szczęśliwie zjadą z góry w Wierzchniakowcach, to może na rano będą w domu.

Borszczów pomału wypróżnia się po jarmarku, pozostało dużo śmiecia i trochę nieprzytomnych chłopów. Biedaki nie mogą wyjść o własnych siłach z miasta. Gdzie niektóry trochę mocniejszy lub pamiętający, że w domu czeka Paraska z makohonem (8), wybiera się pomału od słupa do słupa, tak dociągnie się do żydowskiego okopiska (9) lub na łanowiecką drogę, tam zwala się do fosy, trochu pobihma, poszlakuje i zasypia. Tymczasem słońce zaszło, ciemność zalega ziemię, na niebie mrugają gwiazdy, z dala słychać turkot wozów i ujadanie psów. Dzień się skończył, nastaje cicha podolska noc. Jest wczesny letni ranek. Idziemy z Borszczowa do Głęboczka. Za miastem drogi się rozchodzą: na prawo do Łanowiec i Jezierzan, Kolędzian, Czortkowa. Na wprost do Wierzchniakowiec, Głęboczka, Lisowiec i Tłustego. Idziemy prosto, mijamy po prawej stronie cmentarz katolicki. Na tym cmentarzu spoczywa moja matka, zmarła na ospę w 1915 roku, w czasie wojny światowej. Po lewej stronie drogi mijamy żydowskie okopisko, ogrodzone cegłowym murem, a po dwóch kilometrach jesteśmy nad Wierzchniiakowcami. Przed nami wielki jar, a w nim wieś nad rzeczułką Niczławą. Po przejściu paru zakrętów w dół jesteśmy we wsi. Mijamy kościółek świętego Antoniego, dostajemy się przez most na szosę i wspinamy się do góry. Po przejściu czterech kilometrów stajemy na skrzyżowaniu dróg. Stajemy twarzą na południe. Oto przed nami w odległości jednego kilometra rozłożyła się wieś Głęboczek, gościniec przecina ją na poprzek i prowadzi do Bilcza Złotego, wielkiej posiadłości księcia Floriana Pawła Sapiehy. Droga na północ obsadzona czereśniami prowadzi do Konstancji i Jezierzan, na zachód do Lisowiec i Tłustego, na wschód do Borszczowa. Przy drogach widzimy dużo kamiennych krzyży (kapliczek przydrożnych0. Te krzyże stawiają ludzie na chwałę bożą w podzięce za różne łaski od Stwórcy. Rozdroże, na którym stoimy nazywa się Rogatka. W dawnych czasach stała tu rogatka i jakiś Srulko czy Mojsze brali myto. I z tej rogatki mamy widok na całą okolicę. . Widać hen, daleko Korolówkę, Jurjampol, Jadwiżynę, Sapieżynę, Kozigórę i ruski klasztor w Ułaszkowcach. Patrzymy na Głęboczek. Widzimy przed sobą wieś rozciągniętą prawie na cztery kilometry. Będziemy ją przeglądać ze wschodu na zachód. A więc ta chata na skraju pod blachą to zagroda Tomkowyda, dalej szereg domów pod słomą to Koszmajówka. Te wysokie drzewa to są jesiony, pełno ich we wsi. Dalej widzimy dom pod blachą o ostrym dachu – to gospodarstwo Szczepana Wierzbickiego. Dom ten budował mu Mikołaj Łoziński. /opisuję tylko to co pamiętam, a pamiętam bardzo mało, bo już 20 lat, jak w Głęboczku mieszkałem/. Więc patrzymy dalej. Ciągną się rzędy chałup po szarą słomianą strzechą. Gdzieniegdzie żółknieje nowe poszycie, nierzadko błyszczy blacha. Tylko czerwonej dachówki tu nie widać, bo tego Głęboczanie nie lubią. Powiadają, że byle jaki bękart rzuci kamieniem i już w dachu dziura. Te wielkie zabudowania i ten wysoki żelazny komin – dwór księcia Sapiehy. Dalej widać tylko jesiony i strzechy. Aż na środku wsi całe gniazdo cegłowych domów pod blachą. Dla obcego człowieka to ładnie wygląda, ale dla nas Głęboczan to ta kupa domów wygląda jak czyrak na nosie, jak gniazdo żmij wykarmione na naszej piersi. Jest to ukraiński dim /Dom Ludowy/, zaochronka taj „ridna szkoła”. Wybudowało się to „pid polskiem jarzmom, pid hnitom panskeij niewoli” / „pod polskim jarzmem, pod uciskiem pańskiej niewoli” za waszych leniwych rządów, panowie, ministrowie, ministrowie Rzeczpospolitej. Dalej sznur strzech i jesionów, aż znowu dwa domy pod blachą – to szkoła ludowa, a obok nie obszerna bania – to cerkiew. Centrum naszej wsi to ta karbowana blaszana wieża – to kościół parafialny. Obok jest Urząd Gminy i Kółko Rolnicze, ale tego stąd nie widać. Widzimy pod wsią po obydwu stronach drogi dwa gaje drzew, jakby jakie gęste sady. To jest Głęboczek umarłych, to są dwa cmentarze: stary i nowy. Dalej te zabudowania to polskie probostwo. A dalej już nic tylko dachy i jesiony, różne dachy; słomiane i blaszane, karbowane i gładkie, stare i nowe, na jakie kogo stać. A hen, na końcu wsi oderwana kupka chałup, to Wiktyna /chatky/, czego tak się nazywa, i czego tak się oderwały, nie wiem. Ta droga obok nich prowadzi na Pieńki. Odwróćmy się teraz na północ. Ten las, co widzimy, to Haleleja, a tych parę chałup pod nim to są właśnie te Pieńki. Widocznie na pieńkach się pobudowali i dlatego tak się nazywają. Dalej, hen na tym pagórku, to skupisko domów, to miasteczko Jezierzany, a tak wspaniała budowla ze strzelistą wieżą- to jest kościół księży misjonarzy (10). Z tej wieży widać kraj na dziesiątki mil. A gdzie byś nie zajechał na Podolu – czy do Tłustego, czy do Korolówki, czy nawet dalej o kilka mil to poszukaj wzrokiem po horyzoncie, a zobaczysz na błękitnym niebie strzelistą wieżę kościoła w Jezierzanach. Dalej wysunięta do nas taka kępa lasu, to wieś Konstancyja, a obok ta grupa wysokich dębów i zabudowanie – to folwark Wybranówka. Dalej w tych dołach leży wieś Łanowce i Kozaczyzna, a hen daleko, gdzie niebo styka się z ziemią, sinieją lasy: Cygański i Moszkatowieckie.

