Irena Ornatowska – Wspomnienie

389

„Gdzie byłaś tak długo?”

Okupacyjne wspomnienie Czortkowianki

Zdobywanie żywności podczas okupacji niemieckiej w Czortkowie było dla wielu z nas piekłem. Po kromkę chleba – 10 dkg na osobę dziennie – trzeba było ustawiać się w kolejce już w nocy, a i tak decydowała o zdobyciu go siła fizyczna, bo gdy sklep rano otwierano – kolejka zmieniała się w zbitą masę ludzi, rozpychającymi się łokciami i głośno złorzeczącymi.

Nie zapomnę dnia, w którym moja starsza siostra, sama będąc w ciąży, wysłała mnie do sklepu po chleb. Był rok 1941. Idąc ul. Mickiewicza zobaczyłam przed sobą setki Żydów konwojowanych przez niemiecką policją SS i ukraińskich policjantów. Szli jezdnią w bardzo długiej kolumnie, po osiem osób w szeregu, a co pół metra z jednej i drugiej strony pilnowali kolumny uzbrojeni konwojenci. Gdy zbliżyłam się do kolumny (na tej trasie znajdował się sklep, do którego zdążałam) zostałam nieoczekiwanie przesunięta z chodnika na jezdnię i włączona do konwojowanej grupy. Uznano mnie za Żydówkę. Szłam z tymi ludźmi szosą prowadzącą do Zaleszczyk około 20 km, nie dochodząc do miasteczka Tłuste. Przez całą drogę próbowałam wyjaśnić, że jestem Polką, mieszkanką Czortkowa, że znają tam całą moją rodzinę bo jej członkowie pracowali w Urzędzie Skarbowym, w Starostwie i na kolei, że jesteśmy zaprzyjaźnieni z rodzinami ukraińskimi, które mogą to poświadczyć.

Na nic jednak były moje tłumaczenia i rozpaczliwy szloch, ponieważ otaczający mnie Żydzi przysięgali, że jestem Żydówką, a teraz usiłuję się „wymigać”. Dzięki nim niejednokrotnie oberwałam od Niemców kolbą karabinu po plecach. Tymczasem kolumna posuwała się szybko do przodu. Podsłuchałam przypadkowo podczas tego marszu, że Żydzi prowadzeni są na zagładę do miasteczka Torskie w pow. zaleszczyckim. Wzmogłam więc swoje starania o uwolnienie, i nie zważając na razy, biegałam wewnątrz kolumny do przodu i do tyłu, wykrzykując głośno swoje argumenty i szukając pomocy u ukraińskich policjantów. Gdy zbliżaliśmy się do miasteczka Tłuste, zaczęłam histerycznie wykrzykiwać, że mam na nogach rany i zbliżyłam się do młodego Ukraińca. Płacząc, prosiłam go o pomoc i zapewniałam, że jestem katoliczką, a nasi ukraińscy sąsiedzi to potwierdzą.

Zdenerwowany Ukrainiec kazał mi odmówić głośno po ukraińsku „Ojcze nasz” i powiedzieć, jak brzmią pozdrowienia przy wchodzeniu i wychodzeniu z cerkwi. Gdy spełniłam polecenie, Ukrainiec zawołał do drugiego policjanta: „Iwane, Bih me, szczo ce chrystianka!”. A potem zwrócił się po ukraińsku do mnie: „walnę cię teraz po ramieniu kolbą, a ty padaj do rowu twarzą do ziemi i udawaj martwą”. Pamiętam, że krzyknęłam z bólu, jaki_ Niemiec wrzasnął „was?”, a Ukrainiec odpowiedział „kaput!” Kolumna poszła dalej, a ja zostałam w rowie i … straciłam przytomność.

Dopiero po trzech tygodniach dowiedziałam się, co wydarzyło się później. Otóż nadjechali furmanką jacyś ludzie i zobaczywszy leżącą w rowie dziewczynę, zabrali mnie ze sobą do wsi. Przykładali mi do ust lusterko, żeby sprawdzić czy żyję. Żywiono mnie zsiadłym mlekiem i kaszą kukurydzianą. Gdy po tygodniu poczułam się lepiej, pytali czy nie jestem Żydówką. Wiadomo, że za pomoc udzieloną Żydowi groziła kara śmierci. Uspokoiłam moich wybawców i podałam swoje nazwisko. Ci dobrzy ludzie dali mi na drogę chleb i ser, i odwieźli mnie do głównej szosy Zaleszczyki-Czortków. Szłam pieszo w kierunku Czortkowa około 20 km, liczyłam słupy telegraficzne, śpiewałam „Kto się w opiekę…” i oglądałam się z niepokojem za siebie, czy mi znowu coś nie zagraża. Kiedy zmęczona usiadłam w rowie, zjadłam otrzymany chleb i ser, i nie mogłam podnieść się do dalszej wędrówki, usłyszałam turkot furmanki. Po chwili zapytałam jadących czy mnie podwiozą. – „Tak, wsiadaj jedziemy do Jagielnicy!” – usłyszałam. Ale do Jagielnicy było już tylko 2 km, a do Czortkowa jeszcze 10 km. Przemierzając samotnie resztę drogi miałam wciąż czarne myśli.

Gdy weszłam do domu, moja siostra wykrzyknęła: – „Gdzie byłaś tak długo?!”. A ja runęłam na podłogę i znowu „film mi się urwał”. Tym razem na dwa tygodnie. Leczył mnie dr Józef Fedorowicz, krewny mojej rodziny. Dopiero po tygodniach siostra i szwagier dowiedzieli się co mnie spotkało. Chleba do domu nie przyniosłam, wszyscy byli głodni, leczono mnie długo.

Nie wiem, czy uchowała się chociaż jedna osoba z tej tragicznej kolumny Żydów na trasie Czortków – Torskie. Nie wiem też czy żyje jeszcze policjant ukraiński, który uratował mi życie i kim była rodzina ze wsi koło Tłustego, która uratowała mnie od śmierci i głodu?

Opisując teraz to wydarzenie wyrażam im swoją głęboką wdzięczność…

Irena Ornatowska – Zduniak