A dalej nic, tylko pola i pola pocięte miedzami, gdzieniegdzie stoi samotna dzika gruszka, aż hen na wschodzie skupisko domów i wieżyczek – to miasteczko Borszczów. Naokoło widzimy piękne podolskie pola. Tu koło Głęboczka różnie się one nazywają: „Nasiedniki:, „Zady”, „Pod mogiłą”, „Na łankach”, itd. Z Rogatki wyglądają te pola jak pasiasta wereta (10), tkana różnymi kolorami. Mamy białe pasy kwitnącej hreczki, czarne – zaoranej roli, różowej zakwitłej koniczyny, niebieskie kwadraty lnu, żółte słoneczniki, zielone pasy kartofli, złote pasy dojrzałej pszenicy, srebrne żyta i dużo innych odcieni i barw, których nie sposób opisać. A nad tym wszystkim niepokalany błękit nieba z poszarpanymi wiatrem obłokami, a w nich miły skowronek – brat chłopa oracza dzwoniący swą cudną pieśń na chwałę Tego, co to wszystko stworzył, co to wszystko utrzymuje i na pociechę tej szarej braci rolniczej, która tam na dole grzebie się w tej świętej szarej ziemi, by dać chleb wszystkim tym co pracują i tym, co ani orzą, ani sieją, a lepiej od nas żyją. Tak często na tym świecie bywa. Ale mniejsza o to, chodźmy do wsi. Oto jesteśmy obok cmentarza, wstąpmy na chwilę do tych, co porzucili wszystkie uciechy i zmartwienia tego świata i spoczywaj ą po trudach życia ziemskiego. Dusze ich stanęły przed Tym, który jest Żywotem i Prawdą Wieczną; na pewno są szczęśliwsi od nas. Mogiły i mogiły, krzyże i krzyże, różne – wystawne, rzeźbione, kamienne, żelazne i drewniane. Biegną ścieżyny pomiędzy grobami, jak ulice we wsi. Na środku potężny krzyż dębowy, pod nim spoczywa ksiądz Józef Kołodziej, były proboszcz głębockiej parafii; a obok niego rzędami jego parafianie. Czytamy na krzyżach nazwiska. Sami nasi znajomi: Zawiślaki, Wesołe, Kozoświsty, Derkacze, Mazury, Twardochleby, Józwenki, Łozińscy, Wierzbiccy, Macyszyny i dużo, dużo innych. Cały ten świat umarłych nazywa się tak jak ten, co we wsi żyje. Tu spoczywają ojcowie i dziadowie, tam gospodarzą synowie i wnuki. I mój ojciec tu spoczywa. Jest po prawej stronie od wejścia betonowy krzyż, zrobiony przez Kosara, a na nim taki napis: „Tu spoczywa Śp. Antoni Tokarczyk urodzony 15 czerwca 1868r., umarł dnia 27 grudnia 1919 roku. Prosi o Anioł Pański. Niech da Pan Zastępów światłość wiekuistą, a Matka Najświętsza niech się za nim wstawi”. Za te wszystkie „Godzinki” wyśpiewane na chórach w głębockim kościele, i niech z nim wpuści wszystkich tych, co od rana każdej niedzieli wyśpiewywali na Jej cześć i na chwałę Jej Syna. A my co zostaliśmy jeszcze na tym padole nędzy i nienawiści spełnijmy ich prośbę i zmówmy tych parę słów modlitwy, o którą tak skromnie proszą. Zastanówmy się przez chwilę. Ci, co tu leżą, żyli przed nami: zabiegali o majątki, budowali, składali, zagarniali, a dziś? Wszyscy odeszli, tylko tymi napisami na krzyżach żebrzą o jedno „Zdrowaś” i jeden „Wieczny odpoczynek”. Więc dajmy im to westchnienie, by, gdy my pod krzyż legniemy i nam ktoś dał tę jałmużnę. Pan Bóg daje nam tyle dowodów codziennie, marności tego świata, że powinniśmy wreszcie zrozumieć to życie i jego cel. Powtarzam: warto się nad tym głęboko zastanowić. Chodźmy do wsi. Ta pierwsza ulica na lewo, to „Wotakie”. Ten cmentarz po lewej strome, to stary; na nim już nikogo nie grzebią. Jest przez cmentarz ścieżyna, którą ludzie skracają sobie drogę na Koszmąjówkę lub do Borszczowa. Przy tej ścieżce stoi na kamiennej podstawie żelazna tablica z gotyckimi wieżyczkami, a na niej napis, że tam leży jakiś pułkownik WP z 1831 roku. Cała tablica pochyliła się i tak stoi już ponad 100 lat. Idziemy dalej. A więc jesteśmy w centrum wsi. Ten dom to „Kółko rolnicze” i „Dom Ludowy”, a na prawo między tymi wysokimi drzewami, ogrodzony murem – to kościół parafialny pod wezwaniem św. Mikołaja. Obok niego murowana dzwonnica. Obok ten dom z gankiem – to Urząd Gminy. Dalej wysoka drewniana brama i dom ze szklaną werandą – probostwo. Ta ulica poza kościół to Bartronówka”, tamta na dół koło „Polskiego Iwana” (11) to Mazurówka. Na lewo od nas stoi cerkiew, a obok niej dwa domy Szkoły Ludowej. Ta ulica to „Seredyna”, dalej za nią jest Koszmajówka, a dalej „Stara Gorzelnia”. Przed nami, gdy pójdziemy ze sto kroków jest zamkowa studnia, nad nią ciągnie się ulica Majgosiówka na prawo, a na lewo „Syniawa”, a dalej „Za dworem”. Tak wygląda wieś Głęboczek, wieś rozłożysta, bogata i gościnna. Ma ta wieś w sobie powagę i dostojeństwo. Każdy ją kocha i szanuje. Nie ma w niej takich wad jak w złodziejskich Oleksińcach, lub w prostackich Łanowcach. Każdy chłop chleborób, rzemieślnik czy nauczyciel, ksiądz czy fornal, każdy poczytywał sobie za zaszczyt, że był i jest członkiem gromady głębockiej. Tak było przed wiekami, tak było za Austrii, tak też za Rzeczypospolitej. A jak jest dzisiaj, to dowiecie się na końcu tej opowiadanki. Gdy byłem małym chłopcem, gdy mnie ojciec za rękę do kościoła wodził i jak mnie później profesor Bąk (taki wysoki, z czarną bródką) czytać uczył, to zapamiętałem, że Głęboczek dzielił się zawsze na dwie połowy: na polską i na ruską. Polska połowa wsi to ulice: Majgosiówka, Mazurówka i Bartronówka.

Ruska część to: Wotakie, Seredyna i Syniawa. Na polskiej stronie było około 15% Rusinów, a na ruskiej około 20% Polaków. Wojna narodowościowa trwała od dawien dawna. Niezadowoleni wieczni Rusini. Zapytajcie dlaczego!. Dlatego, że oni już na świat przyszli niezadowoleni. Spraw dla niezgody zawsze się dużo znajdzie. Czemu ruska plebania jest na Mazurówce? Czemu polska Koszmajówka jest na ruskiej stronie? Czemu na wójta wybrali Warowego, a nie Remendę? Czemu prezydentem. Polski jest Mościcki, a nie Kazszowskiej? Czemu, czemu i czemu? Ten szatański naród zawsze niezgodliwy, zawsze szuka zwady i zdrady. Bo każdy naród ma pewne zdolności i upodobania, np. Włosi do malarstwa i sztuki. Francuzi, do mody i elegancji, Niemcy do armat i tanków (co im ostatnio na zdrowie nie wyszło), Czesi do muzyki, Polacy do bałaganu, a nasi kochani Ukraińcy do noża, ognia i rabunku. Tak było dawniej, tak jest dzisiaj. Łajdactwo u nich jest ogólne, czy pan czy Iwan – jest rizunem i kwita. W Głęboczku był stary ksiądz dekan, najstarszy w powiecie pop, a między księżmi najgorszy łotr na Podolu. Ten prowadził dusze swoich parafian, ale nie do Boga, tylko do niezgody, rabunku i mordu. Szlag trafiał Rusinów, że do tego księdza trzeba było chodzić na polską stronę, i to na Mazurówkę – bo tam stało ruskie probostwo. Polacy nigdy nie byli narodem zaczepnym, a zwłaszcza w Głęboczku. Ale popiska /popia/ polityka wymyślała różne krzywdy i szukała sposobności do walki podziemnej i zemsty. Za nieboszczki Austrii było tego mniej, ale za Polski nienawiść Rusinów, którzy przechrzcili się na Ukraińców nie miała granic. Bywały zatargi o wszystko, o szkoły, o drogi, o miedze, lasy i pastwiska i w ogóle wszędzie tam, gdzie tylko Ukrainiec z Polakiem się zeszli. I tu właśnie leży wasza wina Panowie Starostowie i Wojewodowie, tu jest to zło, do którego usunięcia nie chcieliście ręki i głowy przyłożyć. Rusini korzystali z waszego lenistwa i organizowali się na naszą i naszych dzieci głowę. Wy się na to patrzyli przez palce, a my później musieliśmy się na to patrzeć przez oczy zalane łzami i krzywdą naszą. Wy budowali i odsłaniali pomniki i urządzali różne święta i brakło wam czasu patrzeć jak oni ostrzyli noże i pletli sznury na szyje nasze. Owszem, możemy powiedzieć, żeście im nawet pomagali, boście im pozwalali na „Łuhy”, „Sojuzy”, „Ridni szkoły” i „Proświty”. O, głupcy leniwego myślenia! Nie widzieliście co się za tym kryje? Ile razy zwracaliśmy Wam uwagę, a mieliśmy rację, bo niestety stało się jeszcze straszniej, jak myśmy myśleli. A wy na to obojętnie kiwali rękami. Ale o tym później, na razie jest spokój. Pan starosta jeździ autem ze swoim szoferem Józefem Tokarczykiem i niby to dogląda porządku w całym powiecie. Czasem i do Głęboczka zajedzie, łaskawie wysłucha różnych skarg na różne wybryki ukraińskie, czasem sobie nawet zapisze, i na tym prawie koniec. No, czasem nawet ukarze, ale na papierze. Czasem sprawa dostanie się nawet do Jaskiego sądu, ale tam już hajdamaka jak w domu, bo Naczelnik sądu Wojlusi – Rusin, sędzia Smal – także, adwokat Tomkowyd – także rizun.Do nich przyczepił się krzywy Kaznowski, ich Apostoł i takie gniazdo szerszeniów jak zacznie sądzić to nic tylko uciekaj, bracie Polaku, gdzie cię oczy poniosą. Nie chce ci się ani Polski, ani jej praw. Idź, bracie do domu, rolę siej, podatki płać i ciesz się, że Polska jest, a jak masz jakie boleści sercowe, to lepiej idź do Schwarzbacha i tam szukaj lekarstwa. Panom starostom nie dokuczaj, bo oni nie mają czasu zajmować się sprawami ukraińskimi. A jak przyjdzie przykro, to i tak pan starosta z wojewodą nic nie będą wiedzieli, bo uciekną do Rumunii. Ale o tym potem. Teraz chrześcijańskim zwyczajem pójdziemy do kościoła, bo jest niedziela i na sumie trzeba być. Kościół nieduży, murowany, kryty blachą. Kiedy murowany – nie wiem. Za mnie – ksiądz Kołodziej dał filary wzmacniające około prezbiterium, bo sklepienie zarysowało się w 1913 roku. Drzwi dębowe, 2- skrzydłowe z krzyżami na środkowych taplach, nad drzwiami Baranek leżący na Ewangelii i po bokach dwa aniołki – wszystko wyrzeźbione z drewna. Wewnątrz dwa rzędy ławek przysunięte do ściany, obok ławek wetknięte chorągwie kościelne przybrane w kiście sztucznych kwiatów. Jest trzy ołtarzy: główny i dwa boczne. Na głównym ołtarzu obraz Świętej Rodziny. Na uroczyste nabożeństwo obraz ten posuwa się i odsłania się drugi obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej złocony, na czerwonym aksamicie. Po bokach ołtarza, w niszach stoją figury św. apostołów Piotra i Pawła. Obok tabernakulum klęczą dwa duże, złociste anioły. Cały ołtarz przybrany w żywe i sztuczne kwiaty. Boczny, prawy ołtarz poświęcony św. Mikołajowi, patronowi kościoła, lewy ołtarz św. Franciszkowi z Asyżu. Ściany szare, malowane w ciemne ornamenty. Na suficie podzielonym na trzy pola są wymalowane trzy obrazy: Zmartwychwstanie, Wniebowstąpienie i Zesłanie Ducha Świętego. Z sufitu zwieszają się dwa pająki wieloramienne o szklanych wisiorkach. Okna łukowe, zwyczajne, z krzyżami z czerwonego i sinego szkła. Chór drewniany z organami. Na chórze po bokach są dwa okna okrągłe z kolorowych szyb.

Przez te okna, gdy byłem mały. lubiłem patrzeć na kolorowy świat Boży. Stańmy w kącie pod chórami. Do sumy jeszcze godzina czasu. Przypatrzmy się ludziom i strojom. Starzy już siedzą w ławkach i śpiewają różaniec. Po prawej stronie mężczyźni, a po lewej kobiety. Gospodarze poważni w czemerkach, kurtkach, gdzie niektóry w kożuchach, choć jest ciepło. Każdy przyniósł pod pachą spory modlitewnik i śpiewają drżącymi głosami „Zdrowaśki”. Po lewej stronie gospodynie w kaftanach, saczkach, w kuźminowych chusteczkach odśpiewują drugą połowę „Zdrowaś Maryjo” Kościół pomału się zapełnia; wchodzą dzieci kupkami, po dwoje, po troje, czasem trzymają się za ręce – ubrane w raźne, jasne kolory: różowe, niebieskie, zielone spódniczki faliste, saczki swobodne, fartuszki z koronkami, chusteczki na głowach (białe, kremowe, jedwabne, półjedwabne i wełniane -jak kto ma i na jakie kogo stać). Jedne stukają obcasikami, drugie bosemi nóżkami wchodzą szybko, śmiało i staja na swoje miejsce przy balaskach. Jest tu zwyczaj, że każdy siada czy staje zawsze na tym samym miejscu. Wchodzą strojne dziewczęta, furczą zapaskami, wystrojone, wyprasowane na kant. Poważnie wchodzą młodzi gospodarze, gosposie czasem niosą na rękach małe dzieci wystrojone jak aniołki. Kościół zapełnia się, tylko środkiem zostawione jest miejsce dla księdza. Przed kościołem jest zawsze sporo kawalerstwa, ale ci wchodzą na głos sygnaturki. Skrzypią schody na chór, tam ma miejsce młodzież śpiewająca. Za moich młodych lat tak było: w ławkach siadywali poważni gospodarze – Józef Wesoły, Kozoświst, Macyszyn, Juzwenko, Derkacze, Zawiślaki, Kwiczaki, Warowe i inni, których nie pamiętam. Organistą był wąsaty Mikołajeszyn, a kościelnym stary Mazur. Starsza kawalerka gromadziła się na chórach: Szczepan Wierzbicki, Mikołaj Zawiślak, Błażej i Antoni Zawiślaki i dużo innych. Była i inteligencja: Stach Tokarczyk, Derkacz Władysław z Mazurówki, Dziaduch, Kozoświst – ci sobie stawali pod chórami. Nauczycielstwo – Śniatowski z rodziną i Bąk siadali w ławce przy ołtarzu, czasem stary Konopacki z nimi. Maszynista Tokarczyk miał swoje stałe miejsce na chórze, obok organisty. Tak było dawniej. Dużo z nich dzisiaj leży pod krzyżykiem, dużo młodzieży jest dziś siwymi starcami, lata biegną i znaczą swój czas na człowieku, jak pług na ściernisku. Kto był wtedy stary, to dziś odpoczywa, kto był wtedy młody, to dziś idzie „stamtąd” Kościelny zapala świecy, ministranci w komeszkach zaglądają przez szklane drzwi zachrysty,i niedługo zacznie się nabożeństwo. Kościelny wychodzi na środek kościoła, odwiązuje sznur od ławki i zaczyna nim targać. Srebrzysty dźwięk sygnaturki płynie na wieś, na pola i lasy. Ci, co stali przed kościołem wala hurmą do środka. Gdzie kto ze spóźnionych szybko przypasuje fartuszek, poprawia przed lustrem chusteczkę, chwyta książeczkę, ogląda się czy czego nie zapomniała i buch na ulicę. A kto już w drodze to przyspiesza kroku, by się nie spóźnić. Ksiądz wchodzi przez kościół. Naród wstaje i chóralnie śpiewa „Wyznanie wiary” – „Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego”. Wszyscy śpiewają nie tak, jak po innych kościołach, gdzie tylko chór śpiewa – tu śpiewają i starzy i mali. I czuje się, że ten boży lud naprawdę wierzy w tego Boga, nie ustami, lecz szczerym sercem. Dziękuje Mu tymi pieśniami za przepracowany w pocie czoła tydzień i prosi Go o błogosławieństwo na następny. Po „Asperges me” zaczyna się suma. Organy huczą, śpiew jest tak potężny, że zdaje się kościół rozsadzić. Później kazanie. Na Podniesienie lud chyli się czołem ku ziemi przed stwórcą swoim. Głos wielkiego dzwonu grzmi na całą okolicę, że pod postacią Hostii Bóg zstąpił na ołtarz. Potem „Święty Boży”, błogosławieństwo i nabożeństwo skończone. Ludzie falą wychodzą na dwór, gdyż z powodu wielkiej ciżby w kościele było gorące powietrze, przesycone zapachem kadzidła i płonących woskowych świec. Choć miłe, jednak jest ciężkie do oddychania. Potem ludzie po wyjściu stoją i oddychają cała piersią. Po wyjściu z kościoła nikt nie idzie od razu do domu. Wszyscy zatrzymują się na pół godziny, by trochę pogadać. Mężczyźni stoją gromadami i zaczyna się palenie papierosów. Częstują się tytoniem z puszek, z kapszaków, albo wprost z kieszeni. Idą w ruch bibułki „Solali”, „Kałyna”, „Marwitan”, kto jakie woli. Nad każdą kupa mężczyzn unosi się obłok tytoniowego dymu. I zaczyna się gadanina. O czym? O wszystkim. O polach, o pogodzie, o komach, lasach i młynach, o podatkach lub polityce. Baby stoją osobno. Tu się mówi o kobiecych sprawach – ile która krowa mleka daje, jak się której chleb udał, jak się kury niosą. Mówi się i o sąsiadach – ta taka, ta owaka, troszkę prawdy, trochę tak z palca wyssie. Słowem – plotki na gruby kamień. Kawaleroweie całkiem o czem innym gadają. Gdzie kto chodził, a do kogo. Kto ile ma złocistych, czy zafunduje i gdzie; gdzie grać będzie muzyka. Jak na polskiej stronie – no to bawimy się fest. Jak na Koszmajówce – to inna sprawa. Trzeba wysyłać patrole, wysyłać rezerwy i brać coś ciężkiego do kieszeni, bo to sprawa „zagraniczna”. Dziewczęta stoją sobie osobno; o czym rozmawiają, to tego nie wie ani ojciec, ani matka, ani ja – biedny syn maszynisty, więc o tem napisać nie mogę.

No, ale ludzie pomału rozchodzą się, bo obiady w domu czekają. Zaprosiłbym i ja was, panowie , na obiad, ale niestety, nie mam w Głęboczku ani domu, ani pola, ani obiadu. Mam tylko w kieszeni zaświadczenie gminne, że jestem tutejszym obywatelem i mam w Głęboczku prawo swojskości, ale ono na obiad nie da się zjeść, a po drugie jest mi ono cenniejsze nad wszystkie obiady świata. Więc myślicie, że będziemy głodni? Mylicie się grubo. Człowiek bez pieniędzy umarłby z głodu w Warszawie, Krakowie lub Lwowie, ale nie w Głęboczku. Tu ludzie są wprawdzie prości, ale życzliwi. Dużo z nich może dobrze nie umie po polsku mówić, ale myśleć i czynić to umieją po staropolsku. Lepsi oni Polacy i patrioci, jak niejeden z was, panowie szlachta herbowa. Na oko to się zdaje, ze to takie zwyczajne „czanoroby” ale wglądnijcie w ich myśli, w ich duszę, to przekonacie się, że to jest zdrowa roślina szczepu Piastowskiego, że to Lechici z krwi i kości. Są to ludzie nie od parady lub zjazdu, tylko od trwałej, żmudnej, wytrwałej pracy. Więc zaproszą was z otwartymi ramionami i ugoszczą czem chata bogata. Tylko wy żebyście to ocenić umieli, o co u was bardzo ciężko, panowie szlachta. Widzicie -już nas zapraszają! Jak się nazywają nie powiem. Wiem tylko, że to wszyscy starzy przyjaciele mego ojca. Gdzie niektórzy nawet mnie nie znają. Ale to nie szkodzi – tu szanują syna za uczciwość ojca, i ciebie i twoje dzieci będą szanować i w biedzie poratują. Byś tylko był uczciwy jak twój ojciec, jak oni wszyscy. Więc chodźmy, a przy sposobności obejrzymy gospodarstwo i obyczaje. Brama lub wrota zamknięte na głucho, bo to dziś niedziela. Wchodzimy furką. Podwórze czysto umiecione, stajnie otwarte, ale założone wrótkami, by się które bydlę nie spuściło, bo jakby poszło po ogrodach, to by narobiło szkody. Dalej stodoła z potężną bramą, a za nią sad. Drzewa owocowe uginają się pod dojrzewającymi owocami. Tu stoi kilka pni pasieki. Pszczoły brzęczą w promieniach południowego słońca. Wprowadzają nas do chaty wielkiej, bo dom dzieli się sieńmi na chatę wielką i małą. W małej gospodarzy się w dni powszednie, w wielkiej spędza się uroczystości świąteczne i przyjmuje gości. Koło drzwi stoi carnik z półkami na paradny talerze. Stoją na półkach talerze kantem, tak by było widać kolorowe kwiaty. Półki sięgają aż pod sufit. Ława długa z poręczami zajmuje całą ścianę od carnika aż do rogu, i od rogu aż do pościeli. W tym rogu w dzień Bożego Narodzenia stoi snop zboża, a w nim sierp i opłatek. Naprzeciw wejścia stoi skrzynia malowana w różne desenie. Skrzynia ta stanowi skarbiec domowy. W niej przechowują nową świąteczną odzież i różne dokumenty. Dalej pod ścianą stoi pościel wyścielona kolorowymi weretami, a na niej w głowach stos poduszek, ułożonych jedna na drugą aż pod sufit. Przebrane one w białe poszewki z wyszyciami i koronkami. Ściany obite do połowy kolorowym, kwiecistym papierem. Górą na ścianach obrazy świętych Pańskich kupowane i święcone na odpustach w Winiatyńcach, Czortkowie lub Tarnopolu. Między obrazami bukiety sztucznych kwiatów i małych obrazeczków. Okno o trzech ramach przysłonięte firankami z białej bibułki, wycinanej w różne desenie. Na oknach wazoniki mirtów i fukcyji. Powietrze chłodne, przyjemne i wszędzie kwiaty i kolory, jak w jakiej kaplicy. Gospodyni podaje obiad. Przeprasza, że się nas nie spodziewała, więc obiad jest skromny. Naprzód barszcz czerwonymi z fasolami, później pierogi omaszczone skwarkami, maczany w śmietanę. Taki jest obiad niedzielny u zwyczajnego gospodarza. Są i świetniejsze czasem, ale to się rzadko zdarza. Pogadaliśmy sobie z gospodarzem o różnych sprawach i posiedzieliśmy ładnych parę godzin i czas nam w drogę. Żegnani przez gospodarzy i przepraszani za skromne przyjęcie opuszczamy gościnną zagrodę. Już jest dobrze po południu, bo dzwonią na nieszpory. Ludzie kupami snują się po ulicy. Młodzież spaceruje aż do „rogatki”. Dziadzie i babcie porozsiadywali się na przyspach i wygrzewają się w dobrotliwych promieniach słońca. Pastuszek wypędza bydło w pole, a gdzie niektórzy gospodarze wyszli na pola obejrzeć swoje niwy. I widać jak łażą po polach niby bociany; po łąkach chodzą, po „Nasielnikach”, po „Zadach”, na „Łankach” i hen wszędzie, gdzie tylko okiem można sięgnąć. Porozłazili się po polach, po miedzach i oglądają te swoje niwy, jakby ich nigdy nie widzieli. Przecież taki rolnik od małego poganiacza aż do późnej starości łazi codziennie po tych niwach, całe życie swoje grzebie w tej świętej czarnej ziemi – czemu choć w niedzielę nie odpocznie? Pytamy o to jednego, spotkanego aż pod Wierchniakowcami, a on nam tak odpowiedział: „Ja cały tydzień jestem na swoim polu robotnikiem, nie mam czasu oglądać, a jak wyjdę w niedzielę, to ją sobie obejrzę i wtedy wiem, że jestem jej właścicielem”. Tak panowie – to jest zdrowa chłopska racja . Gdyby wy tak myśleli i robili jak ten wieśniak, gdybyście doglądali kraju tak jak on robi – to byłoby więcej ładu i sprawiedliwości w naszej ojczyźnie. Ale wyście wszystko bagatelizowali, myślicie, że samą gołą propagandą zbudujecie Polskę mocarstwową. Nie znaliście ludu polskiego, ani jego potrzeb, ani jego cierpień.

Widzieliście, że Ukraińcy czyhają na zgubę Polaków, że korzystają z dobroci i łagodności polskiego serca, że na każdym kroku wyrządzają krzywdę polskiej ludności.. Coście panowie uczynili, by to zło zażegnać? Jakich środków użyliście, by zabezpieczyć ludność polska przed okrucieństwem tego domowego wroga? Niestety, nic a nic nie robiliście i zrobiliście! Patrzeliście się na wszystko przez palce, a nawet czasem dawaliście im krzyże zasługi. Za co? Chyba za to, że was dobrze okłamać umieli. Z tego było nawet przysłowie, że kiedyś łotrów wieszali na krzyżach, a w Polsce krzyże wieszali na łotrach. Dużo było sposobów, żeby zapobiec temu nieszczęściu. Można było rozsiedlić ich po całej Polsce i byłoby wypadło po 2 lub 3 rodziny na polska wieś za tych 20 lat niepodległości. Byliby się spolonizowali i nie mieli możności organizować się I co wam mamy powiedzieć za to, że wy panowie ministrowie i wojewodowie, wy prezydenci i starostowie, wy książęta i hrabiowie, wy wszyscy, co się za rdzeń narodu polskiego macie, wy co powołujecie się na czcigodne herby ojców swoich, wy hołota szlachetna, wypasiona naszą krwawicą, wy zgraja jaśniepańska, wypychająca brzuchy owocami naszej pracy. Wy wszyscy chodźcie ze mną tam, hen na „rogatki”, a ja wam pokażę owoce waszej polityki. Stójcie i patrzcie! Wytrzeszczcie swe tłuszczem zarośnięte oczy i patrzcie do czego nas doprowadziła wasza głupia gospodarka. Stójcie i patrzcie i pamiętajcie, że to co tu zobaczycie to jest wasza wina, to sprawiły wasze złe żądze. To jest wasze bagatelizowanie naszych próśb i naszych błagań do was, panowie władza minionej Rzeczypospolitej. Więc stańcie tu na tym wzgórzu, obróćcie twarze na południe i patrzcie na Głęboczek. Czego wasze oblicza oblekły się trupia bladością? Coście tak strasznego zobaczyli, że wami febra trzęsie? Co? Piekło się przed wami otwarło? Tak! To jest piekło na ziemi. Czarna zimowa noc okrywa ziemię, wiatr ze śniegiem tnie w twarz i wyje w konarach bezlistnych drzew. Matka ziemia leży pod śniegiem skowana kajdanem mrozu, a nad Głęboczkiem wielkie morze płomieni. Kłęby dymu rwane wiatrem sieją się po polach, a chmury iskier buchają pod ciemne niebo. Ryk bydła, rżenie koni, ujadanie psów miesza się z jękiem mordowanych ludzi. Czy wiecie, co to się dzieje? To wschodzi ziarno posiane ręką księdza Kaznowskiego! To są żniwa krwawe, na które czekali Remendy, Tomkowydy, Haładybordy i inne patronki Kaina. Płonie ludzki dobytek. Idą z dymem chaty, komory i stodoły, ginie w ogniu praca, gromadzona rękami całych pokoleń. Ludzie obłąkani ze strachu uciekają półnago, boso po śniegu w pola, w lasy, gdzie ich oczy poniosą. O nic nie dbają, wszystko dla nich stracone. Ratują tylko rzecz najcenniejszą daną człowiekowi przez Boga – życie! A we wsi odbywa się taniec śmierci. Nasi braci po Chrystusie – Tomkowydy, Remedy, Haładybordy i inni wczorajsi sąsiady, kumy i swaty, teście i szwagry – a dzisiejsi katy i mordercy, podpalacze i rizuny. Razem ze swymi synami i córkami mordują, rżną i podpalają. Pławią się we krwi niewinnych kobiet i dzieci, we krwi, z którą setki lat byli spokrewnieni. Zapomnieli o wszystkich naszych dobrych uczynkach względem nich. Zapomnieli o swoich przywilejach w Rzeczypospolitej, wszystko zapomnieli. Wylazła z ich duszy rogata bestia, tak długo w niej przytajona, i zbryzgana krwią wrzeszczy „Sława Ukrainu! Sława Banderii Na pohybel Lacham!” Oto podziękowanie wam, panowie wojewodowie i ministrowie za „Narodnu Tarhowlu”, za Centrosojuzy , za „Czeteli proświty’ i za Ridni szkoły!. Za wszystkie łaski wam podziękowali, a za wszystkie dobrodziejstwa, któremiście ich obdarowali, dali wam w prezencie naszą krew, stosy trupów i popioły naszych gospodarstw. I wam także wypada podziękować! Więc z głębi zbolałych naszych serc, obkurzeni dymem własnych gospodarstw, zbryzgani krwią naszych dzieci, naszych braci i krewnych, zdeptani i zniszczeni bez miłosierdzia dziękujemy wam wszystkim, panowie władza. Bądźcie przeklęci, bądźcie przeklęci razem z tymi, których nam wychowaliście! A gdy nastał dzień, gdy wyjrzało słońce spoza zimowych chmur – coś zobaczył, marny, szary człowieku? Tam, gdzie stała kwitnąca wieś, tam gdzie stały zasobne gospodarstwa, gdzie były pełne stodoły Bożego chleba, gdzie była praca dziadów, ojców i synów – tam hulał zimowy wicher i rozdmuchiwał popioły, a obok sterczących i osmalonych jesionów, obok trupów ludzi i zwierząt, obok zwęglonej pracy ludzkiej wałęsały się bezdomne psy, a obwąchawszy ślady swoich gospodarzy, siadały na ciepłym popielisku i wyły żałośnie, wyły na sławę samostijnej Ukrainy. Głęboczku! Wiosko mych lat dziecinnych, kwiecie wiosek podolskich! Kiedy my ujrzymy twe rozciągłe ulice, kiedy twe domy i gospodarstwa powstaną z ruin, kiedy my usłyszymy dźwięki dzwonów naszego kościoła? Za co cię tak ciężko doświadczył Bóg Wszechmogący? Za czyje winy karzesz nas. Panie? Jeżeli za nasze, to wszystko odpokutujemy i wytrzymamy!

My naród twardy i wytrwały, żadna ziemska moc nas nie złamie, nie zmoże nas ani ogień, ani kula, ani szubienica. Tylko Ty, o Panie Wszystkowiedzący dopomóż nam! Oto pokornie bierzemy na barki swe torby tułaczy i idziemy w świat.. A ciebie Głęboczku, nasza wiosko rodzinna, żegnamy pieśnią rozpaczy: „Z dymem pożarów, kurzem krwi bratniej Do Ciebie Panie, bijem w ten głos Skarga to straszna, jęk to ostatni Od takich modłów bielej włos. My już bez skargi nie znamy śpiewu Wieniec cierniowy wrósł w naszą skroń Wiecznie jak pomnik Twojego gniewu Sterczy ku Tobie błagalna dłoń.”

Jest lato. Słońce przygrzewa, pola szumią zbożami, świergot ptasząt napełnia pola miłemi głosami. Na pewnej stacji kolejowej na Śląsku Opolskiem zostało odczepionych parę wagonów z repatriantami zza Samu. Urzędnik kolejowy przegląda listy przewozowe i porównuje z numerami na wagonach. Widzi on tych ludzi codziennie, już go nie wzrusza ta biedota. Jadą ludzie z całej Małopolski Wschodniej, z Wołynia, z Polesia. Setki i tysiące jadą na zachód, na nowe ziemie, na nowy chleb. Za nimi pozostały ich domy i pola, a czasem zgliszcza i popioły, a w wielu wypadkach – mogiły. Przed nami? Jest wielkie nieznane. Będzie, co Bóg da! Ale, ot tak mimochodem pyta się: Skąd jesteście? A ludzie nędzni, sterani podróżą, o zapadniętych policzkach, zgarbieni i posiwieli z przeżytych nieszczęść. Odpowiadają: -My zza Sanu, z tamopolskiego, my z Głęboczka! -Boże miłosierny! Z Głęboczka? Ze wsi moich dziecinnych lat? Hej, hej. Miły Boże! Gdzie Podole, a gdzie Opole, gdzie Głęboczek, a gdzie Klodybach, czy jakieś Kuncendorf?! Rozsiali się ludzie po świecie, jak jesienią liście z drzew. Ciągną się pociągi z repatriantami od Jarosławia, hen aż po Gdańsk, od Przemyśla po Katowice, Bytom, Wrocław. Taki nasz los! Tułają się ludzie po stacyjnych rampach, tłuką się gospodarze po placach kolejowych, budują budy ze starych kawałków blach, z desek, okrywają te nory ochłapami papy, obtykają szmatami i siedzą w tych dziurach jak ostami nędzarze. Gorszy żywot prowadzą jak wyśmiani niegdyś Cygani. Żyją ostatkami sił i ostatkami nadziei w miłosierdzie Boże. Jest dzień 15 sierpnia. Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Wielki odpust na kalwarii w Winiatyńcach. Kiedyś za dobrych czasów, cały Głęboczek wyjeżdżał uroczyście na ten odpust. Ktoz was nie pamięta tych uroczystych nieszporów w Winiatyńcach, kiedy w ciemny wieczór dziesiątki tysiące świec płonie na ziemi, a drugie setki, tysiące gwiazd świeci na niebie? I zdaje się człowiekowi, że niebo z ziemia się zmieszało i nie wiadomo, gdzie granica jednego i drugiego. A te uroczyste procesje, a ta wstrząsająca Droga Krzyżowa między tymi górami! Jakie to było wszystko piękne, jakie wzniosłe! Gdzież ono dzisiaj jest? Minęło wszystko jak sen. Minęło! A nam pozostały tylko wspomnienia. Biedna głębocka gospodyni postawiła jakąś skrzynię, nakryła ją białą chusteczką. Położyła na to obraz Matki Bożej kupiony kiedyś w Winiatyńcach. Ustroiła to polnymi kwiatami i przed tym ołtarzem, stojącym na rampie kolejowej w Otmuchowie i modli się. Modli się nie ustami, ale łzami gorącymi i sercem krwawiącym. Prosi tę Opiekunkę, która jedna jest i w Winiatyńcach i w Otmuchowie, i w Częstochowie, i w Głęboczku, i w Klodebachu i na każdym miejscu kuli ziemskiej. Prosi ją ta kobiecina o miłosierdzie, o łaskę wytrwania dla siebie i dla tych milionów braci, bliźnich rozrzuconych po całej Polsce. A nasi gospodarze, a nasi właściciele szerokich gruntów, wysokich bram, obszernych pól, gdzie oni są? Co się dzieje z nimi? Jedni za zmartwienia skurczyli się w swoich budach i cały świat ich nie obchodzi. Drudzy kręcą się z kąta w kąt i niby to cos robią, niby to czymś się zajmują, a widzi się, że sami siebie okłamują i nas patrzących chcą okłamać. Robak zgryzoty zakorzenił się głęboko w ich serca i nie mają siły wyrzucić go stamtąd. Bracia mili, dlaczego straciliście wiarę w miłosierdzie Boże? Dlaczego łazicie jak cienie i wzdychacie za utraconym szczęściem? Czyście już zapomnieli jak od małego dziecka, w Głęboczku w kościele, na każdych nieszporach śpiewaliście:

„Głodnych nasycił hojnie i w dobra spanoszył Bogaczów z torbą puścił i nędznie rozproszył”

Jeżeli druga zwrotka tej pieśni sprawdziła się w naszym narodzie, by nas za grzechy nasze i ojców naszych Bóg z torbami puścił i nędznie rozproszył, to wierzymy szczerze w sprawiedliwość Bożą, że i pierwsza zwrotka tego wzniosłego „Magnificat” na nas się spełni, że głodnych nasyci hojnie i w dobra spanoszy. Nie można tracić wiary, nie można upadać na duchu. Moc Boża jest większa nad wszystko, nad nasze myśli, nad nasze pojęcia i rozumowania, nad zakusy naszych wrogów i większa nad wszystko to, co sobie wyobrazić możemy. Więc nie traćcie ducha, nie upadajcie. Weźcie się zgodnie do pracy, nie bądźcie zarozumiali, nie krzywdźcie jeden drugiego. Nauczcie się przebaczania; dawnych krzywd wyrządzonych wam przez waszych współbraci Polaków – nie pamiętajcie. Wszystko trzeba zapomnieć. Pamiętajcie, że nie ma na świecie dwóch ludzi jednakowej natury, jeden jest taki – drugi owaki. Mądrzejszy niech poda ręki temu słabszemu, bogatszy niech poratuje biedniejszego. Takim postępowaniem zbudujecie braterską gromadę. A takiej gromady nie rozbije nie tylko banderowska hołota, ale nawet Lucyper, piekło nie da jej rady. Trzymajcie się kupy, a przetrzymacie te ciężkie chwile naszego narodu. Największym złem – to upaść na duchu. Nie wolno nam tracić nadziei, choć czasem mówią, że nadzieja jest matką głupich, ale człowiek, który całkiem straci nadzieję popełnia samobójstwo. Nadzieja na lepsze jutro utrzymuje narody świata, więc nam jej tracić nie wolno. Proszę was, drodzy bracia, wszelką niezgodę i nienawiść wyrzućcie z serca precz. Czy mało nas Bóg chłostał za grzechy nasze? Jak śpiewaliśmy w suplikacjach w naszym kościele, w pieśni; „Przed oczy twoje. Panie, kiedy nas karzesz prosimy Cię, abyś się zmiłował, a kiedy przestaniesz, pobudzamy Cię, abyś nie folgował”.

Zastanówmy się i nie pobudzajmy sprawiedliwości Bożej. Niech nam wystarczy to, cośmy przeszli, a da Bóg, że wszystko przetrzymamy i wytrzymamy.

Tokarczyk Władysław, 1945 rok

Słowniczek

(1) – czemerka – rodzaj płaszcza /długiej kurtki/ z wełny owczej
(2) – dąbani – rodzaj spodni z włókna konopnego, które można było nosić na obydwóch stronach
(3) – saczek /saczok/ – rodzaj ozdobnej kamizelki damskiej
(4) – kosznica – najczęściej okrągła, przykryta dachem wiata do suszenia kukurydzy
(5) – cziczki – sztuczne, ozdobne kwiatki
(6) – mamyna lole – mamina koszula
(7) – harasiwka – ozdobna wstążka
(8) – makohon – tłuczek do mięsa
(9) – żydowskie okopisko – cmentarz żydowski
(10) – kościół w Jeziorzanach jest pod wezwaniem XII Apostołów
(11) – Polski Iwan – przydomek jednego z polskich, głębockich, gospodarzy – Jana Wierzbickiego